Paweł Kusiak - zestaw trzech wierszy

Szkic do traktatu mefistofelicznego
poczułem opór nieporuszonej
ręki kiedy jest zmieniałem na jestem
kiedy pomyliłem się.
ciemności bzdurnej jak masło wcierane w kosę
otwarłem drzwi do wschodniego pokoju
pozwoliłem zgasić cały nieboży i boży świat.
wojna już tu jest
może szczury z wylotu sławkowskiej domyślają się
przecież widuję je codziennie
może będzie znak w dymie zapłakanych cudzesów
pali się takie na pogrzebie albo tuż po.
wojna już tu jest
w dłonie mierzi ogniskiem rozpalonym przez pogorzelców;
niewidoczna jak nasienie na śniegu
zupełnie inna od śniegu.
jabłko w piwnicy zimą jest alegorią czegoś
i bóg jest alegorią jabłka w piwnicy zimą
a przez monotonię rozprułbym arras który tak ci się podobał
i kazał patrzeć na mur.
wiem potrzebuję ukojenia
dlatego wyjawię: każdą piosenkę o śmierci śpiewa żywy
lub jego resztka a wojna
już tu jest. powiadają
że bóg zejdzie z mocą miliona kopalni kryptowalut
draśnie oko wiatrem
i łatwiej będzie pisać o miłości i rozstaniu i powrocie.
ten chlupot dzwonów te zarybione noce i klekot
klekot mokrego drewna. wojna już tu jest.
wszystko powiedziane czuję w dłoniach spękanych od zimna.
żałuję że nie jestem buddystą
nie umiem czołgać się samą siłą woli.
czuję wyrabiane ciasto albo ledwo przebudzone ciało
oba ustępują pod naciskiem.
sylaby mnożą się zamiast niknąć
pod naciskiem. toczy się ciało mojego
w zbrodni wspólnika – czechowicza – starszego
o niefrasobliwość. toczę się autobusem by wyjść na pustynię
i karmić zawartością klepsydry
bo to o czasie przecież – wszystko: więc jest.
Errata nie dotrze
znam ten kaszel, słyszę go zza trzech ścian. nie doceniałem tęsknoty. znam biały deszcz, on ożywia słowa eliota, i smutek rozcięty miastem – wbitą w ziemię mizerykordią – on sprawia, że miłosz nie umiera kolejny rok.
znam twój kaszel, słyszę go zza trzech ścian. nie doceniałem trwania radości, która pobudza płuca najdalszym nocnym powietrzem. znam ustaloną mi w gardle monetę, może z wizerunkiem wspólnika w zbrodni – czechowicza – może z pawłem
celanem. znam twój kaszel, jesteś moim modernizmem. rozpoznaję zza trzech ścian gwałtowne szarpanie papieru i czułe proszę. nie radzę sobie, wiesz? wiem, ale mów o literaturze, to cię uspokaja. opowiem więc literaturą:
część wiadomości nie dotrze, spoliczkowałem wiersz, kiedy zrzucił żałobę. płaszcz i sztylet leżały równolegle do drugiej nocy; nazwałem cię sztyletem? to prośba daleko mnie przekraczająca. chleb się pokruszył,
wysypały jabłka, część wiadomości nie dotrze do podziemnych bogów, choć im dajemy kaszel zza trzech ścian, dogorywające ogniwa, wojny i przedpokoje ze stosami mięsistego papieru, sól zlizywaną nawet z powietrza, wszystko
co wymknęło się z ust. jestem sługą cichych chwil, nie dodam tego do życia i umierania, które noszę w kieszeni – tuż obok zapalniczki. nazwałem cię szczenięciem? nieufnością podchodów?
miasto czeka na deszcz z naręczem szczeniąt gończych psów. złe znaki, lustra na podłodze, twoja krzątanina; jeśli otchłań – będę mówić o niej jutro (jeśli otchłań,
niech pachnie miętą
i tym, czego nie pochwyciliśmy).
bywa, że płacz przypomina pierwszy wiosenny deszcz, ciemny od pożaru. przyśniłem trzech ciebie, trzech śmiało się tobą, a czego nie rozumiesz, pojmiesz
kiedy za długo o obrót sygnetu zapatrzę się na wielką estakadę. bywa, że otchłań pachnie mieszkaniem przed świtem (jeśli ma świtać
niech zacznie się od plam po winie;
światło ujawni: lewym pasem zmarli,
prawym jeszcze żywi, kaszel ich prowadzi).
tę chwilę trzeba zeskłotować, tak, tę chwilę trzeba zeskłotować,
nie nawiedzi jej przeciwieństwo, nie będziemy mówić o czarnych żaglach, roletach zasuniętych całe dnie, że naprawdę chciałem zadedykować ci cudzą książkę, że księżyc opala na sino.
Totalne zaćmienie
z Barańczaka
kiedy chodziło się w ciemność osiedlowych parków
a z drżących od lipca balkonów
słychać było niezadowolonych ojców
nie mogłem przypuszczać że to wróci i zbudzi cię wołanie
jeszcze kwadrans jeszcze ćwierć godziny.
ostatni raz tę piosenkę zza ściany
słyszałem w najgorszej ćpalni miasta.
ostatni raz u spowiedzi byłem w wierszu o cieniach
maszerujących przez plecy. nikogo nie ma w domu
odpowiedz kiedy upomną się o uśmiech.
myślę że rysę na szybie zostawiło coś co chciało tu wejść
myślę że kiedyś znienawidzę się
za zbyt szybkie wstawanie od stołu.




