top of page

„Przestrzeń musi chcieć z nami współpracować” - rozmowa z Saarausound

  • 8 godzin temu
  • 12 minut(y) czytania
fot. Henryk Mamica-Hüsken
fot. Henryk Mamica-Hüsken

O robieniu rejwów i o tym, jak działać z atmosferą opuszczonych obiektów. 



Kamil Kawalec: Atmosfera, klimat, vibe. Jak te czynniki wpływają na charakter wydarzenia, selekcję muzyczną i koncept imprezy? 


Maja: Krótko mówiąc, bardzo. Nieprzyjemnej atmosfery, na przykład takiej bez przestrzegania niepisanej zasady PLUR, nie uratuje nawet najlepszy line-up. Gdzie przyjemność z brania udziału w wydarzeniu, na którym tłum odpycha? Na naszych eventach nie będziecie mieli takiego problemu. Nasza społeczność składa się z, wydawałoby się, różnorodnych ludzi, lecz jako publika tworzy spójny, bezpieczny i przyjazny klimat.


Daniel: To głównie obrany motyw i koncepcja definiuje vibe, w który celujemy. Nieodzownym elementem naszych imprez są wszelkie formy wizualne i nieskrępowana forma ich podania. 


Kacper: Z racji, że od samego początku projekt Saarausound był prowadzony z zamierzeniem, że robimy to przede wszystkim dla siebie i dla naszych znajomych, zawsze mieliśmy to szczęście, że osoby wpadające na nasze imprezy wiedziały z czym to się je i przyprowadzały równie kumatych ludzi. Od początku klimat towarzyszący naszym eventom przypominał bardziej domówki na studiach, które po prostu działy się w bardziej „egzotycznym” settingu. To z kolei bardzo pomagało, bo tak jak raczej pomożesz kumplowi po imprezie poznosić butelki i talerze w jedno miejsce, tak samo nierzadko nasi imprezowicze po całym misterium pomagali nam tachać generatory i kolumny.


Aga: Vibe i atmosfera mocno wpływają na charakter wydarzenia, ale równie ważna jest dla nas sama koncepcja i nazwa: „Rozbłysk”, „Pryzmat”, „Zenit”, które dopasowujemy do miejsca, ale też pory i energii. Muzyka w Saarau jest dla nas układanką, w której sety DJ-ów mają się wzajemnie uzupełniać i budować jedną narrację, pozostając przy tym zgodne z charakterem każdego z nas. W Saarau najpierw była muzyka, a dopiero potem decyzja o bunkrze (wcześniej chyba po prostu taka, że nie w klubie?), ale te dwa elementy szybko zaczęły się przenikać.


Wera: Przy okazji każdego eventu obmyślamy główne założenia, cele i atmosferę, które chcemy wytworzyć, a potem kminimy, co możemy zrobić, żeby je osiągnąć. Myślę, że to super, że zawsze znajduje się sposób, żeby środki wyrazu, które są nam dostępne – od języka promocji i jej wizualnych aspektów, przez selekty DJ-ów i DJ-ek, aż po ostateczny wygląd przestrzeni – wypadały spójnie. Każdy po drodze dorzuca coś od siebie, spotykamy się i pozostajemy w kontakcie na tyle, na ile możemy, i dzięki tej kumpelskiej synergii tworzy się wielka aura. Taka narastająca fala, która porywa nas właśnie od tych ustaleń aż do sprzątania, a przy okazji zabiera za sobą trochę osób, które o niej usłyszą. Myślę, że gdyby nie ona, to nie zbieralibyśmy tyle dobrego feedbacku od ludzi, którzy dają się porwać razem z nami.


Aga: Ostatecznie chodzi nam chyba o stworzenie immersyjnego doświadczenia, gdzie przestrzeń i dźwięk współpracują. Do tego dochodzi światło i słowo (megaistotne przedeventowe teksty Mai). Także przez takie rzeczy jak odpowiedni system nagłośnienia, który staje się częścią całej kompozycji.


fot. Henryk Mamica-Hüsken
fot. Henryk Mamica-Hüsken

KK: Czy zdarzyło się, że przestrzeń całkowicie zmieniła waszą selekcję muzyczną albo line-up?


Daniel: Zazwyczaj pierwszy pojawia się ogólny motyw, a zastana przestrzeń zostaje do niego zaadaptowana. Przestrzeń definiujemy wystawianymi pracami artystów, kroniką z lat minionych i światłem VJ-ów. 


