top of page

Przemysław Podleśny - Piosenka o Denicji (Petre M. Andreewski)

1 dzień temu
8 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 11 godzin temu

ilustracja, Natalia Macioszek
ilustracja, Natalia Macioszek



Denicja ukazała się w 1968 roku jako trzeci tom poetycki Petre M. Andreewskiego. Jej autor należał do trzeciego pokolenia poetów macedońskich, debiutującego w latach 60. XX wieku – urodzonego w Królestwie Jugosławii, dorastającego w jugosłowiańskiej Ludowej Republice Macedonii. Poprzednicy Andreewskiego pragnęli nadgonić w swym młodziutkim, bo skodyfikowanym dopiero w 1945 roku, języku literaturę światową, czerpiąc z twórczości socrealistycznej, modernistycznej i z kiełkujących nurtów ponowoczesnych – z literatury rosyjskiej, francuskiej, hiszpańskiej; w końcu jednak nastał czas reakcji, powrotu do korzeni. 


Andreewski był prowincjonałem z przekonania: swoją poezję osnuwał na tradycji ludowej, na żywym języku rodzinnej wsi macedońskiej, na ludowych motywach, tematyce i tropach stylistycznych, sprzeciwiając się próbom narzucenia tonu przez akademię, przez miasto-centrum-stolicę. Nie inaczej jest z Denicją, w której tradycje bałkańskich pieśni epickich, inspiracje biblijne i nowoczesna wrażliwość składają się na kipiący oniro-liryzmem poemat romantyczno-patriotyczny. Świat Denicji jest światem wiosek, pól i lasów, gruszek, śliwek, jabłek, arbuzów, ognia i tęczy, burz i zbóż, grajków i gawędziarzy – ale także robotników, powstańców, gazet, telefonów i pociągów; bywa Republiką Kruszewską, Brsjacją, smętną Macedonią. Wszakże eros i storge to więcej niż pierwiastki, bo dwa nierozłączne oblicza tych wierszy: ukochana jest ojczyzną, ojczyzna – ukochaną, więcej niż skrawkiem ziemi (choć i Macedonią, i wszystkim, co w niej), bo całym światem, całym bytem, całym jestestwem podmiotu lirycznego. 


„W tobie byłem rozmiłowany jeszcze przed moim i twoim stworzeniem…”


„…przed pierwszym gromem, co zgrzytnął i zgasł

nad pierwszymi powstańczymi lasami…” 

~Druga spowiedź


***


Na tom składają się trzy części, trzy cykle. Pierwsza, zasadnicza, to ni mniej, ni więcej jak przedstawienie Denicji: efemerydy i gigantki, kobiety, alegorii, esencji, co to jest zarazem duchem, ciałem, światłem i światem, rodziną i domem… Hiperboliczny, surrealistyczny opis bohaterki, jej umiejętności i dokonania przywodzą na myśl dowcipy o Chucku Norrisie – co nie powinno zaskakiwać, bo i jedno, i drugie wypływa z tej samej wyobraźni, której w wydaniu zbiorczym folklor na imię. Inherentna niespójność świata przedstawionego, niestabilność przedmiotów, rozmiarów i relacji, poddanie się opowieści słowu – te charakterystyki twórczości modernistycznej spotkamy zarówo w fińskich pieśniach runicznych (por. Sommer 2016: 219–220), jak i w bałkańskich eposach. W macedońskiej tradycji epickiej mają swoje źródło także anafory i wyliczenia, stanowiące główne tworzywo wierszy z Denicji: rozciągnięta do granic retardacja – narracyjna pauza – u Andreewskiego staje się samodzielnym, lirycznym utworem. Zarzucenie sylabotonizmu i przejście z medium ustnego na pisane pozwalają popuścić wodze fantazji, rozbudować opis zarówno wzdłuż, jak i wszerz:


Pierwsze dane o Denicji


Denicja przybywała zewsząd

jako duch, którego przepuszczają nawet martwi stróżowie

wszystkich chłopców, aby się im objawiała w snach.

Była jak tamten Guślarz, który, zaglądając w kwiaty,

snuł gawędę o pochodzeniu miodu.

Miała smak pokarmu, 

który głośno przeżuwali moi przodkowie.

Będąc z nią, oddychałem we wszystkich światach,

bo w niej się spotykały wszystkie strony świata.

Denicja oznaczała zarówno największą bezczynność,

jak i największą tajemnicę bezpieczeństwa wewnętrznego.

Denicja oznaczała także dodatek na dziecko

i podział dochodów według wydajności pracy.

Jej słowa powtarzałem

jak unikat znaleziony w innym unikacie.

