top of page

Aniela Sobuś - Nie będę tego jadła

1 dzień temu
5 minut(y) czytania
grafika, Aga Zawisza
grafika, Aga Zawisza

Matka odnosiła się do mojego weganizmu z mieszanką strachu i pobłażliwości, którą wywoływały w niej dopływające na wieś fale nowych trendów. Sztormy pomysłów, żeby przebić sobie dolną wargę, zjeść tofu albo mieszkać na kocią łapę przelewały się przez sztachety drewnianego płotu. Biły nieprzychylnie o ściany domu z czerwonej cegły, w którym matka próbowała utrzymać ster. W głębi serca była jednak dumna z podjętych przeze mnie studiów w Krakowie, będących źródłem nowych idei, prezentowanych, ku jej przerażeniu, w każde wakacje.


Stanęła na dziale mięsnym i poczuła, że pot ją oblewa i wsiąka w zaprasowany kołnierzyk bluzki. Dotknęła twarzy wierzchem dłoni i pomyślała, że czerwieni się jak nastolatka. Rozejrzała się, szukając świadków swojego zakłopotania, obnażonego przez białe światło. Pewnie rozzłościła się na mnie w duchu, bo sklepowa Magda już zerkała na nią podejrzliwie spod przezroczystego czepka, osłaniającego czarne włosy, związane naprędce gumką recepturką. Matka poprawiła koszyk na ramieniu, starając się zachować resztki godności.


– Coś wegańskiego.


Magda raczej nie miewała żądań tego typu. Obrzuciła matkę nieufnym spojrzeniem.


– Czyli, że bez mięsa?


Matka dumnie zadarła głowę, wymyślając odpowiedź.


– Chyba tak.


– To może coś z tego? – teraz głos Magdy także przybrał ton sztucznej pewności. Przez chwilę stały w ciszy i mierzyły się wzrokiem.


– Może być – matka w końcu musiała podjąć wyzwanie.


– To?


– Tak – mokre dłonie ślizgały jej się na plastikowej rączce koszyka. Magda uniosła dłonią w jednorazowej rękawiczce bladą, bezkształtną istotę i wcisnęła ją do plastikowej siatki.


– Dwadzieścia dwa pięćdziesiąt.


Pewnie myślała, że ten samotny przybysz z morskich głębin nigdy się nie sprzeda.

Matka ukryła obcego na dnie koszyka.


Jacek wybuchał salwami śmiechu, które sprowadziły go z krzesła wprost na dywan. Na przemian łapał się za napięty brzuch i ocierał przymknięte oczy. Mimo że był już dorosły, z dzieciństwa pozostał mu ten złośliwy rechot, na chwilę odsłaniający niegrzecznego, bezlitosnego dla rówieśników chłopca, którym był w szkolnych latach. Wzdrygnęłam się na samo wspomnienie niekończących się kpin, które przemykały niepostrzeżenie przez skórę i trafiały w samo serce, zostawiając łzy, piekące pod powiekami. Teraz obiektem jego wesołości stała się matka, która rozglądała się z konsternacją, próbując znaleźć oparcie w salonowych sprzętach.


– Co? – zapytała w końcu, czekając na ratunek.


– Kalmar nie jest wegański, mamo – pomogłam jej, co tylko wzmogło rozbawienie mojego młodszego brata.


Matka obraziła się na mnie, zadzierając w niemym gniewie nos, który po niej odziedziczyłam. Kalmar leżał na blacie. Cienka błona plastikowej torebki przylgnęła do martwego oka. Jacek wyciągnął rękę, żeby chwycić obcego, ale ten wyślizgnął mu się, jakby zadrżała w nim ostatnia iskra dawnego życia. Nie należał do śmietnika. Wrzucenie go między obierki ziemniaków i kości kurczaka byłoby profanacją.


Pierwszy raz skorzystałam wtedy ze wsparcia jabłonki. Była stara, z gałęziami powyginanymi od wieloletniej mądrości. Wykopałam pod nią dół. Jacek nie chciał mi pomóc. Poczułam ulgę, że nie muszę dzielić z nim tej chwili. Zapadał już wieczór, towarzyszyły mi tylko ostatnie, zbłąkane owady. Odniosłam wrażenie, jakbym popełniała przestępstwo. To tylko nieudolny akt matczynej miłości, próba zrozumienia współczesnego świata. Tutejsza definicja weganizmu leżała w postaci owiniętego w plastikowy całun kalmara, który posłusznie czekał w trawie, aż uwinę się z jego pospiesznym pogrzebem. Dół musiał być wystarczająco głęboki, żeby koty nie wydostały zwłok na powierzchnię i nie przypomniały matce jej ostatnich zakupów. Po namyśle rozwiązałam foliową torebkę. Powietrze wypełnił rybny, metaliczny zapach. Delikatnie przechyliłam reklamówkę i kalmar wyślizgnął się z niej wprost do dołu pod jabłonką. Przyjęła go z westchnieniem rozczarowania, a ja pospiesznie zaczęłam zakopywać martwego obcego, który wpił ostatnie spojrzenie rozlanego oka w srebrny księżyc.


W tym roku jabłka były blade i zimne. Smakowały morsko i słono, uderzały obcym zapachem, wypełniającym cały salon. Leżały na stole, a kiedy nachyliło się przy nich, szumiały odgłosem odległych wód. Przyłapałam Jacka, jak przyciskał do nich ucho.