Aga: Zdarzało nam się zmieniać pierwotny line-up i dopasowywać go tak, żeby tworzył bardziej płynną całość lub szafował energią. Czasem chodziło o tempo, czasem bardziej o energię w prezentowanej selekcji. Taki wspólny „przewóz” przez całą noc. Czasem nie wynikało to bezpośrednio z samej przestrzeni, tylko raczej z intuicji i umownego wyczucia, jak to wszystko powinno się spinać. 


Maja: Przestrzeń eventu zawsze narzuca nam pewne ograniczenia, ale również stymuluje do szukania niekonwencjonalnych rozwiązań. Surowe wnętrze bunkra aż się prosi o równie surowe brzmienia: ciężki bas, głuchą stopę, ale nie jest to nasz główny wyznacznik. Dzięki tej nietypowej przestrzeni udało nam się zorganizować parę bardzo klimatycznych wystaw sztuki. 


Aga: Ważne jest też to, że integralną częścią Saarau są VJ-e, którzy współpracują z DJ-ami i dopełniają muzykę światłem, szczególnie w bunkrze, gdzie wizualna warstwa bardzo mocno wpływa na odbiór całego doświadczenia. 


Nasze wydarzenia nigdy nie były wyłącznie o muzyce. Dotychczas bunkrowaliśmy się także np. w otoczeniu artystów wyłonionych w open callu, a jedna z edycji zapraszała do eksplorowania muzyki np. jako małej wystawy edukacyjnej, gdzie opisywaliśmy fale dźwiękowe jako zjawisko fizyczne oddziałujące na ciało, a nie tylko na słuch. Dzięki temu każde wydarzenie stawało się doświadczeniem wykraczającym poza sam line-up. Było też nawet specjalne jedzenie i picie! 


Kacper: Line-up raczej powstawał równocześnie, bez względu na przestrzeń, ale na pewno to, co działo się dookoła muzyki, było nią podyktowane. Sposób oświetlenia, a co za tym idzie sposób doprowadzenia prądu do różnych zakamarków, decyzja gdzie powstanie chill room, a gdzie będzie palarnia – to wszystko zawsze było podyktowane przez specyfikę miejsc, w których robiliśmy imprezy. Koniec końców te przestrzenie powstawały do innych celów. Zawsze było wiele funu, ale i trudu, w przekształcaniu ich na pop-upowe „kluby” na jedną noc.


KK: Ile czasu zajmuje urbeks? W jaki sposób decydujecie o wyborze miejsca na rejw? Co musi mieć przestrzeń, żebyście uznali ją za wartą uwagi?



Wera: Urbeks sam w sobie tworzy atmosferę odkrywania i taką też aurą staramy się okraszać nasze pomysły od samego początku. To, według mnie, głęboko koresponduje z muzą, którą gramy, spotkaniami w półmroku, przypadkowymi rozmowami i wspólnym zatracaniu się w tańcu, w którym jesteśmy wszyscy razem i każdy osobno.

Od początku trwania projektu, chyba najwięcej miejscówek zostało przez nas odrzuconych ze względów bezpieczeństwa. Chcemy, żeby nasze rejwy nie wiązały się z gruzem sypiącym się na głowę przy głośniejszym basie, potknięciami o cegły, wpadaniem do rzeki, ale wykluczamy też miejsca, w których moglibyśmy przeszkadzać okolicznym mieszkańcom. Są też dodatkowe atuty, jak czystość, bo im mniej syfu, tym później możemy zacząć sprzątanie, czy dostępność od głównej drogi. Już nie raz przekonaliśmy się, jakim wesołym doświadczeniem może być ciągnięcie agregatów, góry sprzętu audio i całej reszty przez 1,5 kilometra wąskiej ścieżki porośniętej trawą do bioder, ale jeśli przestrzeń wpasowuje się w nasze wizje, to działamy tak czy siak. 


Maja: Nie nazwałabym tego procesu urbeksem sensu stricte, raczej nie włazimy do ruinek dla samej adrenaliny. Mam już lekkie skrzywienie, bo za każdym razem, jak podczas spaceru (nieważne czy we Wrocławiu, czy gdzie indziej) widzę nieużywany, lekko podniszczony budynek, to robię fotę, która leci do folderu „Rave here???”. Ostatnio do tej listy dołączyły rozbierane od kilku miesięcy Arkady Wrocławskie. Oczywiście proces wyboru miejsca na imprezę jest nieco bardziej skomplikowany, musi być bezpiecznie, wejście i wyjście muszą być w miarę intuicyjne, nie może być żadnych dziur w podłodze, wody, stałych lokatorów i gęstej zabudowy wokół. Miejscówka ma mieć duszę i być nieco na uboczu, ale nie na tyle, żeby można było zebrać z podłogi kolekcję zużytych strzykawek. Kluczem jest balans.


