Hanna Janczak - Ma

Ma w języku japońskim oznacza celową pustkę, przerwę lub przestrzeń pomiędzy. To nie jest pustka w negatywnym sensie, ale świadoma pauza – cisza w muzyce przed i po dźwięku, odstęp między przedmiotami czy chwila milczenia w rozmowie.
W piątek Andrzej wyszedł z domu i ku swemu zaskoczeniu dostrzegł na posesji, tuż przy zaparkowanym aucie, młotek. Dawno nie używał młotka, a już na pewno nie tego. Ten był nowiutki, z czerwoną rączką. Schylił się, podniósł i patrzył na niego dłużą chwilę. W końcu podszedł do płotu i przerzucił go na posesję sąsiada. Wytarł ręce o spodnie i powoli zajął się malowaniem altany.
Tego samego dnia, nieco później, Kola wyszedł z domu i szwendał się bez celu po ogródku, kiedy nagle dostrzegł coś czerwonego na trawniku. Ku jego zdziwieniu był to młotek. Dziwne, pomyślał i pomachał ręką sąsiadowi. A że była to sobota i właśnie wybiła jedenasta skupił się na liście zakupów. Kiedy lista była pełna, wziął młotek i wyszedł za bramkę. Tam zobaczył żółciutkie jak kurczaczek auto, przy którym tłoczyło się całe sześciu mieszkańców wsi. Obwoźny sklep był bowiem lokalnym centrum kultury i informacji. Kola spojrzał na całą szóstkę i rzucił od niechcenia:
– Popatrzcie. Wyszedłem z domu a na trawniku leżał młotek, ale to nie mój.
Każdy mieszkaniec wsi przyglądał się z zaciekawieniem znalezisku.
Pierwszy odezwał się Andrzej:
– Ale ja widziałem lecący samolot i coś chyba z niego wypadło.
– No tak, przecież to logiczne. Naprawiali ten samolot w locie i im wypadł - ktoś dodał. Potem znowu spojrzeli na młotek, po czym zrobili zakupy i rozeszli się do domów.
Wieczorem do Andrzeja zadzwonił telefon.
– Dobry wieczór. Mówi szef straży granicznej z Dubicz Cerkiewnych. Od tej chwili ma pan kategoryczny zakaz opuszczania wsi. Już cztery osoby ze wsi dzwoniły, że spadają przedmioty z samolotów. A sprawa jest na tyle poważna, że tego dnia żaden samolot nie latał. Jedzie do pana cała brygada, trzy samochody z centrali z Białegostoku, przesłuchać całą wieś na tę okoliczność.
Ma w języku japońskim oznacza celową pustkę, przerwę lub przestrzeń pomiędzy. Pusta przestrzeń jest równie ważna jak sam fizyczny obiekt. W codziennym życiu uczy rezygnacji z nadmiaru bodźców, ciągłego pośpiechu i potrzeby zapełniania każdej wolnej chwili hasłem lub zdaniami. Czasem to, czego nie ma, mówi najwięcej.
Na pięćdziesiąte urodziny śnię się sobie. W tym śnie obserwuję kręcenie filmu. Akcja rozgrywa się w pokoju, w którym stoją dwie kobiety. Nie wiem, co to za film, o czym. Nie widzę też kamery ani reżysera. Skądś dochodzi jednak głos – „akcja!”. I wtedy ta młodsza z jasnymi, rudawymi włosami do ramion, czternastoletnia, choć nie wiem, skąd to mogę wiedzieć, obraca się bokiem do mnie. Ma szeroką, męską koszulkę bez rękawów. I kiedy się tak obraca, widzę jej okrągłą, gładką, białą pierś. To po niej rozpoznaję siebie. Dziewczyna schodzi z planu, staje naprzeciwko mnie i długo mi się przygląda w ciszy. Nie uśmiecha się, ale nie jest też smutna. Patrzy tak, jak się patrzy na kogoś obcego.
– To ja – odzywam się pierwsza.
– Nie rozumiem – odpowiada z lekkim zaciekawieniem.
– To ty, tylko w wieku pięćdziesięciu lat.