Była odległością od bólu do bólu,

a także mocnym trunkiem roznoszonym po domach.

Znała literę, od której zaczynały się wszystkie słowa,

i umiała przywoływać i odmieniać pory roku.

Z jej powodu przyjaciele

całymi dniami nie chcieli mnie oglądać.

Rozmyślając o niej,

można było zgubić się w najkrótszym nawet dniu

i w najgorętsze popołudnie.

Była ogniem, który ogniem się zwalcza.

Jej westchnienie łączyło

nawet najdalsze siedziby ludzkie,

bo to od niej brały swój początek wszystkie zmierzchy,

co wyfruwały z nietoperzem, a kończyły w hubce.

Wiedziała także, w którym owocu

koniec swój znalazły deszcze.

Denicja była datą dobrowolnych dawców rzeczy.

Przez nią też na nowo zacząłem wierzyć w Boga.

Na łamach gazet codziennych chciałem się zaprzeć wszystkich krewnych,

którzy nie wierzyli, że jej pocałunek

może uzdrawiać i przysparzać chorób.

Od niej dowiedziałem się również, co myśli wąż o niebie,

i kiedy cierpi mękę powietrze.

Dlatego, że na podobieństwo jej oddechu

wzrastała także dzienna temperatura.


Całość przypomina kompozycję muzyczno-dramatyczną; mamy tu uwerturę-prolog (Pieśń o mojej pieśni), wstęp (Pierwsze dane o Denicji), wariacje na wprowadzone tematy (Pierwsza spowiedź, Pieśń o jej pieśni, Druga spowiedź, Jeszcze trochę danych o Denicji). 


Pieśń o jej pieśni


Nie było kraju, w którym bym jej nie spotkał,

bo bez niej byłem nikim i nikt nie znał mnie.

Wedle jej oddechu zapamiętywałem powietrze,

aby móc ją dogonić, unikając cudzych spojrzeń,

lecz ona była szybsza od wszystkich świateł nieba,

ponieważ zawsze sama oświecała sobie drogę.

Tłumacząc ją jako wszechświat w zakupionym jabłku,

głowa moja napełniała się palnymi cieczami,

białe i czerwone deszcze kapały z drzew owocowych,

zboża i lasy podążały za nią we wspólnym orszaku

i wszystko wokół niej przyjmowało jej kształt.

Z miejsc, do których ja wchodziłem, ona wychodziła

i w dziurach odrażała mnie tylko ich pustota.

Jak ślubna mnie raniła, jak siostra leczyła

tamta błoga noc, którą w niej odkryłem.

Byłem pierwszym badaczem owej ciepłej ciemności

nieprzebranej jak gwiazdy i bezcenne kamienie,

które w wiecznym użytku nijak się nie wyczerpują.

(Jakiż strach dał się odczuć w dotyku tej skóry,

co błyszczała, zaoblona jak wirujące wrzeciono).

Ogień z wodą rozwijały równoległą prędkość

i w sumie miłosnej stale się odejmowały.

Wszystko, co zatracane, było z jej przyczyny

i wszystko, co przywracane, było z jej przyczyny.

Tak oto świat się dzielił na widzialny, niewidzialny,

na niewyzwolone kraje i kraje rozwijające się,

lecz nie było kraju, w którym bym jej nie spotkał.



Macedońskie słowo pesna, któremu w polszczyźnie odpowiadają 

i pieśń, 

i piosenka, 

i wiersz, 

jest tu zresztą kluczowe. Mamy wiersze liryczne, ale i inspirację pieśnią epicką, i – jakżeby inaczej – dialog z Pieśnią nad pieśniami, również poematem erotycznym bazującym na hiperboli, na osadzonych geograficznie porównaniach, a utrzymanym w klimacie sielanki. Stamtąd Andreewski czerpie również motyw poszukiwań, część pierwszą bowiem wieńczy nagłe zniknięcie bohaterki, którą rozpaczliwie usiłuje odnaleźć podmiot liryczny. 


„Wzgardzony, jak odrzucona koszula wężowa,

przeklinałem wszystkie rubieże, którem jej poświęcił,

i wszystkie nowe miejsca, które mnie witały bez niej…”

~Pierwsze rozstanie


***


„Nic nie jest wyraźniejsze

i nic obecniejsze niż twoja nieobecność…

nic wyraźniejszego niż twój ślad

przede mną, za mną, ze mną oraz we mnie.”

