top of page

Zuzanna Śliwińska - Instytut Nadawania Sensu

  • 2 dni temu
  • 10 minut(y) czytania
Michał Topolan
Michał Topolan

Instytut mieścił się przy adekwatnie nazywającej się ulicy Retoryka i posiadał trzy oddziały. Pierwszy oddział pełnił usługi nadawania sensu poprzez zdania pojedyncze, drugi poprzez zdania złożone, a trzeci poprzez nazwy. Każdy jednak zajmował się desygnacją, dlatego nad drzwiami wejściowymi Instytutu Nadawania Sensu znajdował się symbol oskubanego kurczaka. Było to może trochę mylące i zdarzyło się, że gospodynie wpadały do instytutu chętne zakupić trochę mięsa na niedzielny rosół, ale nikomu to nie przeszkadzało. Wychodziły bowiem nie spełniwszy porannych sprawunków, ale bogatsze o nowo nabytą wiedzę na temat denotacji. Jakże przyjemniej spalało się cebulę na zupę myśląc o ekstensji najróżniejszych zbiorów pojęciowych!


Największą furorę robił jednak Mistrz Języka Anastazy Rączka z oddziału trzeciego. Był to tajemniczy jegomość. Niektórzy sądzili, że był psychiatrą albo buddystą. Inni bezmyślnie zarzucali mu czary albo, co robili spluwając, erudycję. Do wszystkiego przyczyniały się jego niezwykłe umiejętności nadawania sensu i wysoka kultura osobista. Potrafił sprawić, że diagnoza nie brzmiała nigdy obraźliwie, a co więcej – prezentował ją w napięciu i jednoczesnym archimedesowym uniesieniu. Rzucona przez niego nazwa zawsze trafiała w punkt, a okulary ze szkłami grubości denka od słoika były zawdy przekrzywione.


Niestety to nie o nim jest ta historia, ponieważ akurat tego dnia, Mistrz Anastazy zażywał nowej dawki słów, a słowa te okazały się tak dziwaczne – nawet na jego głowę – że zapadł w dziwaczny stan otumanienia podobny pewnemu innemu stanowi…

– Pijany?!

– Skąd! – oburzyła się sekretarka Nina próbując poprawić okulary Mistrza. Te natychmiast się zsunęły na swoje przekrzywione miejsce.


Mistrz miał długi nos.

– Pani Nino, przecież to widać gołym okiem. Niech pani spojrzy na jego krawat.


Krawatu nie było. Leżał pod krzesłem. Był to tak poruszający widok, że nawet sam Anastazy zaczął się pochylać w swoim zesztywniałym stanie. Sekretarka, chudziutka i niska kobietka, rzuciła się, żeby postawić go do pionu. A raczej czegoś bliższego pionowi niż poziomowi.


Zmachała się, gdy gość, nie kto inny niż pan Sawski – stały klient – przyglądał się z kapeluszem przyłożonym do piersi. Nie mógł jej pomóc, ponieważ miał świeżo wyprasowane spodnie.

– Mistrz Anastazy dzisiaj nie przyjmuje – zawołała próbując wypchnąć interesanta. – Nie mówiąc już o tym, że już więcej sensu się panu nadać chyba nie da.


Pan Sawski zwinnie wywinął się jej drobnym rączkom. Miał taneczne zdolności, a jego głos był tak donośny jak bęben. Śmiał się zresztą zawsze w tym samym rytmie; metrum ¾ i ani odrobinę szybciej.

– W takim razie dobrze się składa, że ja w innej sprawie – zaoferował porywając krzesło obok mistrza.


Usiadł z jedną nogą założoną na drugą i odłożył kapelusz na stół. Zaraz jednak spostrzegł kurz pokrywający liczne księgi i szybko pochwycił nakrycie głowy. Wahał się przez moment aż w końcu z zadowoleniem umieścił go na głowie mistrza. Ten ani drgnął.

– Przyszedłem z kolegą.

– Kolegą? – zapytała z powątpiewaniem.

