Piotr Czerkawski - Wrocławskie kina z podziałem na role
- 18 godzin temu
- 6 minut(y) czytania

Piotr Czerkawski rozmawia z Magdaleną Klich-Kozłowską, dyrektorką Dolnośląskiego Centrum Filmowego, i Danielem Ratuszniakiem, dyrektorem Kina Nowe Horyzonty.
Piotr Czerkawski: Jak wyglądały wasze pierwsze świadome wizyty w kinie? Więcej w nich było prozy życia czy magii rodem z Cinema Paradiso?
Magdalena Klich-Kozłowska: U mnie zdecydowanie prozy. Pochodzę z Małopolski i najbliższym kinem dla mojej miejscowości było kino Zbyszek w Olkuszu. W liceum szkoła zabierała nas tam na ekranizacje lektur albo filmy typu Czarny czwartek.
P.C.: We Wrocławiu miałem w pewnym sensie podobnie. Kiedy byłem w podstawówce nauczycielka zaciągnęła moją klasę na pokaz hermetycznego filmu irańskiego. W tamtym czasie już naprawdę wolałem lekcje matematyki.
M.K.-K.: Na szczęście u nas była też druga strona medalu. W liceum miałam zajęcia z profesorem Stanisławem Wywiołem – malarzem i erudytą, który pokazywał nam na lekcjach fragmenty Amadeusza czy The Wall. Tamte zajęcia do dzisiaj są dla mnie źródłem inspiracji – w ramach cyklu edukacji filmowej w DCF-ie prowadzę dwa bloki poświęcone kinu dokumentalnemu i festiwalom filmowym. Robię to m.in. po to, by utrzymywać kontakt z młodymi ludźmi, orientować się, czego szukają w kinie i na co zwracają uwagę podczas seansów.
P.C.: Danielu, czy miałeś więcej szczęścia niż ja i Magda?
Daniel Ratuszniak: Mam w głowie parę magicznych wspomnień, choć już z trochę bardziej dojrzałego okresu w życiu. Uwielbiałem zwłaszcza wrocławskie kino Polonia, które w kontekście warunków projekcji pozostawiało wiele do życzenia – żeby przetrwać zimowe seanse trzeba było ubierać kalesony i dodatkową parę skarpet. Mimo wszystko klimat był tam niesamowity. Pamiętam z czasów studenckich, że, w Polonii organizowano podwójne seanse europejskich klasyków. Jeśli to był ten moment miesiąca, że byliśmy już spłukani, kombinowaliśmy z kolegami jak jakoś zachachmęcić i przemknąć przez drzwi w przerwie, żeby obejrzeć przynajmniej jeden film.
P.C.: Dziś widzowie też coraz częściej przychodzą do kina nie tyle dla filmów, co dla atmosfery, choć niekoniecznie powinny kreować ją akurat problemy z ogrzewaniem.
D.R: Dużo zaczęło się zmieniać w tej kwestii po pandemii. Wracając do kin po okresie ich zamknięcia, widzowie zaczęli oczekiwać, że wizyta w takim miejscu będzie stanowić pewnego rodzaju przeżycie. Nie bez powodu mocno w odwrocie są dziś umiejscowione w centrach handlowych multipleksy, w których dodatkiem do seansu nie jest prelekcja albo dyskusja, tylko wiadro popcornu.
M.K.-K.: Zgadzam się. Widz po seansie ocenia nie tylko jakość filmu, ale pełnię doświadczenia kinowego, które zaczyna się dla niego od przekroczenia progu budynku. Ważne jest więc to, jak widz czuje się w hallu, czy może sprawnie kupić bilet, czy będzie chciał przyjść na chwilę przed seansem i umówić się ze znajomym na kawę.
P.C.: Zatem – mówiąc metaforycznie – fast-food został wyparty przez fine-dining?
D.R.: Coś w tym stylu. Żeby przyciągnąć widza do kina, na pewno musisz zaoferować mu coś więcej niż zwykły seans. Stąd na przykład popularność naszego cyklu Neuroprojekcje, w którym o popularnych filmach rozmawiamy w kontekście neurobiologii i różnych sposobów postrzegania rzeczywistości przez umysł.