~List pierwszy


W drugiej części tomu – w cyklu zatytułowanym Pięć listów miłosnych – zmienia się tonacja, zwiększa bezpośredniość wyznań do ujawnionej tym razem adresatki. Nasilają się powtórzenia i wyliczenia – coraz żarliwsze, coraz bardziej gorączkowe. Autor listów popada w desperację, gdy tymczasem świat wokół niego traci sens, rozspójnia się, rozlogicznia, łamie, brutalnieje.


„…a ja zostawałem sam i wszyscy zostawali sami,

i pociągi osiągały nowe, nieznane prędkości,

i nigdzie już nie mogły się zatrzymać.

(...) i lasy schodziły do głębokich podziemi,

i niebiosa dopalały się i rzeki wzwyż płynęły (...).

Stało się to pewnego dnia, który trwał cały rok.”

~List trzeci


„Jeden rok, jak w naszej separacji

upatruję przyczyn wszystkich wojen.”

~List czwarty


Poszukiwania nie przynoszą jednak owoców. Denicja, niczym cień, odbicie, miraż lub tęcza, może się pojawić wszędzie – a mimo to nigdzie jej nie ma, nie można się do niej zbliżyć.


List piąty


A szukałem cię w podręcznikach, szukałem cię wśród wieków,

w zasadzkach wiatru, w kajdanach zimy,

w niepojętym wstydzie horyzontu przed zachodem słońca,

w niepojętej tęsknocie wiązki – tytoniu,

co się między palcami splata i rozplata,

w świetle roztrwonionym przez ślepych i martwych,

w równowadze minionych dni i przyszłych nocy,

w zniewoleniu dusz dmuchaczy szkła.

Szukałem cię w zaśpiewie nieznanych języków,

w rozsiodłanych wieczorach i pustych posłaniach śród pól,

w zdumionym pierwiosnku zielarskiego ucha,

w interpunkcji mowy zapłakanych dzieci.

Szukam cię w drastycznej możliwości zjednoczenia

mego rozproszonego narodu,

w kiełku szczawiu, w niespożytym powietrzu,

co kłóciło i godziło sąsiadujące wsi, 

przy kowadłach południ parnych i panieńskich 

w sadach zorientowanych na cel sezonowy,

w igle, która zszywała ciemne i jasne.

Szukałem cię, nasłuchując podziemnego bębenka,

którym było serce uśpionych żniwiarzy.

Szukałem cię za niebem, w kretowiskach nieba,

w nieodczytanym liczniku prądu ze zgaszonej lampy,

w zamachach mojego ludu na mój lud,

w nieprzebadanej stałości stron świata,

niezbadanej a pojętej jako stała bezczynność. 

Szukałem cię w niedokonanym strachu gwiazdy, która spada,

lecz nie może dotknąć niczego w przestrzeni.

Szukałem cię, szukam, we wszystkim i wszędzie.

Szukałem cię, szukając, mogłem cię jedynie spotkać,

ale nie odnaleźć, ale nie odnaleźć.


Już wkrótce, w zamknięciu cyklu „pięciu listów”, poznajemy faktyczną przyczynę nieobecności Denicji: chorobę.


„Tam, gdzie chorowała,

stało również najgęściej zaludnione miasto.

Teatry zabawiały ją przedstawieniami,

w których umierało się bez bólu.”

~Choroba Denicji 


Arkadyjską idyllę, harmonię rolnictwa i przemysłu przełamuje wzmożona urbanizacja. Ale może i ona jest skutkiem choroby, znamieniem zachodzących przemian…! Czy teatry pocieszają Denicję, starają się jej przynieść ulgę – czy też trywializują jej umieranie, odbierają wartość cierpieniu, bo kultura wysoka przez swoje wyrafinowanie zatraciła zdolność do wyrażania prawdziwych uczuć? 


Biegu zmian nie można już odwrócić, śmierci Denicji nie można zapobiec. A jednak w życiu po życiu idolka podmiotu lirycznego staje się, jak przystało na awatara przyrody, obecniejsza w niej niż kiedykolwiek. Schemat Pieśni nad pieśniami zostaje odwrócony: to nie świat się mieści w Oblubienicy, lecz ona w nim. 


„Bo ilekroć widziałem wieżę i topolę o południu,

były jak twoja postać, Denicjo.

Ilekroć spotkałem parność i rozbujane zboże,

były jak twoje włosy, Denicjo.

Ilekroć znalazłem słonecznik i promienną ambrazurę,

były jak twoje oczy, Denicjo.

Ilekroć napotkałem zmrok, ilekroć arbuz rozkrajałem,

były jak twoje usta, Denicjo.

A wszystkie miary ziaren, wszystkie ulęgałki

były jak twoje piersi, Denicjo…”

~Nad grobem Denicji


Denicja nie żyje, jednak życie trwa i ona trwa we wszystkim, co do życia należy.