Drugi raz jabłonka przyszła mi z pomocą następnego lata, gdy pracowałam jako kelnerka. Nosiłam stosy białych talerzy na stypie, podczas której żałobnicy opłakiwali głośno ukochanego wujka, dyskutowali o spadku, powtarzając co rusz, że jeszcze przyjdzie czas na taką rozmowę, a na koniec pili wódkę, by zapomnieć choć na chwilę o własnej śmiertelności. Wcisnęłam się w za małą białą koszulę. Rozchodziła się między guzikami, odsłaniając jasne plamy skóry. Pociemniała od potu, gdy w pomieszczeniu zrobiło się gorąco. Tłuste oka dryfowały po powierzchni rosołu, podawanego na pierwsze danie. Przypominały puste spojrzenie kalmara, który po morskich głębinach oglądał wnętrze lady mięsnej.


– Poproszę bez marchewki – brat zmarłego nawet na mnie nie spojrzał.


Odwróciłam się, żeby zerknąć na kierowniczkę cateringu. Ponagliła mnie zdecydowanym ruchem głowy, po czym wróciła do przeciągającej się rozmowy ze staruszką, która wczepiła się w nią wyciągniętymi rękami.


– Nasze kondolencje, od całego zespołu Wydarzeń ze smakiem – kierowniczka ściągnęła kąciki ust do dołu. Widziałam, jak ćwiczy tę minę w samochodzie, przeglądając się w małym lusterku. Zawsze robiła odwrotną na weselach.


– Dziękuję, dziękuję, naprawdę, nie wiem co my byśmy bez państwa…


– Nalewa pani czy nie? – brat zmarłego się zniecierpliwił. Chciało mu się żyć.


Zaczęłam lawirować chochlą, żeby ominąć pomarańczowe punkciki drobno posiekanej marchewki, które kłębiły się w zupie i jakby specjalnie wpychały na łyżkę. Mdliło mnie od podawanego obiadu i obgadywanej śmierci. Chciałam wrócić do Krakowa, schować się w książkach i akademickich wymaganiach przed tym boleśnie prawdziwym życiem, trwającym mimo pogrzebu i osiadłych na dnie wazy kawałków mięsa.


– Utonąć na rybach, okropieństwo. Mówiłem mu, żeby nie szedł łowić. Akurat wtedy mu mówiłem. Dopiero co kupił nową wędkę. Została niby na brzegu. Ale kto by teraz łowił taką wędką. Masz rację, Kaziu, jeszcze będzie czas na takie rozmowy. Niech pani zostawi, już sobie sam naleję.


Sterty brudnych naczyń wrzuciłyśmy do bagażnika. Grzechotały w skrzynkach, lśniąc resztkami jedzenia. Dookoła nich latały muchy, od których nie sposób się odgonić. Część z nich została zamknięta w samochodzie razem z ucztą.


– Weź sobie ten rosół, co? Szkoda go wyrzucać. Trzymaj, nalałam ci do garnka. Tylko go potem oddaj.


Patrzyłam na zupę, która drżała od wybojów i zastanawiałam się, czy kierowniczka dała mi ją specjalnie. Goście nie byli ze mnie zadowoleni. Przezroczysta pokrywka odsłaniała zawartość. Zapach rosołu unosił się w całym aucie, a cienkie kluski wiły się w środku jak złapane w sieć węgorze. Ciepło spodu garnka ogrzewało mi kolana. Kierowniczka prowadziła, meandrując na wyłaniającej się z mroku ulicy. Światła mijanych aut podkreślały cienie na jej twarzy, zmęczonej utrzymywaniem życzliwego wyrazu. Dostałyśmy napiwek, którego nie zobaczyłam. Próbowała mi delikatnie przekazać, że nie nadaję się do tej pracy. Rosół chlupotał. Przypominał gdakanie kur, zlewające się z monotonią jej słów. Potarła oczy, żeby skupić się na drodze. Rozmazała granatowy tusz do rzęs.


Zaczekałam, aż samochód odjedzie z piskiem opon i niemal zgięta w pół wsunęłam się pod jabłoń. Chlusnęłam resztkami zupy w ziemię. Makaron wpełzł w nią jak dżdżownice.

Jacek powiedział, że tamtego roku jabłka były obrzydliwe. Miękkie, tłuste i ciepłe, jak skóra topielca. Jak rosół.


Oddawałam jej doświadczenia, których nie chciałam. Dzięki jabłonce mogłam o nich zapomnieć. Nasyciła się smakiem śmierci. Pokornie przyjmowała wszystko, a później oddawała mi, na tacy utkanej z trawy. Matka dzwoniła do mnie i zaczynała na nią narzekać. Mówiła, że daje złe owoce. Straszyła, że ją wytnie.


Gdy przyjechałam kolejnego roku, przyciągnęłam pod jabłonkę zielony drewniany stołek. Ściągnęłam buty i podwinęłam rękawy bluzki. Zagłębiłam bose nogi w ziemi, jakbym mogła zapuścić korzenie. Niemal cały rok myślałam o tym, że muszę ratować jabłonkę. W końcu byłyśmy wspólniczkami. Łączyły nas coroczne sekrety, zmowa milczenia, tajemne siostrzeństwo. Usiadłam tuż obok jej pnia i otworzyłam szampana, którego dostałam po obronie licencjatu. Korek wystrzelił pomiędzy liście, a później upadł u moich stóp. Ulatniający się gaz syczał razem z wiatrem. Przypomniałam sobie koleżanki, które były rozczarowane, że nie otworzyłam butelki pod wydziałem, gdy zebrały się w ciasny krąg wsparcia, żeby gratulować sobie nawzajem. Wzięłam łyk, a kolejny wylałam dla jabłonki. To z nią najbardziej chciałam wznieść toast. Posłałam jej porozumiewawcze spojrzenie. Musujący alkohol ściekał po pniu i bulgotał w trawie. Drzewko nie było pewne, czy może świętować. Pogłaskałam je, jakbym teraz to ja dodawała mu otuchy. W tym roku muszą być dobre jabłka. Słodkie, chrupiące, gazowane.



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page