Kacper: Wrocław, jak każde duże miasto, ma sporo ruin i opuszczonych miejsc. Problem jedynie w tym, że pula takowych, w których bezpiecznie można zorganizować prawdziwy rejw jest we Wrocławiu naprawdę ograniczona. Od początku wiedzieliśmy o dwóch miejscówkach, które się do tego nadają, reszta prac polegała jedynie na późnowieczornych wyprawach, mających na celu pomiary ścian, planowanie rozmieszczenia sprzętu itd. A czasami jechaliśmy tam w deszczu nawet tylko po to, by w klimatycznych warunkach zapalić szluga i rozmarzyć się, myśląc o nadchodzącej bibce.


Mateusz: Nie było tych outdoorowych miejscówek tak wiele, bo w sumie tylko dwie (na których oczywiście nie poprzestaniemy). Spoty, które zostały wybrane, większości osobom uczestniczącym w tego typu wydarzeniach są dobrze znane. Były próby wyjścia gdzieś poza nie, ale większość akcji zakończyła się niepowodzeniem. Wszystkie te miejsca miały odpowiedni klimat, ale przy organizacji imprezy trzeba też wziąć mocno pod uwagę kwestie bezpieczeństwa. Można się pozbyć rozrzuconego szkła i śmieci, ale niektórych miejsc nie da się tak zabezpieczyć, żeby ze spokojną głową zapraszać tam ludzi na całą noc. 


Warto dodać, że nie działamy w próżni.


Aga: Warto dodać, że nie działamy w próżni. Nie tylko my korzystamy we Wrocławiu z bunkrów i opuszczonych przestrzeni. Dlatego w niektórych przypadkach korzystaliśmy też z wiedzy oraz doświadczenia zaprzyjaźnionych kolektywów, które wcześniej organizowały tam wydarzenia. Tagi z nazwami tych kolektywów często znajdziecie np. na bunkrach piechoty. Nie jest trudno znaleźć te, które promują się chociażby w mediach społecznościowych, np. Privnote czy Freak of Rave (choć oni akurat wybierają ROD-y). Przy eksplorowaniu bunkrów często znaleźć można tagi z ich nazwami. 

Sam wybór miejsca to zresztą dopiero początek. Bunkier i droga prowadząca do niego w dużej mierze definiują później charakter wydarzenia. To, co może się tam wydarzyć, o której godzinie najlepiej zacząć, jak będzie odbierana muzyka i jaką energię wniesie publiczność. Dla nas przestrzeń nigdy nie jest neutralnym tłem, ale jednym z elementów współtworzących całe doświadczenie. Event nie zaczyna się wraz z przekroczeniem bunkra. Przede wszystkim musisz do nas zadzwonić na numer wskazany na socialach. Tam dowiesz się kto zagra i ostatecznie – gdzie. Myślę, że nasze rejwy rozpoczynają się w zasadzie w momencie podróży pod wskazaną lokalizację i klimat, który pojawia się na tej trasie, też jest wart odnotowania. Co innego dojechać pod bunkier miejskim busem, a co innego przedrzeć się do niego przez mały lasek.


KK: Ile jest tych kolektywów we Wrocławiu? Czy generalnie wszyscy się znają?


Aga: We Wrocławiu, oficjalnie (tzn., że odbywa się jakakolwiek promocja) w przestrzeniach opuszczonych rejwy organizują m.in. Privnote, Freak of Rave, Rezystancja, my, Bass GrAJ i sporadycznie inne kolektywy z pojedynczymi imprezami.

Nie wszyscy się znają, ale wiedzą o sobie.


KK: Właśnie to, że o sobie wiedzą, wydaje mi się istotne. Bo czy to nie jest tak, że ekipy chodzą na swoje wydarzenia? Zgrywają się, żeby eventy na siebie nie nachodziły? Czy dochodzi czasem do współpracy pomiędzy kolektywami? Czy to z reguły osobne organizmy?