– Najdroższa pani, jak świat mi długi i szeroki, spotkałem tego człowieka wychodząc z teatru wczoraj wieczorem. Grali wspaniale, to była Tragedia florencka i przyznam, ale tylko dlatego, że mam panią w najwyższym poważaniu, że gdy piękna Bianca w końcu zachwyciła się siłą męża to, aż mi się łza w oku zakręciła. Tak byłem poruszony, że aż zdjąłem marynarkę. Było dość ciepło, zauważyła pani? A sądziłem, że będzie padać, dlatego wziąłem ze sobą parasolkę. Jedną z tych dużych, bo nigdy nie wiadomo czy się nie zdarzy okazja, aby komuś zaoferować ramię. Przy takich okolicznościach przyrody bardzo różne rzeczy się mogą zdarzyć.

– Panie Sawski…

– Ale cóż! Nie padało, także zawiesiłem ją na ramieniu, a ponieważ specjalnie do teatru zakupiłem nową koszulę to nie chciałem, żeby rączka od parasolki jakoś ją uszkodziła. Wie pani, jak to z kaszmirem bywa. Dlatego podwinąłem rękaw! Widzi pani jak bardzo byłem poruszony i rozkojarzony – uderzył się w czoło. – Kaszmirowej koszuli, podwijać mankiety! Aż musiałem przystanąć i sprawdzić temperaturę. Myślałem, że coś musi mnie brać.

– Panie Sawski…

– W każdym razie, gdy się zatrzymałem… ależ pani dzisiaj niecierpliwa – zaśmiał się, bęben zabrzmiał. – Niech pani usiądzie, bo to naprawdę intrygujący przypadek. Zatrzymałem się i wtedy ktoś na mnie wpadł. Kuriozalne, prawda?


Nina usiadła na drugim wolnym krześle i przetarła oczy. Była bardzo zmęczona i nie bardzo wiedziała, co zrobić z panem Sawskim, a tym bardziej z Mistrzem Anastazym, który zaczął burczeć jakieś sylaby.

– Odwróciłem się dość zamaszyście i parasolka uderzyła biednego delikwenta w kolano, ale nie wydał z siebie ni słowa. Teraz już jak go trochę poznałem to wiem, że on jest człowiekiem kilku słów. Alors, to z francuskiego, odwracam się i pytam, co pan dobrego wyrabia? Jak należy.

– Jak należy – powtórzyła i pan Sawski przytaknął.

– A on, przysięgam powiedział: chciałem powąchać pana łokieć.

– Przepraszam?

– Tak odpowiedziałem!


Sekretarka pokręciła głową.

– Powiedział, że chciał…?

– Powąchać mój łokieć.


Mistrz Anastazy czknął aż kapelusz spadł mu na brew. Pan Sawski sięgnął, aby temu zaradzić, a sekretarka podniosła się i zaczęła krążyć po pokoju. Jej wzrok padł na jedną półkę, zaraz na drugą, ale ciągle się wahała.

– Czy powiedział coś więcej?

– Powiedział, że to jego ulubione zajęcie.

– Nigdy nie słyszałam o czymś podobnym.


Pan Sawski rozsiadł się wygodniej i poprawił chusteczkę w kieszonce marynarki. Była krwistoczerwona pod kolor skarpet. Zawsze dobierał kolor chusteczki do koloru skarpet.


Nina nagle się zatrzymała i wskazała na drzwi.

– Mówił pan, że przyszedł z kolegą?

– Tak, czeka za drzwiami. Dość się wstydzi, pani rozumie. Powiedziałem, że uprzedzę mistrza, aby miał na względzie jego dość delikatną osobowość. Myślę, że gdyby nadać sensu, którego on nie potrafi, tej osobliwej aktywności, która niestety jest dość…

– Ekscentryczna?

– Też, ale chodziło mi raczej o słowo „masochistyczna”.


Sekretarka zdębiała.

– Co ma pan na myśli?

– Pani sama zobaczy – odparł wzdychając i skierował się do drzwi.


Sekretarka zareagowała dopiero, kiedy sięgnął po klamkę.

