top of page

Emilia Goll - W odbiciu przyoczek

  • 2 minuty temu
  • 7 minut(y) czytania
okładka książki "gap"
okładka książki "gap"


Sięgam po debiutancki gap Dominiki Filipowicz zaintrygowana faktem, że wydany nakładem Wspólnego Pokoju tomik napisała badaczka crip studies. Moją ciekawość potęguje jeszcze znakomite wrażenie z lektury niedawnego Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło Anny Adamowicz, w którym centralne miejsce również zajmowało doświadczenie niepełnosprawności. Podobnie jak w książce wrocławskiej poetki, na istotną część znaczenia dzieła Filipowicz składają się ilustracje – w gapie autorstwa Oli Wasilewskiej. Rozpoczynam więc od przeglądu obrazków, nie w geście uniku przed wymagającymi wierszami, a w celu uspójnienia interpretacji z przebiegiem mojego odbioru.



Gapię się na obrazki, a one odwzajemniają moje spojrzenie. Z kolejnych stron spoglądają bowiem oczy: zniekształcone, niepokojące, o rozlewających się, kleksowatych źrenicach. Oczy wyglądające wcale nie z twarzy, a z innych części ciała. Nasuwają nieodparte skojarzenie z chamsą, arabskim symbolem w kształcie dłoni z łypiącym z jej środka okiem. Chamsa ma za zadanie chronić przed „złym okiem”. Owo wrogie spojrzenie, stanowiące najczęściej owoc zazdrości, posiada moc naznaczenia piętnem nieprzychylnego losu. W gapie wzrok kierowany w stronę podmiotki wydaje się naraz paranoiczny i natrętny, wiecznie nienasycony i stale czujny.


Spojrzenie podglądacza stara się gorączkowo poddać podglądaną (inną) klasyfikacji, w której zawsze obecny jest pierwiastek przemocy. Im bardziej inność wymyka się wyobrażeniowo-językowym ramom i zagraża normatywnemu porządkowi, tym natrętniej oko hegemona musi podejmować prewencyjny wysiłek w celu zachowania ładu. Powołuje nowe kategorie oraz słowa, by ujarzmić nimi tę, która nie pasuje do powszechnych schematów. Stawką wysiłków prawodawcy jest ochrona rzeczywistości przed groźbą tego, że stanie się ona niezrozumiała.


Podmiotka Filipowicz jest właśnie taką podmiotką inności. To inność nienormatywnego ciała i to je stara się napiętnować „złe oko” czy też tytułowy „gap”. Poetka w codziennym życiu walczy z dyskryminacją osób z niepełnosprawnościami w sferach instytucjonalnej i społecznej. Podobnie podmiotka jej wierszy kieruje uwagę na szpitalne nieprawidłowości: „wyznacz sobie / trasę wykwita na ścianach gabinetów / megafony: piknik jest przedni / mieszkańcy: pluskwy” (s. 12). W przestrzeni literackiej interesuje ją jednak przede wszystkim obszar najintymniejszy, wyznaczany przez wewnętrzny splot reakcji wywołanych spotkaniem z nienormatywnym ciałem (zarówno własnym, jak i cudzym): „kręci cię w głowie od ciągłego / jak radzicie sobie z ciągłym?” (s. 28). Wers „z nią chodniki są zbyt długie poplącze ci się język” (s. 37) ujawnia, że ten obszar jest właśnie przestrzenią języka. Tam rozgrywa się na najbardziej elementarnym poziomie spektakl ustanawiania „ja”, ale i tam majaczy widmo groźby opresyjnego porządku. Jak w takim razie osłonić się przed atakiem normy? Co pozwala wymknąć się nieustannym próbom spętania przez wzrok prawodawcy? Na jakiej zasadzie ma działać ochronna moc chamsy?