Aga: Nie ma jednej zasady. Niektóre kolektywy funkcjonują bardziej niezależnie, inne chętnie współpracują. Jedni wolą być w outdoorze, inni wolą kierować się w stronę klubów. W naszym przypadku od początku ważniejsze od rywalizacji było poczucie, że współtworzymy pewną scenę i proponujemy coś interesującego, wykraczającego poza rejwowość. Wydaje mi się, że staramy się też nie organizować wydarzeń w terminach, które mogłyby niepotrzebnie konkurować z inicjatywami bliskimi nam programowo czy środowiskowo, ale główna decyzja odnośnie do terminu jest zawsze podyktowana dostępnością naszego kolektywu. Oczywiście, że staramy się chodzić na swoje wydarzenia, spotykamy się na imprezach i śledzimy, co robią inni. Zdarza się też, że konsultujemy lokalizacje, wymieniamy doświadczenia albo korzystamy z wiedzy osób, które wcześniej działały w danej przestrzeni. Jednak nie ma co oszukiwać, że gdyby chcieć być cały czas na bieżąco z aktywnością wszystkich na scenie, to zabrakło by czasu. 


KK: Na co natknęliście się podczas waszych wypraw urbeksowych? Czy wiąże się z nimi jakieś ryzyko? 


Wera: Głównie ogromne góry śmieci i gruzu, fotele ustawione w kręgi wątpliwej rozkoszy i podobne krajobrazy. W zasadzie jest kilka anegdot z poszukiwań miejsc, od spotkań z artystami graffiti czy bezdomnymi, którzy wygrażali nam, wystraszeni, że ukradniemy im spota, albo zadzwonimy na policję, po lekkie zagubienie w lesie. Parę razy trafiliśmy w inne miejsca, niż początkowo zakładaliśmy, ale zawsze razem i nawet jak poszukiwania były bezskuteczne, albo kończyły się wykreśleniem kolejnej miejscówki z listy potencjalnych, to robiły się z tego fajne wspólne popołudnia. I pewnie dlatego, że byliśmy razem i dbaliśmy o siebie, to nic groźnego nigdy się nie stało. Myślę, że warto w takie wyprawy wybierać się ekipą i wspólnie patrzeć pod nogi. 


Maja: Ryzyko dobrej zabawy. A tak serio, w takich miejscach można spotkać dużo niespodziewanej twórczości, wielorakie graffiti i pozostałości po innych imprezach. Nawet nie wiecie jaką wartość sentymentalną ma własnoręcznie skręcony stół z palet. 


Kacper: Ryzyko jest zawsze, ale są to dobrze znane miejsca dla lokalnych kolektywów również organizujących outdoorowe imprezy. Tym samym są to też miejsca względnie zadbane, relatywnie czyste i raczej bez szemranych typów kryjących się w cieniach.


Aga: Ja tylko dopowiem, że czasem zdarzało się spotkać lokalny stół DJ-ski.



KK: Jakie możliwości, których klub nigdy nie da, daje rejw? Pytam nie tylko o kwestię legalności czy skali, ale o coś bardziej podstawowego: o relację między uczestnikiem, dźwiękiem i miejscem.


Maja: Przede wszystkim luz. Za jedną wlotę w anatomicznym wrocławskim klubie wejdziesz na trzy nasze eventy, więc o kasę nie trzeba się martwić, za to można w pełni oddać się muzyce, socjalizacji i chłonięciu niepowtarzalnej atmosfery.


Aga: Moim zdaniem rejwy dają przede wszystkim większą swobodę narracji i zupełnie inną dynamikę niż klub. Do takich miejsc rzadko trafiają przypadkowe osoby. Trzeba świadomie zdecydować, że chce się przyjść. Jednocześnie dzięki audycjom, plakatom czy opisom wydarzeń często pojawiały się osoby, które wcześniej nas nie znały, ale zaciekawił je sam koncept.


Z perspektywy DJ-ki bunkier daje poczucie intymności i bardzo bezpośredniej relacji z publicznością. Gra się z mniejszą presją, a jednocześnie łatwiej zaprosić ludzi do wspólnego doświadczenia, transu czy po prostu zanurzenia się w muzyce. Nikt nie ocenia, jak wyglądasz, jak tańczysz, czy robisz to „właściwie”. Można swobodnie eksplorować przestrzeń i atmosferę wydarzenia.


Trzeba jednak przyznać, że rejwy nadal mają w sobie pewien pierwiastek niepewności. Inne wrocławskie kolektywy mają za sobą historie związane z interwencjami policji. My od początku staraliśmy się działać odpowiedzialnie: sprzątać po sobie, nie przesadzać i zostawiać przestrzeń w takim stanie, w jakim ją zastaliśmy. Dzięki temu do tej pory nie mieliśmy większych problemów.