– Chwileczkę! Mistrz jest niedysponowany.

– Ależ to jasnowidz – odparł pan Sawski z nonszalancją. – Jestem pewny, że gdy wizja czy natchnienie go uderzy to żaden stan zamroczenia nie przeszkodzi, aby dał upust swojemu talentowi.


Pan Sawski odprowadził Ninę do stolika, popchnął ją na krzesło i podał notatnik, na którym zwykle zapisywała relacje klientów.

– Zresztą – uznał zerkając na mistrza – ile lat pani już tu pracuje?


Sekretarka się obruszyła.

– Proszę mi wybaczyć impertynencję, ale miałem na myśli coś całkowicie odwrotnego niż pani pomyślała. Między naszą dwójką, z moim doświadczeniem w byciu desygnowanym i z pani w obserwowaniu procesu desygnacji, nie mam wątpliwości, że zdołamy znaleźć jakiś sens tego zjawiska.


Pan Sawski poklepał ją po głowie i obrócił się do wejścia. Otworzył drzwi ku przejęciu Niny. Mistrz Anastazy burknął pod nosem:

– Anan…

– Co? Co? – zapytała cicho, pochylając się w stronę Anastazego.

– Anankasssstia…


Nina pochwyciła książkę prawą ręką, lewą zdjęła kapelusz. Uderzyła mistrza w głowę, po czym przybrała go ponownie. Książkę ułożyła na stożek i usiadła z notesikiem.

– Majaczy – mruknęła wzburzona.

– Oto jest! – zawołał pan Sawski aż i Nina, i Mistrz podskoczyli na krzesłach. – Pan Ukraina.


Ukraina wszedł niepewnie do środka i zatrzymał się zaraz przy drzwiach. Ręce splatał przed sobą w nerwowym geście, a wzrok miał wbity we własne sandały. Miał na sobie kamizelkę, w której brakowało guzika i sprane dżinsy. Coś wystawało z jego kieszeni – przypominało kolorowe piórko. Ale pomimo niecodziennego stroju uwagę przykuwała jego łysa głowa i skóra pokryta siniakami.

– Pan… Ukraina? – zapytała Nina, uprzejmie wstając.

– Tak, proszę pani – odpowiedział cichym głosikiem, o wiele wyższym niż wskazywałaby jego niemała postura. – To przezwisko – wyjaśnił czerwieniąc się. – Od tych siniaków. Widzi pani? Tu żółty jest – wskazał na obojczyk. – A tutaj jeszcze niebieski, czasami wydaje się zielony – wskazał na prawe ramię. – Na plecach o wiele lepiej widać, mogę…

– Hola hola! – zawołał wesoło pan Sawski. – Niech pan trochę zwolni, nie wypada takim roznegliżowanym się prezentować przed damą.

– Ja chciałem tylko…

– Bardzo dziękuję, panie Ukraina. Wyjaśnił pan jednak dostatecznie – uśmiechnęła się Nina. – Czy mogę zapytać skąd te siniaki?

– Od wąchania, proszę pani.


Pan Sawski potaknął śmiertelnie poważnie.

– To bardzo nietypowe zajęcie i dość niebezpieczne, bo jak pan zdążył mi już wyjaśnić, nie da się powąchać własnego łokcia.


Nina potaknęła ze zrozumieniem, ale nie minęła chwila a i ona, i pan Sawski podjęli się próby powąchania swoich łokci.

– Nie ma rady – uznał ponuro pan Ukraina, gdy z konsternacją zakończyli próby. – Można wąchać tylko cudze łokcie.


Mistrz Anastazy podniósł głowę, która zaraz zatoczyła się na jedno z ramion.

– I mi Pon, Poncjusz…? – powoli zaintonował.

– Proszę go zignorować – Nina zasłoniła mistrza. – Nowa generacja wypuściła słownik i trochę mu zaszkodził.


Pan Sawski klepnął Ukrainę w plecy, na co ten się skrzywił.

– Ale nic się nie martw! Osobiście dużo wiem o sensach, tak jak mogą powiedzieć ludzie znający własne. Będę dziękować mistrzowi i pani Ninie do końca życia za przekazanie mi mojego. Gdy poznałem słowo dandys to już nic nie było mi straszne. Słyszał pan o urokach subwersji? Z pewnością nie, ale miły… – odparł ze wzruszeniem. – Wiesz, że dandys w swoich początkach było określeniem głupca? To francuski dandin. A z niemieckiego: tandeln, czyli bawić się. Ale jak to sama definicja niewiele może tak naprawdę znaczyć… Gdy się pan zagłębi w to pojęcie, które tutaj zostanie odkryte, to sens potem napływa! Cała elegancja, ułożenie, wysublimowanie, to wszystko to arbitraż rozwiązujący dylematy toi ze światem!

– Arbitraż? – powtórzył ze strachem.

– Zgadza się, panie Ukraina!

– Czyli ja jestem arbitrażem?


Pan Sawski aż się zgiął ze śmiechu, a pani Nina uśmiechnęła się niezręcznie.

– Nie, nie. Nie zrozumieliśmy się. To nic, siadaj. O tutaj właśnie.

– Imię derba – palnął sennie Mistrz Anastazy. – In terra bio.


Spojrzeli na niego, ale milczał.

– Dobrze – klasnęła Nina. – Zacznijmy od początku, panie Ukraina. A zatem wącha pan cudze łokcie.

– I to jego ulubione zajęcie – wtrącił pan Sawski dla skrupulatności.


Nina szybko zanotowała. Ukraina siedział spięty i zestresowany. Kropelka potu zalśniła na jego czole.

– To wygląda mi na pewien specyficzny przypadek psychologiczny – uznała wydymając usta.

– Psychoza? – podsunął pan Sawski.

– Zastanawiam się raczej na solipsyzmem – odparła.

– Ah, to dobre. Bardzo dobre.


Pan Ukraina sięgnął do kieszonki pana Sawskiego. Pojmał chusteczkę i zaczął wycierać czoło. Rzucił zdesperowane spojrzenie na mistrza Anastazego.


Mistrz spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem spod okularów i cmoknął kilka razy.

– Im on debil – mruknął ze zmarszczonymi brwiami. – Debilia?


Ukraina wyprostował się urażony, ale w tym momencie pani Nina, która gorąco dyskutowała z panem Sawskim wymieniając się hasłami, podała mężczyźnie notesik. Jej łokieć znalazł się na wysokości oczu Ukrainy. Przymknął powieki i powoli się zaciągnął.


Sięgnął po piórko w swojej kieszeni i zaczął się uśmiechać.

– Co z panem? – zapytał pan Sawski wertując notesik. – Wszystko w porządku?

– Czemu pan właściwie wącha łokcie? – zapytała sekretarka.


Obejmowała swój łokieć dość strącona z pantałyku.


Ukraina wstał.

