top of page

K-poezja - #4 Kim Su-yeong

  • 1 dzień temu
  • 8 minut(y) czytania

Kim Su-yeong
Kim Su-yeong

Lynn Suh & Ewa Suh


Poeta Kim Su-yeong ledwo wiązał koniec z końcem, pracując jako tłumacz i nauczyciel angielskiego, jednocześnie dokonując prawdziwej rewolucji w koreańskiej poezji lat 50. i 60. XX wieku. Z oddaniem tłumaczył poetów amerykańskich, w tym Roberta Lowella, sugerując nawet w pewnym momencie, że każdy, kto szuka prawdziwego wglądu w swoją własną ikonoklastyczną twórczość, powinien przyjrzeć się jego koreańskim przekładom Lowella i innych autorów nurtu konfesyjnego. Istotnie, przez poezję Kima przewija się silny wątek konfesyjny, śmiało obnażający jego wady i słabostki jako obywatela, męża i człowieka potykającego się w wielkomiejskim labiryncie życia. Twierdziłbym jednak, że o wiele silniejszy rezonans łączy Kima z poetą, którego niemal na pewno nigdy nie tłumaczył i prawdopodobnie nawet nie czytał. Być może dostrzegł go gdzieś w jakiejś antologii, choć szczerze wątpię, by szkoła nowojorska (New York School) dotarła w tamtych latach do brzegów Korei. Tym poetą jest nie kto inny jak absolutne przeciwieństwo Lowella: Frank O’Hara.


Podobnie jak O’Hara, Kim Su-yeong jest poetą, którego język cechuje się wyrazistością i bezpośredniością. Często bywa antyliteracki, skory do zuchwałości i prowokacji, ma też talent do pisania poezji w stylu „robię-to-i-tamto”, przemierzając ulice Seulu, chłonąc jego surowość i nędzę. Co więcej, tak jak O’Hara miał Lanę Turner, tak Kim w swoim monumentalnym wierszu Potężne korzenie ma swoją własną, parasocjalną kochankę: Isabellę Bird Bishop. Ta dziewiętnastowieczna angielska podróżniczka i autorka książki Korea and Her Neighbors (Korea i jej sąsiedzi) dzieli się mnóstwem mało pochlebnych obserwacji na temat Korei, jej mieszkańców i obyczajów, w tym taką oto perełkę o koreańskiej stolicy: „Wzdrygam się na samą myśl o opisywaniu […] Seulu. […] Uważam go za najbrudniejsze miasto na ziemi […], a jego zapachy za najbardziej odrażające […]”.


Kim nie tylko ogłasza tę kobietę swoją kochanką, co wydaje się zarazem figlarne i wywrotowe, ale w drugiej strofie wiersza mniej lub bardziej dosłownie ją tłumaczy. Wychodzi naprzeciw jej drwiącemu spojrzeniu, ukształtowanemu przez pełen uprzedzeń dziewiętnastowieczny brytyjski imperializm. W szczególności tłumaczy fragment z jej relacji, opisujący osobliwe widowisko: mężczyzn nagle znikających z ulic Seulu na dźwięk miejskiego dzwonu, co pozwalało kobietom z wyższych warstw społecznych na opuszczanie domów, odwiedzanie przyjaciół, czy po prostu swobodne przemieszczanie się ulicami.


Poprzez ten akt przekładu Kim korzysta z okazji, by na swój niepokorny sposób odzyskać tę scenę dla Koreańczyków. Nadaje znajomy, rodzimy wymiar temu, co Bishop egzotyzowała. Dodaje nawet szczegóły całkowicie nieobecne w jej relacji, w tym pikantną dygresję o mężczyznach wracających na ulice późno w nocy w poszukiwaniu domów publicznych. Innymi słowy, Kim przyjmuje Seul dokładnie takim, jakim on jest, z jego „brudną historią”, „brudnymi tradycjami”, błotnistymi ulicami i nędznymi chatami obnażonymi przez spojrzenie obcego Innego. Staje mocno stopami pośród „nocników, opasek z końskiego włosia, długich tytoniowych fajek, składów nasion, sklepów z tkaninami, aptek w Gurigae, warsztatów obuwniczych, garbarni”, nie wspominając o „ludziach o twarzach pooranych ospą, jednoookich, kobietach bezpłodnych i analfabetach”. Przygarnia całą tę niesforną galerię postaci, przedmiotów i miejsc, które współtworzyły dziewiętnastowieczny Seul, oraz do pewnego stopnia także Seul lat 50. i 60, po którym wędrował Kim.


