top of page

Magdalena Hirsch - Dom państwa U.


grafika, Joanna Haudek



Miałam kiedyś przyjaciółkę, Magdalenę. Mieszkała ona na przedmieściach w dziwnym, bardzo wysokim i wąskim domu. Po schodach – drewnianych, skrzypiących i wyłożonych brudnoczerwonym materiałem – wędrowało się między piętrami. Klatka schodowa była ciemna; słabe światło wpadało tylko przez przykurzone okienka na półpiętrach. Po zmroku zapalało się tu świece w metalowych lampionach, poustawianych na co kilkunastym schodku.

Kiedy rodzice po raz pierwszy pozwolili mi odwiedzić Magdalenę u niej w domu, miałam siedem lat. Ojciec Magdaleny, pan U., odebrał mnie spod drzwi domu i obiecał rodzicom, że zostanę odwieziona punktualnie o siódmej. Był to wysoki, tęgi mężczyzna o kręconych, brązowych włosach. Ich matowość sprawiała, że szare kręgi wokół oczu pana U. i jego blada, sucha skóra wyglądały jeszcze bardziej martwo. Miał jednak żywy, budzący zaufanie błysk w oku i łagodny uśmiech. Nie bałam się go.

Bałam się natomiast domu państwa U., zwłaszcza ciasnych i ciemnych schodów. Gdy przechodziłyśmy z Magdaleną z jej pokoju do jadalni, obszernej i tonącej w zwojach i fałdach czerwonego aksamitu, powtarzałam w myślach modlitwę Aniele Boży. Magdalena milczała, ale wyglądała na doskonale spokojną – o ile w mroku dobrze rozumiałam wyraz jej twarzy. W szkole była lękliwa i nieśmiała, łatwo płakała. W przerażającym domu nie poruszało jej nic: ani skrzypienie, ani zgrzyty dobiegające z głębi ścian, ani wszechobecne pajęczyny.

Pokoje wyglądały jak z innej opowieści. Były uporządkowane i pełne światła, padającego smugami z żyrandoli, i starych mebli, które nadal wydzielały ciężki, żywiczny zapach. Mimo to pokoje także budziły we mnie nieokreślony lęk.

Pani U. była podobna do męża, ale niższa. Miała także okrąglejszą twarz i jaśniejsze, popielate włosy. Uśmiechała się blado i niepewnie, a mówiła zawsze przyciszonym tonem, jakby bała się kogoś obudzić. Magdalena któregoś razu mi powiedziała, że mieszkała z nimi babcia, która zmarła rok temu i która cierpiała na nerwowe ataki, wywoływane przez najmniejszy hałas.


Odwiedzałam dom państwa U. coraz częściej, nawet kilka razy w tygodniu.

– Nałożyć Ci jeszcze? – pytała zawsze cicho pani U. przy obiedzie i zanim zdążyłam odpowiedzieć, pan U. brał mój talerz i podawał żonie. Starałam się zjadać wszystko, co mi nałożono, a przy tym nie kłaść łokci na stole i nie robić plam na obrusie. Ściany jadalni były obwieszone portretami nieżyjących członków rodziny, którzy patrzyli na mnie surowo i pilnowali moich dobrych manier. Po obiedzie pani U. miała w zwyczaju grywać na starej gitarze. Trącała palcami struny i śpiewała cichutko jakieś niezwykłe, tęskne piosenki. Nie miałam odwagi pytać pani U. o ich tytuły ani o to skąd je zna. Niektóre z nich pamiętam do tej pory, a ta, która wywoływała u mnie najmocniejsze bicie serca i największy niepokój, brzmiała następująco:



I. Dawno temu, w starym domu,

Urodziło się dzieciątko.

Padły na nie słońca blaski –

Uderzyło w głośny płacz.


II. Dziecko rosło, miało imię: Magdalena,

Jak jej babka, matka, ciotka.

Rosło w ciemni swego domu,

Unikając świata wokół.


III. Z dziecka wzrosło w piękną pannę,

Pełną smutku zwiędłych kwiatów.

Odprawiała gości; chłopców

Nie umiała sercem przyjąć.


IV. Los doświadcza tych niewinnych;

Magdalena nie dożyła późnych lat.

Zgasła – blady, wątły narcyz,

Bez chociażby kropli krwi.


V. Został po niej tylko portret,

ciemny portret z nią, przejasną.

Nic już więcej się nie stanie –

Blask jej piękna zgasł.