Propozycja podmiotki zasadza się geście przejęcia. Nie chodzi jednak o odzyskiwanie słów służących do piętnowania i wykluczania przedstawicieli mniejszości (przypadek queer lub slut). W gapie nie pojawia się słowo crip ani jego polski odpowiednik: „kaleka”[1]. Wykonywany przez nią gest jest bardziej skomplikowany, nie dąży do prostego odbicia piłeczki, raczej tropi możliwość wywrotowego odbicia siebie we wzroku obserwującego: „ale widzę jak patrzysz jak wlepiasz // czy wiesz oko muchy składa się z czterech tysięcy oczek” (s. 26).


s. 19
s. 19

Niepokojące oczy pomieszczone na dłoniach prowokują również pytanie o poznawcze możliwości wzroku i problematyzują relację oczu z ciałem. W wierszach Filipowicz rozdziela się sferę wzroku od dotyku, niekiedy ustawiając je opozycyjnie względem siebie. W jednym z utworów, opisującym doświadczenie rozbijania się po kolejnych szpitalach („byłam w krakowie sandomierzu chojnicach” [s. 17]), kończące wersy dotykają specyfiki dziwnej relacji, która wiąże zmysły z doświadczeniem: „przyoczka nie zobaczą / jak rozlały się okulary jak pochłania je łóżko // stoję naprzeciw rozchybotanym kopcom / mrowią palce pod kołdrą gdy dotykam bandaży” (s. 17). Obraz łóżka pochłaniającego okulary wskazuje, że rzeczywistość szpitalna odbiera zdolność domyślnej percepcji świata. Zazwyczaj to wzrok stanowi w naszej rzeczywistości zmysł podstawowy, żyjemy przecież w kulturze wizualnej. Medium intuicyjnego i normatywnego poznania jest spojrzenie, w wierszu jednak medyczna warstwa doświadczenia niepełnosprawności transformuje ten porządek. W szpitalnym łóżku zamiast oczu widzą (mrowią) palce. Podobne wyobrażenie zostaje ukazane w innym wierszu:

 

rozetnij każde pasmo przyklejaj do ściany

tak wyglądają rysunki na wyciśniętych krajobrazach

brałam do ręki włosy przeglądałam

ścinam żeby wyostrzyć oczy

kaszlę kiedy opadają

(s. 35)

 

Włosy muszą zostać przycięte, aby wyostrzyć wzrok. Co oczywiste, zbyt długa grzywka ogranicza pole widzenia. Zdaje się jednak, że podmiotka podejmuje próbę ukazania czegoś więcej niż jedynie tej prostej zależności. Chodzi tu o wyrażenie pewnej wizji relacji ciała i zmysłów, a co ważniejsze – podobieństwa między tym, co dzieje się na poziomach somatycznym oraz tożsamościowym. Rozproszone, rywalizujące ze sobą części ciała, okazują się tożsame z pokawałkowanym „ja”, które podmiotka na kartach tomu usiłuje na nowo scalić, tyle że na własnych zasadach.


s. 7
s. 7

„Wybieram postać chrząszcza, bo ładnie się mieni” (s. 8), deklaruje w jednym z pierwszych wierszy. Tym samym piętrzy potencjalne sensy oraz zwraca uwagę na przynajmniej dwuwymiarowy charakter ilustracji. Jeśli raz jeszcze rzucimy okiem na tripowe obrazki, okraszające wersy, dostrzeżemy, że cudaczność rozlanych oczu wynika także z ich insektoidalnych kształtów. Motyw przemiany w chrząszcz-dziewczynę zalicza się do najważniejszych tropów w tomie i natychmiast przywodzi na myśl Przemienienie Kafki. Zarówno Gregor Samsa, jak i podmiotka gapu wykorzystują metamorfozę do wyłamania się z jakiegoś porządku: u Kafki będzie to ucieczka z kapitalistycznego reżimu pracy, u Filipowicz – przed ujarzmiającym językiem. Diametralnie różne okazują się natomiast rozwiązania. W zakończeniu opowiadania Kafki przeistoczony w owada Gregor umiera, a jego rodzina, wcześniej finansowo uzależniona od syna, odradza się. Ich nowo nabytą sprawczość i witalność symbolizuje „coraz bardziej ożywiona córka [która] rozkwitła w śliczną i kształtną dziewczynę”[2]. Przemiana okazuje się jedynie chwilowym zakłóceniem codzienności, bo ostatecznie Samsa znika, a norma zostaje podtrzymana.