Oczywiście zawrotny wzrost gospodarczy w Korei i światowy blichtr K-popu sprawiły, że Seul stał się w większości nowoczesny i bardziej sterylny. Jednak ślady przyziemnego i brudnego Seulu z czasów Kima uparcie pozostają. Wciąż można się tu natknąć na mało przyjemne, surowe widoki i dźwięki „pooranych ospą” starszych mężczyzn kaszlących i plujących flegmą na ulicach, o oddechach przesiąkniętych wonią soju i papierosów. W istocie, żółtawa flegma zbierająca się całymi dniami na chodnikach mogłaby opowiedzieć całą kronikę han – tej osobliwie koreańskiej odmiany tłumionego gniewu, żalu i urazy. Nawet u młodych mężczyzn w wieku dwudziestu czy trzydziestu lat można czasem dostrzec te same oczyszczające odruchy, gdy odkrztuszają z gardła wydzielinę, która, na razie, jest jeszcze czysta i biała.


Kim Su-yeong instruuje nas dokładnie, jak to kaszlenie i plucie powinno przebiegać w swoim słynnym, publikowanym w wielu antologiach wierszu Śnieg. Utwór zaczyna się niemal sielankowym tonem, opisując świeżo spadły śnieg na podwórku, po czym nagle zachęca młodych poetów, by bezceremonialnie wzięli sobie ten śnieg na cel i zakasłali. Tak, jakby wszystko, czego nie da się przelać na papier, mogło mimo to znaleźć bezpośredni, trzewny wyraz w akcie kaszlenia na nieskalaną biel śniegu. Ma się to dziać nie byle kiedy, ale w nocy, gdy „dusza i ciało zapominają o śmierci”, zapewne pod wpływem alkoholu, i gdy kaszel swobodnie uwalnia się i rezonuje w rześkim, zimowym powietrzu. To, co pozostaje niewyrażone w ciągu dnia, wreszcie znajduje ujście, znacząc śnieg nagromadzoną flegmą. Przypomina to „intymny krzyk” (intimate yell) Franka O’Hary – głos konwersacyjny powodowany emocją i pilną potrzebą jej wyrażenia – bardziej niż wewnętrzny, autobiograficzny styl ekspresji Lowella.


To samo można powiedzieć o Wariacjach na temat miłości Kim Su-yeonga, które czyta się niemal jak Odę do radości O’Hary, równie rapsodyczną, choć mocniej osadzoną w codziennych realiach Seulu, którego światła poeta porównuje do „resztek jedzenia w chlewie”. Dla Kima miłość jest tak samo żywotna jak flegma i znajduje się w dokładnie tym samym miejscu: w otwartych ustach pożądania. Jednak ta miłość jest tyleż żarliwa co wyważona; ona „się nie przelewa”. Jest „sztuką rewolucji francuskiej” i sztuką rewolucji z 19 kwietnia (1960 roku), która wybuchła w opozycji do autokratycznych rządów pierwszego prezydenta Korei Południowej, Syngmana Rhee. To sztuka, która ucieleśnia eschatologiczne cechy wiary, tęskniąc do „dnia, w którym opróżnisz swój kieliszek, / dnia, w którym wyczerpie się amerykańska ropa”. To siła natury „potężniejsza niż sama wiara”. Istotnie, można tu odczytać wyraźną poetykę Kim Su-yeonga – poetykę, w której miłość ucieleśnia sztukę rewolucji, działając jako pierwotna siła natury, która pozostaje głęboko zakorzeniona we współczesnej poezji koreańskiej.