Kiedy pani U. nuciła, ukradkiem przyglądałam się wiszącym na ścianach portretom, ale nie mogłam znaleźć wśród nich Magdaleny z ballady. To mnie uspokoiło; ta pieśń nie dotyczyła tego domu, nie dotyczyła rodziny U., wszystko było tylko zbiegiem okoliczności, romantycznym i mrocznym. Wtedy pan U. powiedział:

– Piękny był ten obraz. Oby renowacja nie ujęła mu urody.

Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na bielejący na ścianie pusty prostokąt. Zadrżałam.


Po pewnym czasie rodziców zaniepokoił mój wygląd; powietrze domu państwa U. odciskało na mnie niedobre piętno. Zbladłam, stałam się smutna i przezroczysta, a w nocy budziły mnie koszmary. Mimo to nie umiałam zrezygnować z wizyt u Magdaleny.

Któregoś razu, gdy zbierałyśmy gładkie, owalne kamienie z drogi przed domem państwa U., ze zdziwieniem ujrzałam samochód mojego ojca. Zatrzymał się z piskiem opon i gwałtownie otworzył drzwi. Tata, zdyszany, podbiegł i chwycił mnie za nadgarstek.

– Chodź, natychmiast! – rzekł ojciec stanowczo. – Wsiadaj!

Przestraszyłam się. Posłusznie dałam się wciągnąć do samochodu.

– A ty, co się patrzysz? – krzyknął ojciec do Magdaleny, ściskającej w palcach rąbek ciemnej, welurowej sukienki. – Uciekaj! Precz!

Odjechaliśmy. Tak szybko, że czułam, jak prędkość wciska mnie w oparcie. Uszy miałam przepełnione hukiem – jakby coś za nami się rozpadało.


Rodzice zmienili numery telefonów i przenieśli mnie do innej szkoły; przez jakiś czas zastanawiali się nad wyprowadzką. Nic z tego nie rozumiałam, ale bałam się pytać. Wszyscy milczeliśmy.

I teraz, po tylu latach, dostałam list. List od Magdaleny. Pisała, że znalezienie drogi do mnie kosztowało ją wiele czasu i wysiłku, i że musi mnie zobaczyć. Że mieszka tam gdzie wtedy. I żebym przyjechała. Wahałam się, ale teraz jestem przecież dorosła i mogę robić więcej. Pojechałam. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, zwątpiłam w prawdziwość listu Magdaleny. To niemożliwe, żeby mieszkała tu nadal. Owszem, dom wciąż był wąski i wysoki, ale przemalowano go na jasno i świeżo. W ogrodzie rosły kolorowe kwiaty zamiast martwych iglaków, a okna były pootwierane. Zapukałam jednak do drzwi, uciszając pełne wahania myśli.

Otworzyła mi kobieta w barwnym turbanie na głowie. Wygładziła suknię w duże romby i spojrzała na mnie badawczo.

– To ty?! Nie wierzę! Już wołam Magdalenę. Ładne rzeczy, tyle lat cię tu nie było! – zakrzyknęło wesoło. – Madzia! Chodź!

Zakręciło mi się w głowie. Głos brzmiał znajomo. Brzmiał jak ta ballada, której od lat nie mogłam wyrzucić z pamięci. Ale ta kobieta nie mogła być panią U., po prostu nie mogła. Kobieta zniknęła w głębi domu, mijając się z dziewczyną w moim wieku. Dziewczyna miała na głowie dredy i była ubrana w krótką, wzorzystą tunikę. Objęła mnie i serdecznie klepnęła w plecy. Byłam przekonana, że zaraz oszaleję. A Magdalena patrzyła na mnie z uśmiechem, trzymając ręce w kieszeniach i żując coś, co wyglądało jak liście i wydzielało tytoniowy, dymny zapach.

– Fajnie cię widzieć, chociaż jakoś dziwnie wyglądasz. Jakbyś miała dostać ataku serca. Chodź, co tak stoisz.

– Chwila – złapałam ją za łokieć i wpatrzyłam się w jej rozbiegane źrenice. – O co tutaj chodzi?

– A, no tak – zachichotała Magdalena. – Kiedy ostatnio tu byłaś, faktycznie wyglądaliśmy trochę inaczej, ale do naszego wyglądu nie ma się co przywiązywać. Moi rodzice żyją, jak by to powiedzieć, performatywnie. Lubią odstawiać różne szopki, wkręcają się na całego w swoje pomysły i odstawiają taki teatrzyk. Ja też od małego to lubiłam. Jak się poznałyśmy, to rodzice akurat się zaczytywali w Edgarze Allanie Poe. Teraz jest u nas raczej luźno, starzy uznali, że chcą przypomnieć sobie młodość i pożyć jak hipisi. To co, wchodzisz?


bottom of page