Przeciwnie jest w gapie – przemiana nie polega na wycofaniu się podmiotki z rzeczywistości, a transformacja celowo podważa hegemoniczny porządek. Forma chrząszcza nie równa się chorobie, lecz dotyczy sprawczości bohaterki. Podmiotka tomu okazuje się przeciwieństwem Grety, siostry Gregora. Bohaterka Przemienienia swoim sprawnym, idealnie normatywnym ciałem umacnia obowiązujący porządek (ostatnie słowa opowiadania brzmią następująco: „u celu przejażdżki córka uniosła się pierwsza i wyprężyła swoje młode ciało”[3]), a chrząszcza podmiotka rozsadza go. Na przekór odczłowieczającemu spojrzeniu gapia sama się dehumanizuje, tym samym czyni z autotransformacji akt wywrotowy. Nawet potencjał humorystyczny przemiany zostaje użyty przeciwko opresyjnej władzy, dla której nie ma przecież nic straszniejszego niż stanie się pośmiewiskiem. Jeśli podmiotka zmuszona jest do funkcjonowania poza uprzywilejowanym polem normalności, to sama zdecyduje, jaką „obcą” będzie; nie tyle chorą, co inną, samosprawczą w niepełnosprawności – chrząszczem o mieniącym się pancerzu.


Tytułowy gap, interpretowany jako spojrzenie, nie zawsze funkcjonuje jednak wyłącznie jako narzędzie do pozbawienia osoby z niepełnosprawnością godności czy autonomii. Taka interpretacja upraszcza złożony mechanizm wzroku, utożsamiając go wyłącznie z jednoznacznym aktem przemocy. Filipowicz opowiada o wielu wymiarach spojrzenia kierowanego w stronę podmiotki i jej podobnych – o gapie medykalizującym, gapie infantylizującym, ale również gapie bezbronnym i zagubionym wobec językowego braku. Gap oznacza przecież także brak, wyrwę, być może właśnie tę, na którą napotyka ktoś, kto próbuje objąć ciało wymykające się znanym pojęciom, powszechnym kategoriom i nie podporządkowujące się prostym diagnozom:

 

kosztowano mnie z dbałością o szczegóły

jak nie możesz usiąść po turecku rozciągali ci nogi

jak nie możesz wzrastać stawiali ci stołeczek

 

jestem postrachem mężczyzn o ciepłych

dłoniach wiją się wokół stóp nie zdiagnozują ale się wydymają

(s. 13)

 

Łatwiej zapanować nad fragmentem niż całością, dlatego to szczegóły są przez lekarzy traktowane z chirurgiczną precyzją. Delektują się detalem, niezdolni dostrzec ogółu. Podczas medycznych zabiegów starają się pokawałkować pacjentkę, bo tego wymaga od nich naukowa medycyna. Dlatego właśnie nie potrafią wystawić podmiotce holistycznej diagnozy. Kolejne badania i zabiegi nie służą bohaterce, stanowią jedynie serię pustych rytuałów. Lekarze puchną dumni ze swojej pracy, nie dostrzegając własnej impotencji. Dostrzega ją za to podmiotka i widzi każdą porażkę medyków, desperacko starających się jej dotknąć. Męska bezradność, bo właśnie z męskością zostają utożsamieni lekarze, zdaje się wywoływać z jednej strony politowanie pacjentki, z drugiej – złośliwą satysfakcję, która wychodzi na jaw, gdy stwierdza: „jestem postrachem mężczyzn o ciepłych / dłoniach”. To wyraz cichego triumfu osoby bezustannie obdzieranej ze sprawczości. Podmiotka, dostrzegając śmieszną bezradność lekarzy, odzyskuje na chwilę władzę. Mężczyźni o ciepłych dłoniach (spoconych ze stresu lub/i podniecenia) nie są już w stanie dosięgnąć bohaterki. Pozostaje im żałośnie samemu się wydymać u jej stóp (z całą erotyczną, wulgarną dwuznacznością i groteskowym charakterem tego przedstawienia).


Tytułowy gap to nie tylko natrętny obserwator, ale też wyrwa czy szczelina. Kolejne otchłanie, pojawiające się w wierszach, puste miejsca „pomiędzy”, to najbardziej intrygujące przestrzenie konstytuowania się znaczeń w tym tomie. Odnalezienie ich wszystkich i ustalenie ostatecznych sensów zdaje się niemożliwe, bo z każdą kolejną lekturą czytelnik napotyka na kolejne wyrwy, a także odkrywa nowe sposoby rozumienia gapów, które wydawały się już rozkodowane. Na znaczeniową mglistość i otwartość kompozycji zbioru składa się szereg zabiegów: rezygnacja z tytułów, mnogość elips, wielość sensów zarówno pojedynczych słów, jak i całych wierszy, co podbija brak interpunkcji i zacieranie podziałów składniowych: „chce się rozpłynąć nie być bardzo gdzie indziej być / nie tutaj gdzie blizny podchodzą plastikiem zmieniają się w rozkład” (s. 14). To wszystko potęguje wrażenie niedookreślonego charakteru głosu dobywającego się z utworów. Sięgnięcie po formalny eksperyment, przywodzący na myśl twórczość neolingwistycznych poetek (Joanna Mueller, Maria Cyranowicz), stanowi odpowiedź na wypchnięcie podmiotki na językowe peryferia. Awangardowy gest z jednej strony służy zagospodarowaniu tej przestrzeni, a z drugiej umożliwia wielość odczytań, co sprawia, że tomik nie poddaje się domknięciu.


Wieloznaczność tytułu podpowiada, że najważniejszą ze szczelin (gap) jest ta rozciągająca się między obserwowanym a obserwującym. Ale ten gap generuje natychmiast kolejny, stwarzany zwrotnością wzroku: dostrzegającego własne odbicie w cudzym spojrzeniu. Kolejne odbicia mnożą się w nieskończoność niczym sekwencja złudzenia optycznego wywołana spoglądaniem w ustawione naprzeciw siebie lustra. W nieprzeliczalnym szeregu gapów konstytuuje się „ja”: tożsamość wytwarzająca się na drodze podtrzymanego i zwielokrotnionego spojrzenia. Paradoksalnie swój potencjał czerpie ona z wątpliwości, opiera się na niemożności ustalenia, kto właściwie patrzy na kogo i kto ostatecznie kogo ustanawia. Zamiast opresyjnego panoptykonu, Filipowicz proponuje w ten sposób pozytywną wizję funkcjonowania w społecznym i językowym „pomiędzy”: gap jako strategię bycia i źródło mocy, gap jako nieskończoną potencjalność i pryzmatyczny pancerzyk.


Dominika Filipowicz, gap, Stowarzyszenie Wspólny Pokój, Warszawa 2025. Kup na stronie wydawcy.

[1] W społecznych i naukowych ruchach na rzecz osób z niepełnosprawnością słowo „crip” jest właśnie odzyskiwane, dzięki czemu traci dyskryminujący wydźwięk i zyskuje równocześnie jakość afirmatywną.

[2] F. Kafka, Przemienienie, w: tegoż, Kary, przeł. Łukasz Musiał, Łódź 2024, s. 75.

[3] Tamże.

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page