top of page

Weronika Stencel - LŚNIORZ STOMATOLOGY

  • 1 dzień temu
  • 4 minut(y) czytania

Fragment książki Parafol


Miód spływa ze śliną do gardła, ale nikt nie wie, że próbuje przedostać się też do nosa, a z nosa do oczu. Czasem udaje mu się dostać od razu do oczu, najczęściej w nocy. Najpierw odczekuje, osadza się na podniebieniu, w zagłębieniach policzków lub w dziurach zębów. Znałam takie miody, które panowały nad wzrokiem ludzkim, sterowały nim. Sprytne miody, zachowywały się jak dzikie zwierzęta, ale tak naprawdę były nad wyraz inteligentnymi substancjami, które wpływały na sytuacje życiowe wielu ludzi. Potrafiły manipulować nawet najlepszymi dentystami. Stało się to kiedyś u doktora Lśniorza, w jego klinice z wielkim neonem LŚNIORZ STOMATOLOGY. Doktor bardzo dbał o komfort swojej klienteli. W kremowej poczekalni usłyszeć można było spokojne, ambientowe utwory paszki, z dźwiękami przypominającymi borowanie. Na ekranie dużego telewizora wyświetlał się sztuczny las, który zdawał się spokojnie oddychać. Czasem przelatywał leniwy motyl. Na ścianach, widoczny był motyw rosnących, zieleniejących listków, wnikający w podświadomość ludzi. Rozwijało się w nich przekonanie, że zęby rosną tak jak te rośliny, chcą być zdrowe i warto o nie dbać. Uroku dodawały pomieszczeniu drzwi z napisem BRUDOWNIK. Prowadziły do pomieszczenia, gdzie trafiały zużyte już preparaty dentystyczne, końcówki ssaka, igły, jednorazowe rękawiczki, gaziki, śliniaki i chusteczki. Poczucie porządku i czystości – to przecież decydujące u dentysty walory przestrzeni. Gdy do poczekalni wchodzili klienci, siedząca przy ladzie sekretarka przybierała stanowczy i profesjonalny ton, a gdy trzeba było, wybuchała głębokim, aktorskim śmiechem, jakby był wliczony w cenę spotkania. Miała włosy zaczesane do tyłu, w zgrabny koczek i zadbaną, świeżą cerę, choć widać już było na niej pierwsze zmarszczki. Ubrana była w biały kostium z turkusowym napisem LŚNIORZ STOMATOLOGY. Patrząc w ekran komputera, przybierała zamyśloną i poważną minę, jakby kontrolowanie zapisów klientów i czasu dentysty było skomplikowanym zadaniem. Gdy odbierała telefon, mówiła wyraźnie, dbając o dykcję. Czasem skubała swoje czyste paznokcie. W przerwie wychodził do niej doktor Lśniorz, wysoki, postawny mężczyzna o wyostrzonym, surowym wzroku. Nie dość, że łagodniał na jej widok, to nieco głupiał. Nie umiał się odezwać pierwszy, więc podchodził i spoglądał na kobietę niewyraźnym wzrokiem. Słuchając co mówi kobieta, ożywiał się, ale potrafił jedynie potakiwać. Jego nieśmiałe spojrzenie stawało się miękkie i osadzało się na obojczykach sekretarki, a gdy śmiała się głośno, kręciło mu się w głowie. Doktor Lśniorz na głowie naciągnięty miał czarny czepek i przez to wyglądał, jakby non stop przeprowadzał skomplikowane operacje, albo wychodził z basenu po szybkim kraulu. Tak czy siak, wyglądał na specjalistę w swoim fachu. Był wybitnym dentystą o czystym umyśle, miał umiejętność przenikania wzrokiem szczęki, zupełnie jakby zdjęcia rentgenowskie nie były mu potrzebne do diagnozy. Zdawało się, że jego oczy wyposażone były w ostre szpileczki, dzięki czemu, od samego patrzenia na daną osobę i jej zęby, leczył. Wiedział wszystko. Do czasu! W klinice pojawił się pewnego wieczoru mężczyzna o zębach średnio zadbanych. Gdy otworzył usta, doktora Lśniorza uderzył widok żółtawego miodu, który zalegał w tylnym zębie. Czy pojawiła się już próchnica? Czy uda się usunąć chorą tkankę zęba? Czy to trwały osad? Zagwozdka! Miód lśnił w najdalszych partiach szczęki, niemal spływał do gardła, a jednocześnie sprawiał wrażenie głęboko zakorzenionego w zębie. Trudny do ocenienia przypadek nie zatrzymał jednak Lśniorza, który przystąpił do działania, zakasał rękawy i rozpoczął leczenie. Zabezpieczył szczękę, włączył zasysacz śliny i zaczął wiercić w zębie, bo zdawało mu się, że miód wydrążył już w nim malutką dziurkę. No i łups. Miód nagle ruszył z miejsca na podniebienie. Lśniorz podskoczył, wbijając ostrze dentystycznej wiertarki w innego zęba. Mężczyzna podskoczył i głośno wrzasnął. Było w tym okrzyku coś z lwa lub lamparta. Na policzkach klienta pojawiły się z resztą czerwone plamy ze stresu, podobne nieco do umaszczenia drapieżnika. Lśniorz, udając, że to przemyślany i zaplanowany ruch, oddalił się nieco i szepnął:


