Ewa Wyrembska - Król Grójeckich Sadów

Wszystko zaczęło się w 1955 roku w San Francisco, kiedy na świat przyszedł Steven. Nikt nie wiedział jeszcze, że jego wynalazki zmienią świat. Na razie jest uroczym brzdącem i niewiele o nim z tego okresu wiemy. W młodości jest weganinem, później zaczyna jeść normalnie. Czuje jednak, że normalnie to nie jest właściwy sposób żywienia, i że za tymi warzywami i owocami stoi coś więcej, coś jeszcze, co powinien schwycić i… Z tego powodu Steven wyjeżdża do Indii na duchową pielgrzymkę. Według jednych źródeł spotyka guru, według innych nie. Bez względu na skład osobowy wyprawy, wraca z ogoloną głową, w hinduskim stroju, a od czasu do czasu zażywa LSD – co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
W 1976 roku zakłada Jabłko. Reklamuje je słowami: „schwyć jabłko”. Konstruuje Jabłko I, Jabłko II, Jabłko III, to nie daje mu jednak satysfakcji. Jabłka nie dają ludziom pełnowartościowego kontentu. Są to urządzenia. W 1983 roku zachęca Johna, producenta słodzonych napojów gazowanych, do przyłączenia się do swojego najważniejszego biznesu słowami: „Czy chcesz przez resztę życia sprzedawać słodzoną wodę, czy wolisz iść ze mną i zmieniać świat?”. Ten się zgadza. Steven zabiera go do Julian.
Julian to małe, górskie miasteczko leżące wśród lasów południowej Kalifornii na skrzyżowaniu autostrad. Ma zimny klimat, idealny do uprawy jabłek. Wszystkie wyprodukowane w Julian jabłka są sprzedawane lokalnie, zarówno całe owoce, jak i przygotowane z nich cydr i szarlotka. W październiku, kiedy odbywa się Festiwal Jabłek, co tydzień wypieka się dziesięć tysięcy placków. Steven jest zachwycony. Oczy mu błyszczą, palce kleją się od słodkiego ciasta, umysł działa na najwyższych obrotach. Chodzi po sadach i obserwuje ludzi: zbierających jabłka, sortujących jabłka, pakujących jabłka, przerabiających jabłka. Zjada szarlotkę za szarlotką i popija jabłkowym cydrem. John nie podziela entuzjazmu, woli pracować nad nowym Jabłkiem, a gazowany cydr jest w smaku bardzo podobny do jego sztandarowego produktu i wcale nie zdrowszy z uwagi na zawartość alkoholu. John nie podziela zdania, jakoby w tym historycznym miasteczku mogliby razem zakrzywiać rzeczywistość – wszak siedzą tu już dwa lata, a zamiast rozkwitu biznesu dochodzi do wzrostu ich wagi (nie jedzą świeżych owoców, a jedynie ciężkie, słodkie ciasto, które zapijają następnie cydrem). W 1985 roku John zostawia rozentuzjazmowanego Stevena dosłownie na rozstaju dróg.
Gdy Steven dostatecznie napycha się jabłkami, udaje się na Międzynarodowe Targi Rolnicze World Ag Expo, które już od kilkunastu lat organizowane są w Tulare (przeczytał o tym w gazecie). „Innowacyjne rozwiązania dla rolnictwa” to jego cztery ulubione słowa. Ogląda maszyny, nowe odmiany roślin, środki do ich uprawy. Widzi w tym prawdziwą wartość. Jak można zajmować się Jabłkiem, kiedy jest zaledwie maszyną, a nie widzieć jabłek, którymi można wyżywić świat? Rozmawia z wystawiennikami, zdobywa nową wiedzę. Wprost z Expo trafia do Grójeckiego Zagłębia Sadowniczego, zwanego największym sadem Europy. Towarzysz Czesław zabiera go do Czerska, gdzie opowiada o początkach sadownictwa sięgających czasów królowej Bony. Oglądając widoki z zamkowej wieży, Steven dowiaduje się, że nie winem Polska stoi, a sokami, przecierami, zakwasami i lemoniadami. Kiedy pije tłoczony sok czuje, że gdzieś indziej t(ł)oczy się inna, alternatywna historia, mimo to zaczyna pracę nad jabłkami. Nie może robić tego w Polsce – Służba Bezpieczeństwa śledzi go na każdym kroku. Nikt nie wierzy w jego ambitne wizje. Owoc jak owoc, po co się tłuc przez ocean, by go zjeść, kiedy Ameryka ma swoje sady. Milicja wyczuwa międzykontynentalny spisek i prędko powiadamia ambasadę. Steven czuje się osaczony, w takich warunkach nic nie wynajdzie. Wraca do Stanów. Intensywnie pracuje.
