Małgorzata Greszta - Jestem owocem strachu

I
Kamienny sześcian stał na wydmach z dala od miasta. Schron z zielonego turmalinu był do połowy zasypany piaskiem. W odcieniu przypomniał kępy traw rosnące wokoło. Gatunek – ammophilia arenaria. W środku mieszkało kilkoro starych ludzi. Przestrzeń była ascetyczna, surowa, w środku panował półmrok, kamień filtrował światło. Wszyscy mieszkańcy byli do siebie podobni. Mieli półprzezroczystą skórę pozbawioną pigmentu. Wypowiadali niewiele słów, wykonywali mało ruchów. Czasem nie ruszali się tak długo, że wyglądali jakby na stałe wrośli w przestrzeń, którą anektowali.
Znalazłam się w tej zamkniętej bryle przez przypadek. Nie było niczyją intencją sprowadzanie do schronu osobliwego owocu. Obcy płód, z którym nie wiadomo jak się obchodzić. Kolczasty, zbędny. Postanowili przeznaczyć mnie na rezerwy żywnościowe. Gdyby nastąpiła konieczność – można zjeść. Rozgryźć i połknąć całe moje życie, żeby dać sobie jeszcze trochę czasu.
II
Wzięli mnie delikatnie do rąk i wspólnie orzekli, że należy mnie przystosować do panujących w schronie warunków, tak abym nadawała się do długotrwałego przechowywania. Usunięto piasek, zmyto brud, zaczęli zdejmować ze mnie skórkę. Obierali mnie przepełnieni czułością zatrzaśniętą w sobie. Troska, którą chcieli okazać, nie docierała do mnie. Proces trwał długimi latami. Sterta obierek rosła, zajmując coraz większą powierzchnię schronu. Robiłam się coraz mniejsza.
Bez niej, bez mojej powłoczki, wysychałam, ale regularnie odkrawali pomarszczoną warstwę. Kurz, naleciałości, bariery ochronne, pamiątki z życia na wolności, były usuwane i zamieniały się w kompost. Dbali o mnie, o moją sterylność. Było to wynikiem pogardy dla mojej natury, dla mojej skórki. Mój środek był coraz bardziej odsłonięty, widać go było przez półprzezroczyste warstwy nabłonka.
Byłam żywicielką, skarabeuszem, zapasowym życiem. Będąc bezbronną zakładniczką w przestrzeni schronu, wewnątrz swojego organizmu byłam jednak wolna. Ich napastliwe kradzieże potęgowały moje pragnienia. Im dotkliwsze były bóle fantomowe, tym szybciej regenerowały się tkanki. Silny mechanizm obronny.
Zdzieranie warstwy ochronnej pozbawiało możliwości swobodnego dojrzewania, ale ten proces zadziałał odżywczo. Wiemy, że pożary ekosystemów mogą w osobniczych przypadkach stymulować kiełkowanie. Inwazyjne ruchy ostrego noża działały na mnie jak ogień działa na lasy eukaliptusowe – były impulsem do regeneracji.
III
W końcu stopniowo zaczęli mnie podgryzać. Kawałek po kawałku. To wszystko deformowało mój kształt. Miąższ, malutka jego pozostałość, bytował goły i wynaturzony na obcej powierzchni. Bez siły, bez broni, bez skórki karmiłam się upokorzeniem. Napędzał mnie bunt przeciw niemu. Walka o godność przerywana błazeńskim śmiechem. Ze wszystkich dostępnych afektów, te były narzędziami najbardziej funkcjonalnymi. Sprzeciw wobec pogardy dawał monumentalne tchnie życia. Klęska i upadek nadawały mojej egzystencji powagi.
Znalazłam się w sieci interesów, które ukonstytuowały mnie jako punkt centralny w schronie. Pozbawiono mnie praw, ale nadano funkcję nadrzędną. Trudno stwierdzić czego chcieli. Nieskończonego zapasu życia, który koił lęk tanatyczny, czy czułego pocieszenia, jakim był widok własnoręcznie obranego owocu. Chcieli raczej widzieć siebie, ale byłam szorstkim lustrem.
Moje istnienie determinowało istnienie tych ludzi. Ich życie żywiło się innym życiem – moim. Kiedy w końcu przyszedł głód, zaczęli mnie metodycznie zjadać. Im głębiej zatapiali we mnie swoje zęby, tym agresywniej i złośliwiej replikowałam swoje tkanki. Stwarzałam jednak tylko więcej materiału, który mogli pochłonąć. Wciąż zbyt mało, żeby wytworzyć chroniąca mnie skórkę. Przeczuwałam koniec.
I
Wreszcie zostały ze mnie już tylko pestki. Jedli mnie zbyt łapczywie.
II
Twarde jak kamień resztki stanęły im w gardłach. Udławili się i umarli. W słoneczny dzień. Stałam się wtedy człowiekiem, tak samo dzikim jak oni.
III
Wysysam soki z ociekających życiem owoców. Mieszkam w zamkniętym sześcianie z zielonego turmalinu.