M.K.-K.: Ja z kolei, korzystając z tego, że posłużyłeś się przed chwilą metaforą kulinarną, jestem bardzo dumna z naszego cyklu KinoZmysły. Na jego pomysł wpadłam, gdy kiedyś na festiwalu Nowe Horyzonty obejrzałam Alcarràs Carli Simón – bardzo zmysłowy film o rodzinie katalońskich rolników, która od pokoleń uprawia sad brzoskwiniowy i musi skonfrontować się ze zmieniającymi się realiami ich zawodu. Pamiętam, że wracałam do domu na rowerze i pomyślałam, że oszaleję, jeśli zaraz nie zjem brzoskwini.
P.C.: Dobrze, że pomyślałaś o tym po seansie Alcarràs, a nie Call Me By Your Name.
M.K.-K.: Na spokojnie Tamte dni, tamte noce można ugryźć w kontekście kuchni północnych Włoszech, nasza kreatywność przy tym cyklu jest ogromna. W każdym razie z tamtego impulsu wziął się pomysł na cykl, który skupia się na filmach zmysłowych, oprócz kinowego seansu oferujący widzom multisensoryczne doświadczenie. Okazało się, że trafiliśmy w dziesiątkę – mimo że ruszyliśmy w dość niefortunnym terminie, czyli w grudniu, kilka razy wyprzedaliśmy całą salę. Logika stojąca za tym pomysłem była tak naprawdę prosta: skoro ludzie często traktują wyjścia do kina jako część randki, na którą składa się później kolacja w restauracji, dlaczego nie umożliwić im połączenia obu tych aktywności w jednym miejscu?
P.C.: Upierałbym się jednak, że to wszystko istotne dodatki, ale w kinie wciąż najważniejsze powinny być filmy.
M.K.-K.: Tutaj też jako kiniarze mamy spore pole do popisu i wykonujemy dla widzów ważną pracę researcherską. Żyjemy w końcu w czasach nadprodukcji treści. Widzę to dobrze, gdy czasem mam ochotę obejrzeć coś w streamingu, wchodzę na portal, sprawdzam jego ofertę i klikam, klikam, klikam, aż w końcu uznaję, że zrobiło się za późno i nie oglądam już nic.
P.C.: Socjologowie piszą, że ten sam problem dotyczy miłości w dobie Tindera.
M.K.-K.: Tymczasem w kinie ta kwestia wygląda inaczej, bo ludzie, którym widz powinien zaufać, wykonali za niego część czarnej roboty. Najpierw wybrali określone filmy, a później przypisali je do konkretnych godzin, biorąc pod uwagę jakość albo potencjał frekwencyjny. W takiej sytuacji decyzja automatycznie staje się dużo łatwiejsza do podjęcia.
P.C.: Brzmi jak sielanka, ale są przecież w roku miesiące, zwłaszcza letnie, kiedy dystrybutorzy dezerterują z pola walki i nie oferują widzowi właściwie niczego wartościowego.
M.K.-K.: Oczywiście nie gramy samych wybitnych filmów, bo jesteśmy uzależnieni od tego, co oferuje nam rynek. Sporo jednak zależy też od indywidualnych gustów. Komuś może podobać się Drama, a komuś nie, ale naszym zadaniem jest umożliwienie widzom skonfrontowania się z tym filmem i zapewnienie przestrzeni do rozmowy po seansie.
P.C.: Żeby spełniać swoją rolę, ta przestrzeń powinna być przede wszystkim bezpieczna. Pod pewnymi względami bywa to niezłe wyzwanie.
D.R.: Bycie obiektem ogólnodostępnym to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Rozmawiałem niedawno z panią z Sanepidu, która nazwała rzecz po imieniu i powiedziała, że w Kinie Nowe Horyzonty mamy właściwie jedyne ogólnodostępne szalety w okolicy…
P.C.: Brzmi to może trywialnie, ale nieumiejętność zadbania o potrzeby fizjologiczne obywateli świadczy o słabości państwa. Poważny artykuł na temat zawstydzająco małej liczby publicznych toalet w Polsce opublikował ostatnio „Tygodnik Powszechny”.