Czuję jak mi się przygląda. Zmarszczkom, skórze, dłoniom.
– To okropne - mówi i wraca na plan zdjęciowy. Scena, w której gra, gram, dobiega końca i wtedy tamta ja zakłada kurtkę i zbiega po krętych drewnianych schodach, nie oglądając się za siebie. Widzę jej rękę łapiącą co jakiś czas poręcz. Robi się coraz mniejsza. Chcę, żeby się zatrzymała, odwróciła i spojrzała na mnie, ale to się nie wydarza.
Ma na sobie zimową, niebieską kurtkę, dokładnie taką, w jakiej wtedy chodziłam, i zwykłe niebieskie dżinsy.
Ma w języku japońskim oznacza celową pustkę, przerwę lub przestrzeń pomiędzy. Jej znakiem jest kanji złożone z symboli drzwi i słońca, co można odczytać jako „drzwi, przez które wpada światło”. Przerwa pozwala dostrzec to, co najważniejsze.
Kiedy nie ma szkoły, ojciec zabiera mnie do pracy. Idziemy dość szybko, ojciec stawa duże kroki, ale nie potykam się, bo mocno trzyma mnie za rękę. Wchodzimy do pomarańczowego budynku i kierujemy się do windy. Winda ma białe przyciski z numerami pięter, które podświetlają się i na chwilę żółkną, gdy winda mija kolejne poziomy. Jedziemy na siedemnaste piętro, bo tam jest jego pracownia. Po wyjściu z windy mijamy inne pokoje. Ojciec otwiera różne drzwi i wita się z kolegami. „To moja córka” – przedstawia mnie. Pokój, w którym pracuje, jest jasny, a wszystkie osoby ubrane są na brązowo i szaro. Stoją w nim wysokie drewniane deski kreślarskie z poziomicami. Każdy pracownik stoi przed swoją i rapidografami, bo dziś dopiero wiem, jak to się nazywa, bardzo powoli, z dokładnością co do dwudziestej piątej setnej milimetra rysuje jakieś kreski i znaczki. Ponoć tusz kreślarski wykorzystuje się do ostatniej kropli i nie zasycha, a jego poziom jest dobrze widoczny. Nudzę się niemiłosiernie. Ojciec trochę nie wie, co ze mną zrobić. Na dole kalki technicznej jest tabelka. Inżynierowie architekci bardzo powoli i starannie wpisują, czego dotyczy rysunek, skalę, w jakiej jest wykonany i numer rysunku. Na końcu składają piękny techniczny podpis. Ojciec daje mi do ręki rapidograf i pozwala podpisać się za niego. Szybko opanowuję tę sztukę do perfekcji, a podoba mi się tak bardzo, że potem podrabiam i piszę siostrze wszystkie zwolnienia z w-fu oraz usprawiedliwienia szkolne. Moim ulubionym lekarzem, za którego się podaję, jest ginekolog dr Jajko. Żadna nauczycielka ani nauczyciel nigdy nie podważył moich kompetencji. Choć rodzice każdorazowo przynosili z wywiadówek plik zwolnień od dr Jajko i wtedy w domu panowała naprzemiennie awantura i cisza oraz kara. Ale wróćmy na siedemnaste piętro. Najbardziej ceniłam sobie wahadłowe okna i wysokość. Przygotowywałam się na wizytę u ojca. Zazwyczaj brałam ze sobą jabłka. Otwierałam okna, wychylałam się i patrzyłam na tych malutkich ludzików wysiadających z malutkich samochodzików. Najpierw długo zbierałam ślinę, a kiedy już nazbierałam jej wystarczająco, otwierałam usta i pozwalałam jej wypłynąć tak cicho, żeby ojciec, zajęty deską kreślarską, nie zwrócił na mnie uwagi. Ale ślina, lecąc, ginęła i nie miałam pewności, czy ktoś oberwał. Brałam więc to, co leżało na biurkach. Gumki do mazania, ołówki i długopisy. Delikatnie upuszczałam przedmiot, patrząc jak leci i jak obraca się w locie. Kiedy był silniejszy wiatr, zdarzało się, że przedmiot uderzał w inne okna i wtedy chowałam się szybko, w obawie, że ktoś mnie nakryje. Byłam pewna, że będzie wiedział, że na siedemnastym piętrze w oknie stoi dziewczynka i przybiegnie z awanturą, ale i tak nie potrafiłam przestać. Najlepsze jednak były jabłka. Ciężkie i długo widoczne. Wyciągałam je ze tornistra, brałam gryza dla niepoznaki i powoli namierzałam nim cel. Kiedy ktoś pojawiał się pod budynkiem wysuwałam rękę i upuszczałam owoc. Za każdym razem leciał wspaniale. Czasami wydawało mi się, że trafiłam, albo że jabłko spadło komuś pod nogi albo tuż za nim i rozprysło się na milion kawałków. I wtedy jeszcze bardziej się bałam, że ktoś mnie rozpozna. Kucałam wtedy pod oknem albo mówiłam tacie, że jestem głodna i żebyśmy szli na obiad na dwudzieste czwarte albo dwudzieste piąte pięto. Nie pamiętam.