Kacper: Odwiedzają nas znajomi, ich znajomi, ludzie z działek prawdziwie ciekawi muzy, którą słyszą parę kilometrów dalej. Na naszych imprezach znajdziecie po prostu serio zajawionych sprawą ludzi, którzy życzą sobie jak najlepiej, a wieczór chcą spędzić w trochę ciekawszych okolicznościach niż wypróbowany już wielokrotnie klub. Super jest też widzieć, jak miejsce, które na co dzień już tak właściwie zintegrowało się zupełnie z naturą i jest w normalnych warunkach raczej schowane, na tę jedną noc łączy sążnisty bas, neonowe światła i multum ciekawych ludzi, po czym na następny dzień powraca do swojej codziennej formy. Jest w tym coś efemerycznego.


Daniel: Rejw nadaje charakter wyprawy, pewną wolność, dostępność i brak skrępowania. W dużej mierze pozwala zgromadzić osoby nieprzypadkowe, te zdecydowane i szukające niepowtarzalnego klimatu.


Saarausound od samego początku stawia relację z potencjalnym (bo już na etapie publikowania treści w Internecie) uczestnikiem na totalnym piedestale.


Wera: Saarausound od samego początku stawia relację z potencjalnym (bo już na etapie publikowania treści w Internecie) uczestnikiem na totalnym piedestale. Bardzo zależało nam na tworzeniu takiej wspólnoty, w której każdy czuje się swobodnie, a wspólne wieczory, owiane nutką tajemnicy, dają jednak poczucie komfortu i bezpieczeństwa, jak przy małej domówce wśród najlepszych kumpli. To też nam daje przestrzeń do opowiadania bardziej osobistych historii – tych pisanych dźwiękiem i wizualiami, czy przy pomocy wystaw. 


Te osobiste elementy, które piszą się w wymienionych historiach, nie mogłyby mieć takiej siły w jakimkolwiek klubie. Zbieramy się znacznie rzadziej niż dzieje się to w przestrzeniach przeznaczonych do takich imprez i stawiamy całość od początku. Dzięki temu dowolna przestrzeń na parę godzin staje się naszym miejscem, małym, niepowtarzalnym, stworzonym przez nas światem. Każdy może stać się jego częścią, a potem rozmyć jego kształty wraz z końcem imprezy, żeby ostatecznie nie pozostało po nim żadnego śladu. 


Do relacji między uczestnikiem a miejscem warto dodać też relację z czasem.


V: Do relacji między uczestnikiem a miejscem warto dodać też relację z czasem. Zawsze myślę o przewrotności miejsc, które powstały z intencją prowadzenia wojny jakiś czas przed zbudowaniem pierwszego syntezatora, nie mówiąc powstaniu konceptu techno i miksowania kawałków. W niektórych wrocławskich bunkrach można jeszcze znaleźć poniemieckie swastyki. Obecnie stanowią rodzaj otwartego klubu DIY, po który może sięgnąć każdy, kto ma odpowiednią iskrę. Są katalizatorami niezliczonych znajomości, przeżyć i zmian ścieżek życia, krzewią ideę otwartości i inkluzywności. Naziści przewracają się w grobach.


KK: Czy Wrocław ma dużo przestrzeni o potencjale rejwowym? Jakie cechy musi spełniać taka przestrzeń? 


Kacper: W teorii, ale każda z nich, oprócz tych już sprawdzonych, jest swoistym testem umiejętności planowania i logistyki. Taka przestrzeń musi przede wszystkim „chcieć” z nami współpracować, czyli dać do siebie jakoś łatwo dojechać, mieć jakieś ukryte miejsce na sprzęt, no i jednocześnie znajdować się z dala od skupisk ludzi, ale być też dobrze skomunikowana z resztą miasta.


Mateusz: Myślę, że nie brakuje takich miejsc, tylko jeszcze czekają aż je odkryjemy. Co do cech, to myślę, że przede wszystkim musi być przestrzeń na cały setup, nagłośnienie i miejsce do tańca. Dobrze też, żeby było w miarę sucho i żeby dojazd oraz dojście były w miarę przystępne i bezpieczne. Jak nie będzie gdzie usiąść, to zawieziemy palety. 


