Jagoda Malinowska - S.A.D. STORY

Po upojnym poniedziałku nastąpiła zmarnowana środa, wtorek zagubił się po drodze – cały spędzony w ruchu, bez postojów, na ścieżce rowerowej. Jabłko niczym na Newtona spadło na odblaskowy kask, odbiło się od jego jaskrawej powierzchni i potoczyło pod koło. Tamto dawno niekarmione powietrzem pod ciśnieniem, zamiast stworzyć cukierniczy gnasz lub łagodny mus dobry na rozstroje żołądkowe, niespodziewanie zmieniło kierunek, odbiło w lewo i położyło jednoślad spać. Bezwładne, zaskoczone ciało sportowca nie podjęło wtenczas działania na zaś, więc noc obydwoje spędzili w rowie. Jakiż był to błogi sen pozbawiony świadomości i złowrogiej koncepcji budzika.
Gdy już uchylił swoje okno na świat i otrzepał z pestek, liści i drzazg, ogarnęła go obojętność na czas. Uprzednio sprany na kwaśne jabłuszko za podprowadzenie mienia o wartości marnej, więc niekaralnej, kierowca dwukołowca z pokorą przyjął swój los, po stokroć lepszy niż staropolskiego prosięcia również nieodmienne związany z owocami jesieni. Śliwa pod okiem, ale papierówka nad głową – tylko dziękować za rajski urodzaj.
Złotowłosa Reneta, wędrując wzdłuż szosy z koszykiem szampionów pod ręką, minęła zbłąkanego rajdowca spożywającego zdrowe śniadanie. W ogóle niezmartwiony stanem swojego zdrowia zajadał się darem natury, bo przecież ciotka z deszczowej Brytanii zawsze powiadała przy papierosku w sadzie u dziadków an apple a day, keeps the doctor away.
Obierała ze skórki wcześniej zerwane z niskorosłego drzewka antonówki. Ogryzki pożerały konie, świnie, kury i inne zwierzęta, a te wyżej w rzędzie zajadały się przetworami i jabłecznikiem produkowanym w boskim nadmiarze. Z pestek w szklarni powstawały nowe sadzonki, a nie było presji, by spełnić wymogi produktu bio i zdobyć znak ekogospodarstwo – jedynie dobra wola i życiowa zaradność gospodarza.
Po kilku gryzach, soczystych chrupnięciach rowerzyście objawiło się całe dobro i każde zło. Nagle błysk w oku kobiety przechadzającej się pustkowiem przykuł jego uwagę. Wcześniej tego nie dostrzegł. W jej rękach po świecie wędruje tajemnica szczęścia i pośpiesznie oddala się, ucieka z zasięgu jego wzroku. Dosiadł zatem swego wierzchowca i rozpoczął nieskończoną pogoń za koniczyną, młodością i pięknem, które przemknęły tuż obok niego. Okazja wymknęła mu się z rąk, a mogło być tak wspaniale, gdyby tylko się zorientował na czas, który akurat w tamtym momencie był nieinteresującym go konceptem.
Jak na złość stracił kobietę z oczu, lecz nadzieja nie daje spokoju i usilnie tli się w sercu. Niektóre pomysły nie wychodzą tylnymi drzwiami, nie można ich wybić z głowy żadnym uderzeniem młotka czy jabłka znienacka.
Gdy za kilka lat nareszcie dogoni anonimową kobiecinę, zorientuje się, za kim biegł, ale wskazówki zegara nie da się cofnąć. Zakosztuje zwycięstwa, stanie się i zje szampiniona, osiągnie sukces, który uciekał przed nim tyle lat, po czym pod wieczór życia zda sobie sprawę, ile jabłoni stało koło tej drogi i że wystarczyło wrócić do domu, gdzie rósł cały sad.