Ma w języku japońskim oznacza celową pustkę, przerwę lub przestrzeń pomiędzy. Pauza, w której rzeczy mogą oddychać, dojrzewać i przemieniać się. Odstęp fizyczny, który pozwala zaistnieć. Świadoma przerwa lub moment ciszy pomiędzy działaniami.
Początek września. Słońce i deszcz. Czterdzieści minut od Białowieży, wieś Starzyna, czterysta metrów od muru, jakie polskie państwo zbudowało, żeby uniemożliwić migrantom przedostanie się przez granicę. Płot jest wysoki, metalowy, zakończony drutem kolczastym. We wsi panuje spokój. Pod murem też. Wszędzie tylko żółte pola i pszczoły. Nocą słychać żubry i ryki jeleni. Siedzimy na leżakach przy basenie, z którego malowniczo odpadają kafelki. Dom jest wystawiony na sprzedaż, bo kto chciałby żyć w takim miejscu. Zbliżenie się do metalowego płotu grozi mandatem. „Chcesz, to idź”, mówi kolega, jak masz pięć stów do oddania. Jeśli wychodzimy, nawet do lasu, musimy mieć ze sobą dowód osobisty, inaczej podczas kontroli mogą nas zatrzymać. Początek września. Słońce i deszcz. Przyjechaliśmy tu tańczyć. Jest nas dwadzieścia osób, które teraz wspólnie zalegają na podłodze. Maaa. Mamy dyżury. Jestem w grupie A, co oznacza, że dziś rano sprzątam przestrzeń, w której mamy warsztaty. Wieszamy koce na drabinkach, odkurzamy salę. Grup jest pięć, w każdej po cztery osoby. W środę z moją grupą przygotowujemy kolację dla reszty, a w czwartek obiad. Nie mamy tu zasięgu, ale jeśli nie przestawisz telefonu na tryb samolotowy, czas przeskakuje o godzinę do tyłu. Żyjesz wtedy w czasie białoruskim. Nigdzie nie możesz zadzwonić ani wysłać wiadomości, ale potem dostajesz rachunek na przykład na trzy tysiące, bo w jakiś magiczny sposób wewnątrz systemu trwa nieustająca wojna. Czas, którego nie ma. Pomiędzy.
Ma to wolne miejsce, które nadaje harmonię i pozwala docenić formę. W muzyce, teatrze ma oznacza idealnie wyczuty moment ciszy lub pauzy, która buduje napięcie i nadaje wypowiedzi głębi.
Na pięćdziesiąte urodziny dostaję też prezent od matki. Zapakowany w torebkę, z dołączonym listem. Spodnie można przeprasować, pisze w nim. W kartonie mam żelazka, wszystko jest czyste. To są moje rzeczy, z których wyrosłam. Z mojego szmatekstu, bo zmalałam. Zacznij dbać o siebie, zewnętrznie też. Krem jest bardzo dobry, używaj rano i wieczorem, następnie kup koniecznie buty wykrzyknik musisz się dobrze prezentować na scenie. Wykrzyknik. Chłopcy są wzrokowcami. Wykrzyknik. