top of page

András Gerevich - Sześć wierszy o porażce, tł. Łukasz Frynia

  • 1 dzień temu
  • 3 minut(y) czytania




1.


Tego wiersza nie wolno mi napisać.

Zgubiłem go. Często pochłaniał go

wir myśli w mojej głowie, potem

na francuskim wybrzeżu wir otworzył

się w litej ścianie czasu i pochłonął

wszystkie słowa, wszystkie litery,

które ze sobą połączyłem, w tym

czasie woda kapała a mewy szybowały.


Próbuję na nowo odnaleźć zaginione

wersy, drapię pazurami w metrze, w samolocie,

nerwowo, z całego świata została tylko

kobieta obok mnie, pijana i szalona,

podąża wzrokiem za moim długopisem

i strofuje mnie, że ona napisałaby ładniej ode mnie.


W myślach słyszę ciepłe słowa innej kobiety,

zrozpaczonej, że znowu poroniła.

Na nic poczęcie, skoro nie może donosić.

Wyobrażam sobie wir w jej ciele,

wciąga mnie i nie wypuszcza na powierzchnię.


Myję jej ręce w morzu.

Śledzimy fazy księżyca, mierzymy

sekrety ciała, ciężar słów, nadajemy

znaczenie zdaniom. Wtulamy się w siebie

na ławce i milcząc obserwujemy łodzie.



2. 


Siedzę w metrze, ciągle się spieszę,

nade mną pędzi jakieś miasto:

w głowach mają codzienność.

W ciemnej sieci przejść podziemnych,

niczym w rozgałęzionych żyłach,

dudnię w rytmie serca.

Gdy smuga światła mknie wraz ze mną,

ja w głowie niosę inne

miasto, inne języki.


Siedzę w samolocie, ciągle podróżuję,

pode mną pędzą jakieś miasta.

Punkciki światła zlewają się w jedno:

okna, samochody, latarnie,

które pojawiają się tylko na chwilę.

Jeśli czas można mierzyć prędkością,

to tu na górze mijają lata, niebo i ziemia

spotykają się w powietrzu, ale tu też,

jak w każdym mieście, nie jestem u siebie.



3.


Myślałem, że nikt mnie nie zobaczy,

więc stawałem na palcach

i wychodziłem na scenę.

Myślałem, że wszędzie się spóźnię,

na darmo wydłużałem kroki.

Myślałem, że nikt mnie nie zauważy,

mówiłem głośno, żeby słyszeli,

i kiedy myślałem, że patrzą na mnie z góry,

dodawałem sobie odwagi swoimi słowami,

bo myślałem, że nikomu nie jestem potrzebny,

wstawałem i chwaliłem sam siebie.


Ostro wybrzmiały słowa Laoziego:

Ten, który stoi na palcach, 

nie stąpa twardo po ziemi.

Ten, który wydłuża krok,

nie zajdzie daleko,

ten, który szczyci się swoją mądrością,

nie jest oświecony,

a ten, który uważa swoje poglądy za najważniejsze,

nie zyska sławy, a ten, który będzie się przechwalał,

nie znajdzie potwierdzenia swych prawdziwych zalet.

Kto jest zarozumiały, nie będzie lepszy od innych.

Takie zachowania są jak resztki na

stole albo rak trawiący ciało.


Siadam na krawężniku, droga jest błotnista.

Siąpiący deszcz

przemywa moją twarz

pod szarym niebem.

Asfalt jest ciepły i twardy.

Wyobrażam sobie siebie

na skale, morze pod nogami,

mewy krzyczą nade mną,

a w moim falującym spojrzeniu

kąpie się delfin i wydobywa

swym nosem na powierzchnię

słońce przepadłe za fabrykami,

potem zabiera mnie na głębię,

z której wylatuję jako mewa

i mogę złapać w swój dziób

te resztki, strawione ciało.



4.


Czas można odmierzać również

za pomocą ciągów porażek:

spowszedniałe miłości,

przeżyte na wylot miasta,

przyjaciele samobójcy,

coraz bardziej bezkształtne,

coraz głębsze rysy

na twojej wykrzywionej twarzy.

Twoje dotychczasowe życie,

cały ból i strach

rysują mapę na twoim ciele,

a na twojej twarzy zapisuje

nieczytelnymi literami księgę

porażek.



5.


Będzie to na wieki naciągnięte na twoją duszę,

tak jak skóra była naciągnięta na jego ciało.

Jesiennym wieczorem wsiadł do taksówki

i patrzyłeś, jak mała, okrągła głowa

kurczy się powoli w oddalającym się aucie,

aż w końcu nie zniknęła w dalekim punkcie:

tam i wtedy zbiegły się wszystkie

równoległe, jak rozszerzająca się przestrzeń

na rysunku nauczyciela plastyki.

Ciało stygło, gdy powoli odchodził,

ostrożnie, by nikt nie usłyszał.

Bo tego dnia za pomocą leków pokonał

zabetonowany, niewierny świat,

surową grawitację, ciężkość,

i przeszedł do wymiaru, który

jest nawet poza wyobraźnią.

Pozwoliłeś mu. Nie widziałeś, jak się wymyka,

przechodzi przez ten mały punkt,

który przez chwilę był jego własną głową,

gdzie wszystkie równoległe na świecie 

w końcu się zbiegły.



6.


Wyszedłem się położyć na brzegu

i patrzyłem na szybujące mewy.

Powoli, jedna po drugiej, kamień po kamieniu,

oczyściłem każdą jedną myśl

i wszystkie wrzuciłem z rozmachem

pomiędzy morskie fale.

Zostały wchłonięte, jakby przeszły

przez powierzchnię do innego świata.

Położyłem się i w szumie morza

nic nie słyszałem, widziałem tylko

odległe samoloty znikające na niebie,

jak pyłki, gdy zawieje wiatr.

W tej chwili na czubku mojego języka

zbiegło się czyste niebo, szumiące morze,

piasek, czas, wiatr i moje ciało,

do chwili, gdy mewa nagle nie zanurkowała,

uniosła z wody rzucającą się rybę,

przywracając wytrącony z biegu czas,

oddzielając na nowo wodę od nieba.

W ustach pozostał mi słony smak życia wiecznego,

a w butach i ubraniu ziarenka piasku.


ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page