Wera: Przestrzeń musi znajdować się w miejscu, które z jednej strony nie jest za daleko, żeby komuś (nam też) chciało się do niego dostać, a z drugiej nie było blisko domów i mieszkań. Teren i ścieżka do niego prowadząca muszą być czyste (zwykle stają się takie za sprawą naszych rączek) i nie stwarzać zagrożeń. Unikamy więc terenów, w których są jakieś gwałtowne spadki, niezabezpieczone zejścia do rzeki, tory w pobliżu itp. Nasze wydarzenia nieraz odbywały się poza outdoorowym sezonem, więc zależało nam też na zadaszeniu i możliwości ochrony przed mrozem – tu świetnie sprawdzają się bunkry, które z lekką pomocą mogą stać się naprawdę ciepłe i przytulne! Dotychczas nie udało nam się znaleźć wielu miejscówek, ale wiem, że jeszcze niejedna gdzieś na nas czeka.


V: Z innych miast dużo do powiedzenia ma Łódź. Zdarzyło mi się tam grać parę razy w miejscach typu potężna opuszczona fabryka sznurówek. Jest to też walka z czasem. Były we Wrocławiu duże miejscówki, których już po prostu nie ma. Zostały wyburzone albo zainteresował się nimi jakiś nowy właściciel. Wydaje mi się, że Wrocław jest unikatowy pod tym względem i stawiam tezę, że wybujały rozwój sceny elektronicznej jest tutaj powiązany z dostępnością Festung Breslau.


fot. Henryk Mamica-Hüsken
fot. Henryk Mamica-Hüsken

KK: Czy istnieje sezon rejwowy? Pytam przewrotnie, bo wiem, że część wydarzeń Saarausound odbyła się zimą. 


Aga: Na pewno istnieje, ale kto by się przejmował. To zależy, ile chcesz zgromadzić osób. 


Maja: Sezon rejwowy to stan umysłu. 


Kacper: W teorii jest to lato, bo przecież wieczory są dłuższe, nie zamarza się w nocy, no i jakoś tak to może sprzyjać frekwencji. Jednak z naszego doświadczenia wynika, że to nieprawda. Imprezę z największą frekwencją zorganizowaliśmy u schyłku zimy. Jeśli odpowiednio poinformujemy ludzi, że dobrze by było wziąć ze sobą coś ciepłego w termosie i grube skarpetki, to nagle zimno im tak nie przeszkadza. Jeśli inicjatywa jest wystarczająco ciekawa i warta obczajki, to nawet w styczniu można spodziewać się dużej frekwencji, więc nie uważam że istnieje coś takiego jak sezon rejwowy.



Ostatnio pojawił się nawet bunkrowy system grzewczy. Przy temperaturze odczuwalnej –20°C nie dało się inaczej...


Maja: Większość naszych outdoorowych wydarzeń zorganizowaliśmy późną jesienią lub zimą. Ostatnio pojawił się nawet bunkrowy system grzewczy. Przy temperaturze odczuwalnej –20°C nie dało się inaczej, ale tak ekstremalne warunki złapały nas przy FALACH raczej randomowo. Nie oszukujmy się, w sezonie jesienno-zimowym w nocy zazwyczaj nie jest ciepło, ale nie jest też arktycznie. Dwie pary skarpetek i herbatka w termosie zazwyczaj załatwiają sprawę. Poza tym pogoda jest nie do przewidzenia, jeden z naszych eventów zorganizowanych późną wiosną również nie należał do najcieplejszych; guess what, żyjemy we Wrocławiu, a nie na Majorce. Jeżeli kogoś ciągnie zew elektroniki, takie drobnostki jak pogoda nie stoją na przeszkodzie (co pokazuje frekwencja naszych wydarzeń!).


Wera: Możliwe, że istnieje coś, co można nazwać „wysokim” sezonem rejwowym, gdy jest ciepło i pogoda stwarza idealne warunki do tańca na trawce, a imprezy tego typu zdarzają się częściej. Nam robi się tęskno do rejwów również jesienią i zimą. To oczywiście stawia przed nami kolejne wyzwania logistyczne. Ostatnia impreza, dzięki Danielowi i Kamilowi, stała się jedną z cieplejszych, mimo naprawdę hardcore’owych warunków na zewnątrz. Myślę, że u nas wszyscy te wyzwania lubią i że staramy się nie myśleć o tym, jak o robieniu imprez poza sezonem, tylko stwarzaniem warunków do zabawy, mimo przeciwności losu!


Mateusz: Właśnie myślę, że naszymi imprezami udowodniliśmy, że nie ma. Frekwencja była fantastyczna, mimo warunków na zewnątrz. Zespół techniczny uszczelnił i nagrzał bunkier, a drugą połową sukcesu był aktywny dancefloor.




ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page