W 2005 roku ma miejsce jego słynne wystąpienie na amerykańskim uniwersytecie. Najważniejsze hasło jego wystąpienia brzmi: „Stay full, anything foolish” i wyraża pełne determinacji i odpowiedzialności dążenie do walki z głodem na świecie. Wszak minęło dwadzieścia lat, a świat jeszcze nie zobaczył nic dedykowanego jabłkom (nie: Jabłkom). To wystąpienie wszystko wyjaśnia. Po owocach ich poznacie, ale nie znowu tak szybko.
W 2007 roku nie jedzie na Macworld Conference & Expo do San Francisco. Zamiast tego wybiera targi rolnicze w Tulare, gdzie przedstawia innowacyjne urządzenia i środki do uprawy jabłek na całym świecie. Chiny, Stany Zjednoczone i Polska są jabłkowymi gigantami, i owszem, ale jego marzeniem jest, aby cały świat mógł je spożywać. Pełne witamin i błonnika, bogate w wodę, mogą wyżywić kraje cierpiące z powodu klęski głodu. Stworzone przez niego systemy są niezawodne – działają w ogromnej temperaturze, nie potrzebują wody do chłodzenia, wykazują niezwykłą odporność na ekstremalne zjawiska pogodowe. Tworzą żyzną glebę, sadzą jabłonie, nawożą je i podlewają, a następnie zbierają owoce i dostarczają wprost do domów. To skrzyżowanie wszystkich znanych dotychczas maszyn w jednej, której wymiary są rozwiązaniem bez precedensu na skalę masową, a koszt wynosi zaledwie 499 dolarów i nie wiąże się z koniecznością zakupu żadnego abonamentu. Steven sam dostarcza maszyny i wyjaśnia ich działanie, z czasem zatrudnia kolegów Cześka i synów jego kolegów. Patrzy na nich z nadzieją cały świat (może za wyjątkiem Johna, który właśnie pokazuje temuż światu pierwszy na Ziemi iPhone).
Wkrótce systemowi Stevena towarzyszą nowe odmiany jabłek, odporne na ekstrema pogodowe, a także przepisy na domowe nawozy i tanie gotowanie. Nowe jabłka zasilają dziesięciotysięczny zbiór odmian i pozwalają na rozszerzenie zasięgu występowania jabłoni niemal na cały świat, z wyjątkiem rejonów wiecznej zmarzliny. Steven wspiera powstawanie łąk kwietnych dla zapylaczy i walczy z tradycyjnymi trawnikami, promując modę na bioróżnorodność. „Schwyć kwiata” staje się hasłem najdroższej kampanii reklamowej w dziejach całego globu. Miliony ludzi sieją kwiaty z dostarczonych nasion, a innowacyjne rozwiązania dla ogrodu zapewniają ich optymalny wzrost. Wszystko po to, aby zapylić miliardy jabłoni i zapewnić wystarczające zbiory, by zapobiec klęsce głodu.
W 2015 roku każdy afrykański kraj posiada własny sad na wzór sadów grójeckich. Jabłka stają się skutecznym orężem do walki z kryzysem humanitarnym. Steven jest dumny. Jego jabłka są produktem na każdą kieszeń, a zasięg ich występowania poszerza się z roku na rok. Jabłkowe imperium Stevena przynosi mu miliardowe zyski, które są następnie reinwestowane w najbiedniejszych krajach.
W 2020 roku Algieria staje się czwartym na świecie producentem jabłek. Mimo że w przeważającej części pokrywa ją Sahara, od wschodu do zachodu ciągną się jabłkowe sady. Niemal każda wioska ma własną tłocznię. Władze tego kraju zmieniają flagę – zamiast pięcioramiennej gwiazdy pojawia się na niej nadgryzione jabłko. Jabłka coraz częściej znajdują się we wzorach tradycyjnych dywanów i kilimów, a także na rzeźbionych skrzyniach i malowanych talerzach.
W 2025 roku Steven wydaje oficjalne oświadczenie z okazji swoich siededziesiątych urodzin. Wyraża w nim radość z tak długiego życia w zdrowiu, które zawdzięcza zróżnicowanej diecie pełnej jabłek i poświęceniu słusznej sprawie, dziękuje Johnowi i Czesławowi, ogłasza oficjalną autobiografię i ucina domysły dotyczące jego rzekomego powrotu do zażywania LSD (to tylko cydr). Kilka miesięcy później, tuż po Paradzie Jabłkowej, podczas Święta Jabłka Grójeckiego, zostaje mianowany Królem Grójeckich Sadów.
Jeśli przypadkiem spotkasz miłego starszego pana w czarnej koszulce i niebieskich dżinsach przechadzającego się z nadgryzionym jabłkiem po jednym z mazowieckich sadów, to najpewniej masz do czynienia ze Stevenem. Pozdrów go ode mnie.