Chwileczka.


Klient otworzył szerzej oczy. Lśniorz odwrócił się do niego tyłem, był w szoku. Uspokoił rozedrgane ręce, przetarł oczy i spojrzał ponownie na klienta. Z ust mężczyzny lała się krew i kapała delikatnie na podłogę. Było w niej także odrobinę miodu, który z łatwością przylgnął do buta doktora Lśniorza. Przerażony nieco lekarz, zabezpieczył zęba, przyglądając się uważnie miodowi, który przylepił się teraz do jedynki mężczyzny. Dotknął go i poczuł, że jest jak twardy bursztyn, który szczelnie otoczył zęba. Wydukał:


– Chwileczka, pójdę po preparat.


Lśniorz wstał i po cichu wyszedł z gabinetu. Sekretarka ze zdziwieniem spojrzała na jego przerażoną, zastygłą twarz, bo nie widziała u niego jeszcze tak zgaszonego wzroku, zupełnie jakby bezradność zarządzała jego widzeniem. Lekarz rzekł:

– Jest problem. Chyba się przewidziałem.


Sekretarka zbliżyła się do niego, objęła go, tak, że poczuł jej duszący, słodki zapach. Było w niej coś lepkiego. Nigdy wcześniej nie była tak blisko jego szyi. Szepnęła:


– Niemożliwe. 


Zaniepokojony, spojrzał w jej twarz, chrząknął i odszepnął:


– Chyba jestem przemęczony.


Kobieta spojrzała na pustą poczekalnię, przesunęła palcem po swoim biuście, pod bluzką sterczały jej sutki. Odpowiedziała delikatnie:


– Niemożliwe. To już ostatni klient na dzisiaj. 


Lśniorz, onieśmielony kobietą, uśmiechnął się blado i szybko wrócił do gabinetu. Klient leżał z zamkniętymi oczami i cicho pojękiwał. Lśniorz zebrał się w sobie i ostrym, zdawałoby się, trzeźwym spojrzeniem otoczył zęby klienta. Przez chwilę przyglądał się szczęce. Zabezpieczył krwawienie, spojrzał na osadzony na jedynce bursztyn, żółtawy osad, który dusił zęba, i przystąpił do działania. I teraz łups! Podczas piłowania, płynny miód otoczył urządzenie doktora Lśniorza i zaczął się z nim szarpać! Nie do wiary! Przerażony lekarz upadł na podłogę, a lejący się z zęba klienta miód wniknął do jego oczu. Zrozpaczony Lśniorz długo leżał na ziemi z zamkniętymi oczami i masował swoje obite kolano. Pragnął zapaść się pod ziemię. Nie mógł spojrzeć w oczy mężczyźnie. W tym czasie klient przestał jęczeć i prawdopodobnie zasnął, mimo że jego jedynka wisiała na wardze, a z jego ust leciała na ziemię cieniutka strużka krwi. Doktor Lśniorz powoli otworzył oczy i lejącym miodem spojrzał na swój gabinet. Bardzo powoli wstał i chwiejąc się, wyszedł do sekretarki. Zdumiona kobieta, nie widziała nigdy takiego doktora Lśniorza. Był wyprostowany, strzelisty, jakby jeszcze urósł. Coś w niego wstąpiło. Nie zbliżając się do niej, przez całą noc lizał ją miodowym wzrokiem, a ona jęczała z rozkoszy pod neonem LŚNIORZ STOMATOLOGY.



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page