– Widzieliście kiedyś jak panny tańczą kankana? Jak wywijają nogami w górę i w dół? Jak ich spódniczki układają się w meandry i pióra świszczą? Ich pończochy błyszczą i szurają o siebie, gdy uda się stykają, a pantofle klikają jak kaczka rzucona po tafli. I gdy tańczy tak przed twarzą to czy nie chcesz się przyłączyć? Pochwycić tę nóżkę, powstrzymać na moment ten hipnotyzujący chaos, którego nie jesteś częścią. A to kręci, to obraca, to tak męczy jak nie bycie w kuszetce, gdy jedzie się bez rezerwacji miejsca i ten przedział między jednym a drugim wagonem tak gruchocze po torach, jakby miał już nie wyrobić. Krew szumi w uszach i wszystko tak drży, gdy ona się zbliża, jak obietnica, że miękka, że jej kość twarda i pewna. Jest krzewem czerwonych róż, kusi pięknem i liścia blaskiem, a jednak wiesz, że dotkniesz jej, to powali, uderzy i ukuje. Zostawi ślad jak obietnica, jak pocałunek, bo takie jest miejsce piękna. Być na odległość. Więc gdy idę ulicami, ja czuję ten taniec w powietrzu. Widzę tych wszystkich ludzi w ich pięknych życiach, które tak ich czasem kują, tak nagradzają delikatnym płatkiem miłego wspomnienia… i gdy zbliżam się do nich, to sam nie wiem, nie wiem dlaczego, ale spoglądam na to niepozorne, na ich łokcie. One odginają się jak przy tym kankanie, zgięcie i wyprost, zgięcie wyprost. I ja przecież wiem, że tak jak nóżki tej panienki nie wezmę w swoje dłonie, to mogę to powietrze jedynie pochwycić, które mogliśmy podzielić. Dlatego pochylam się i chłonę woń tego, co mi się najbardziej żywe wydaje. Potrafię samym spojrzeniem stwierdzić, czy łokieć jest mięsisty czy może skóra taka wiotka. Widzę historię tych ludzi, widzę po ich łokciach, jak ciężkie grali partie szachów albo jak praca ich nuży. Widzę, jak dbają o siebie, z jakim namaszczeniem przygotowują się do stawienia czoła dniu i… to taka piękne. I to zostaje ze mną, bo gdy mnie kto zdzieli, że śmiałem się tak zbliżyć, choć przecież nie dotknąłem, nie polizałem ani nawet nie wydałem ustami mojego wyroku, co takiego poczułem, to dają mi te ślady. Siniaki łączą mnie z tymi łokciami, z tymi ludźmi i potrafię powiedzieć o każdym, jaki zapach czułem nim je na moim ciele odmalowano. Jestem właściwie płótnem tylko. Sceną dla kankana… Jedynym, który docenia… tak naprawdę.


Nina stała jak wryta, aż przysiadła na wolnym krześle i nie mogła wydusić słowa. Pan Sawski z kolei płakał. Ujęła go głębia i piękno słów pana Ukrainy, który musiał nosić ten smutek odrzucenia już od wielu lat. Próbował powstrzymać łzy z racji, że jego chusteczka służyła teraz panu Ukrainie.

– Drogi mój – pociągnął nosem. – Jak ty się musisz czuć, gdy te siniaki zaczynają niknąć?


Pan Ukraina usiadł ciężko i spuścił głowę.

– To mi sprawia większy ból, niż gdy zostają odciśnięte. Ile musiałem już zapomnieć? Jaki sens ma zbieranie i chłonięcie tych wrażeń, gdy w końcu nic po nich nie zostaje?


Mistrz Anastazy strzepnął kapelusz pana Sawskiego z głowy i poprawił okulary. One zaraz znowu zjechały.

– Mam coś – mruknął podpierając czoło. – Jest sło-wo na ten przy… przypadek.

– Mówiłem pani! – ucieszył się pan Sawski. – Na jasnowidzów zawsze można liczyć!


Ukraina wyprostował się i zacisnął w jednej dłoni piórko, a w drugiej chusteczkę pana Sawskiego. Już rozpierała go niecierpliwość, bo czy to mogło być? Czy naprawdę był jakiś sens?

– Jest s-słowo – mruczał Mistrz.


Czknął jeden raz. Dwa razy. A przy trzecim pokręcił głową z taką gwałtownością, że okulary spadły mu na masywny brzuch. Uniósł je obiema dłońmi i powoli, i bardzo ostrożnie umieścił na czubku nosa.

– I mię deka? Bilon.

– Pieniędzy? – zdziwił się pan Sawski. – No wiem pan co, żeby w takim momencie się upominać o wynagrodzenie…

–  CI! – zganiła Nina.

– Imipodil…

– Pani Nino, niech pani coś zrobi, na litość boską – uniósł się pan Sawski.

– Mówiłam przecież, że Mistrz nie jest dzisiaj w formie. Ale ewidentnie do czegoś pije.

– Raczej coś pije – poprawił Ukraina.

– Ci-cho. Ci-cho. Mam – zawołał Mistrz Anastazy Rączka i powiedział powolnym, wyraźnym tonem sześć sylab: – IM-PON-DE-RA-BI-LIA.




ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page