***


„Okrągłe jest twoje jabłko,

które uświęcasz ustami,

i okrągła jest tęcza

w arbuzie, który otwierasz.”

~Okrągłe formy (Pochwała kobiety)


Trzecią część, Pochwały życia, pozbawioną w zasadzie powiązań z resztą tomu (poza tym, że są to wciąż erotyki), można potraktować jako jego epilog. Czas początku, rajski mit o Denicji, złoty wiek stworzenia, ustępuje wiekowi srebrnemu, żelaznemu, aluminiowemu, a przecież mimo swej historyczności nadal wiecznemu, cyklicznemu i samoodtwarzającemu się w anonimowej, a więc i powtarzalnej pętli życia: zauroczenia, zakochania, miłości, starzenia się. „Stałą zmienność” istnienia postrzegamy w jej rozmaitych obliczach, prostopadle do czasu linearnego: to w anegdocie o lakrymariach i w pieśni wdowy wojennej (Lacrimarium), to w motywach współczesności (Pamięć – pochwała przeszłości), to znów w bajecznym, junackim pochodzie weselników-swatów. Życie zwycięża, a wraz z nim zwycięża miłość. 


Swaci 

(Pochwała nieznajomej oblubienicy)


Jadą na wyprężonych, na podkutych koniach,

burząc pagóry, w których łonie legły wioski:

niebo mają przy ziemi, domy pod kolano,

słońcu mogą rozkazać, by nie zachodziło,

lub z nieba je porwać i orosić wodą 

i dzień wydłuża się za ich przyczyną.


Jadą jak las przed wichurzycą, wiewiórzycą,

a orężem ich przekwit, oliwa i para.


Psy na nich nie szczekają, światło ich porywa,

żyto pieje, a węże rozlewają jad,

wiatr, psi-splot, wstęgę swoją zawiązuje,

rzeki wstecz płyną, by ich strzec od ognia,

przed nimi tylko bębny i armaty

biegnące przed swym cieniem, bez swojego cienia,

aby zwiastować ich przejazd.


Zatrzymują się, patrząc, czy ich dźwignie ziemia;

ich droga nie biegnie pod górę ani z góry,

towarzyszy im stale to samo południe

i nocy wciąż do siebie nie dają przystępu;

życzliwie spoglądają na łan zbóż i drzewa,

z których piec będą swój jutrzejszy chleb.


Czekają, aż ujrzą, czego doczekają.


I przed nich wychodzi wnet oblubienica

i pole widzenia im zwęża, pomniejsza,

i mowę im naraz plącze, spowalnia:

nikt nie odgadnie, czy za jej woalem

kwitnie kwiat gruszy, czy dwa skryte strzały

mierzą i bieżą w wiedzionego oblubieńca.


I oblubieniec w inne się przenosi światy:

– Groźnie oglądać piękne, zakonnicy,

kiedy ci piękność całkiem nieznajoma!

A wy, gdybyście byli, bylibyście z nim i teraz.


Petre Mito Andreewski (1934–2006) – poeta, prozaik, dramaturg, eseista, jeden z najważniejszych autorów w powojennej literaturze macedońskiej. Do dzieł o kultowym statusie zaliczają się tom poezji Denicja (1968) oraz powieść Pirej (1980). Laureat (w niektórych przypadkach wielokrotny) wszystkich lub niemal wszystkich ważniejszych macedońskich nagród literackich. 

Literatura


Petre M. Andreewski, Denicija; Pirej, opr. i wstęp Wele Smilewski, „Mikena”, Bitola 2008.

Petre M. Andreewski, Denicija, Izdawaczki Centar „TRI”, Skopje 2023.

Lech Miodyński, Powroty znaczeń. Aktualizacje tradycji kulturowych w literaturze macedońskiej po 1945 roku, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 1999.

Wesna Mojsowa-Czepiszewska, «Denicija» i «Pesna nad pesnite» (50 godini od kułtnata zbirka poezija «Denicija» na Petre M. Andreewski) w: „Stephanos” 2018, nr 6 (32), s. 20–28, doi: 10.24249/2309-9917-2018-32-6-20-28, : http://stephanos.ru/izd/2018/2018-32.pdf#page=20.

Tome Sazdow, Makedonskata narodna poezija, wyd. II, „Kułtura”, Skopje 1976.

Łukasz Sommer, Powrót Väinämöinena, w: O nich tutaj. Książka o języku i przekładzie, red. P. Sommer, Instytut Książki – Literatura na Świecie, Warszawa–Kraków 2016.

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page