D.R.: Otóż to. W naszym przypadku ta dostępność wiąże się, niestety, z faktem, że z toalet korzystają też osoby, które załatwiają w nich potrzeby niestandardowe, na przykład związane z używkami. Mamy świadomość problemu i walczymy z nim na wszelkie sposoby, bo zależy nam na bezpieczeństwie naszych widzów.
M.K.-K.: W DCF-ie ten problem nie jest aż tak silny. Może dlatego, że nasze kino jest ukryte w podwórku, co ma też swoje wady, bo sprawia, że rzadziej przyjdzie do nas ktoś „z ulicy”, kto pod wpływem impulsu postanowi po prostu obejrzeć film.
P.C.: Z jakimi problemami w takim razie zmagacie się częściej?
M.K.-K.: Zdarza nam się mieć do czynienia z klientami „awanturującymi się”. Nasza obsługa jest przeszkolona i wykazuje się dużą cierpliwością w tłumaczeniu rzeczy oczywistych, na przykład tego, że miejsce dla osoby z niepełnosprawnością naprawdę ma służyć osobom z niepełnosprawnością.
P.C.: Co planujecie zrobić, żeby uczynić wasze przestrzenie jeszcze bardziej przyjaznymi dla widzów?
D.R.: Jesteśmy w trakcie potwierdzania współpracy z biurem architektonicznym, które pomoże nam nieco przearanżować kino. Podczas niedawnego spotkania z biurem nawiązałem do finału filmu Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, w którym bohaterowie chronią się w przytulnym, bezpiecznym miejscu nazwanym przez nich bazą. Chciałbym, żeby Kino Nowe Horyzonty jeszcze bardziej niż teraz przypominało taką „bazę”, była oazą bezpieczeństwa i wyciszenia. Cieszę się, że w pewnych kontekstach dzieje się tak już teraz. Nasze współpracowniczki z biura chwaliły pod tym względem choćby nasz cykl seansów przyjaznych sensorycznie.
M.K.-K.: My jesteśmy aktualnie w fazie liftingu przeprowadzanego również we współpracy z pracownią architektoniczną. Na Nowe Horyzonty oddamy do użytku kolejne wyremontowane piętro. Na przyszły rok zostawiliśmy sobie odświeżenie tzw. Piano Baru, ale już teraz postaraliśmy się zamienić hall kina w coś w rodzaju domowego salonu – umieściliśmy tam wygodne fotele i naturalne materiały. Kameralne przestrzenie separowane miękkimi zasłonami zachęcają do tego, by wizyta w kinie nie zakończyła się po napisach końcowych filmu. W takich okolicznościach rozmowa wciąga bardziej niż popcorn, którego notabene próżno szukać w naszym bistro…
P.C.: Macie w swoich kinach miejsca, w których szczególnie lubicie przebywać?
M.K.-K.: Cieszę się, że rozmawiamy w 2026 roku kiedy jesteśmy już po liftingu hallu, którego wygląd – nie wiem, czy zostawię to zdanie w autoryzacji – spędzał mi sen z powiek. Przed remontem nie miałam swojego ulubionego miejsca, bo czułam, że właściwie wszystko jest do wymiany. Dziś najbardziej podoba mi się umiejscowiony koło sali Lwów „kącik lynchowski”, w którym mamy zasłony, lampy, bordowe fotele. Pół żartem, pół serio czuję, że byłoby to idealne miejsce do trudnych rozmów jeden na jeden.
D.R.: Najbardziej lubię stawać na samej górze kina i patrzeć z tej perspektywy na to, co znajduje się niżej – wejście do kina i przestrzeń przed kasami.
P.C.: Rozumiem cię. Ludzie są w ciągłym ruchu, na twoich oczach wchodzą w interakcję. Zupełnie jakbyś oglądał film.
M.K.-K.: Trochę jak u Pawła Łozińskiego. Film kinowy zamiast „balkonowego”…