Lynn Suh


Kim Su-yeong


Śnieg


Śnieg żyje

Świeżo spadły śnieg żyje

Śnieg który przysypał podwórko żyje


Kaszlmy

Kaszlmy młodzi poeci

Kaszlmy na śnieg

Niech śnieg patrzy, bez obaw, bez obaw

Kaszlmy


Śnieg żyje

Gdy dusza i ciało zapominają o śmierci

śnieg żyje aż po nastanie świtu


Kaszlmy

Kaszlmy młodzi poeci

Całą noc

patrzmy na śnieg i choćby tylko zalegającą w piersi flegmą

plujmy do woli


Potężne korzenie


Wciąż nie wiem, jak mam siedzieć.

Co jakiś czas pijemy we trzech. Przyjaciele siedzą swobodnie, opierając stopę na kolanie

i się nie krępują. Ja bezwiednie skrzyżowałem nogi na południową modłę

i usiadłem zwarty i sztywny. Wtedy oczywiście oni w ślad za mną.

Dlatego ze względu na moich północnych przyjaciół staram się poprawić to, jak siedzę.

Po wyzwoleniu 15 sierpnia[1] poeta imieniem Kim Byeong-uk namiętnie wdawał się w dysputy,

siadając na podwiniętych nogach jak japońska kobieta. W Japonii

ukończył uniwersytet i przez cztery lata pracował fizycznie w hucie żelaza, by powrócić

jako silny człowiek.


Mam romans z panią Isabellą Bird Bishop, członkinią

Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, która w 1893 roku

po raz pierwszy dotarła do Joseon[2].

Ujrzała Seul w całym jego dramatyzmie, kiedy to na dźwięk wieczornego dzwonu z Ingyeongjeon[3]

wszyscy mężczyźni w obrębie murów miasta momentalnie znikali, a ulice

stawały się w domeną kobiet. W tym pięknym czasie

jedynymi mężczyznami, którzy mogli bezkarnie przemierzać ulice byli tragarze lektyk,

eunuchowie, cudzoziemska służba oraz urzędnicy. Mało tego, pisała,

w środku nocy kobiety znikały, a na ulice znów dumnie wkraczali mężczyźni,

aby uganiać się za uciechami, i że nigdzie indziej na świecie nie widziała kraju

o tak osobliwych obyczajach.

Nawet wszechwładna królowa Min nie mogła ani razu wyściubić nosa

ze swojego pałacu…


Każde dziedzictwo, nieważne jak brudne, jest dobre. Skrzyżowanie

przy Gwanghwamun przywodzi mi na myśl błoto Sigumun[4], a obok domu

teściów In-hwana, nad brzegiem zasypanego dziś strumienia powracam do czasu,

gdy kobiety, rozpalały tam ogień pod garem z sodą kaustyczną i robiły pranie.

Tamten ponury okres dziś wydaje mi się rajem.

Odkąd poznałem panią Bird Bishop, przeżarta zgnilizną Republika Korei

już mnie nie dręczy. Wręcz przeciwnie, czuję jakbym dostąpił łaski. Każda historia,

nieważne jak brudna, jest dobra.

Każde błoto, nieważne jak brudne, jest dobre.

Jak długo moja pamięć dźwięczy głośniej niż po uderzeniu w mosiężną miskę,

tak długo człowiek jest wieczny i miłość tak samo.


Gdy romansuję z panią Bishop, postępowcy

i socjaliści są gówno warci. Zjednoczenie i neutralność mogą iść w pizdu.

Tajność, głębia, akademizm, duma i dawny obyczaj mogą sczeznąć

w biurach bezpieki. Japońskie Towarzystwo Kolonizacyjne, Japoński Konsulat, cała skorumpowana administracja rządowa

do kupy ze zjadaczami amerykańskich lodów mogą ssać jankeskiego chuja. A jednak

nocniki, opaski z końskiego włosia i długie tytoniowe fajki, składy nasion, sklepy z tkaninami,

apteki w Gurigae, dawne warsztaty obuwnicze i garbarnie, ludzie

o twarzach pooranych ospą, jednoocy, kobiety bezpłodne i analfabeci…

Cała ta nieprzebrana reakcja jest dobra.

Aby mocno oprzeć stopy na tej ziemi

– w porównaniu z potężnymi korzeniami, które sam wbijam w moją ziemię

nawet żelbetowe filary Trzeciego Mostu Drogowego wwiercone w dno rzeki Han

są zaledwie puszkiem na ciele rybika cukrowego.

W porównaniu z potężnymi korzeniami, które wbijam w moją ziemię,


i przywodzącymi na myśl mamuta z horroru

czarnymi jak węgiel konarami, niegościnnymi ani dla sroki, ani dla wrony,

w porównaniu z moimi potężnymi, potężnymi korzeniami,

których nawet ja sam nie mam odwagi

sobie wyobrazić…


Wariacje na temat miłości


O, pragnienie! Otwórz usta, a w nich

odkryję miłość. Na skraju miasta

dogasający szum radia brzmi

jak miłość, ale pochłania go

płynąca rzeka, na której przeciwnym brzegu panuje oswojona

ciemność, a wpatrzone w marzec wyschłe drzewa

szykują pąki miłości. Szept tych pąków

wznosi się jak mgła, jak w kolorze indyga odległa

góra…


Piętrzy się jak nasz smutek za każdym razem, gdy mija nas pociąg miłości,

i gardzi nocnymi neonami Seulu

jak resztkami jedzenia w chlewie.

Teraz nawet ten ciernisty gąszcz, te wydłużone, kolczaste łodygi pnących róż,

nawet one są miłością.


Dlaczego las miłości naciera z tak przytłaczającą siłą?

Aż zrozumiemy, że pokarmem miłości jest miłość…


Jak gotowana w czajniku na piecu woda wrze

tuż pod pokrywką, ale się nie przelewa, tak żarliwa

w swym umiarze jest miłość.


Nieciągłość też jest miłością, zejściem w głąb lub urywaniem się.

Poznałem noce, w które miłość przemyka nieustannie

pomiędzy tym a tamtym pokojem, pomiędzy pokojem babci

a komórką chłopca na posyłki, niczym połyskująca w mroku

podobnym do śmierci zieleń kocich oczu.

Nauczyłem się też sztuki stwarzania takiej miłości,

sztuki otwierania i zamykania oczu – sztuki rewolucji francuskiej,

sztuki rewolucji kwietniowej[5], którą przyswoiliśmy niedawno.

Jednak teraz nie podnosimy już krzyku…


O, piękna twardości pestek brzoskwini, pestek moreli i persymony!

O, przewrotna wiaro burzy rodząca się z absolutnej ciszy i miłości!

Bombaj, Nowy Jork czy Seul, wszędzie jest tak samo.


Na tle potężniejszego niż sama wiara

przepastnego miasta miłości, w którym żyję pogrzebany,

czy jesteś mrówką?


Młodości, nie usiłuję wpoić ci ślepej wiary.

Rośnij, aż poznasz miłość.

W dniu końca ludzkości.

W dniu, w którym opróżnisz swój kieliszek.

W dniu, w którym wyczerpie się amerykańska ropa.

Zanim nadejdzie ten odległy dzień, powinnaś wyryć w swoim sercu

słowa, którymi nasiąkniesz

w miejskim wycieńczeniu.

Pojmiesz twardość ciszy.

Zaczniesz zadawać sobie pytanie,

czy pestka brzoskwini nie została przypadkiem stworzona z miłości!

Nadejdzie dzień,

w którym pestki brzoskwini i moreli

oszaleją z miłości i zaczną wściekle się miotać!

A wtedy fałszywa

medytacja ojców nad straconym czasem

już się nie powtórzy.


Z koreańskiego przeł. Ewa Suh


ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page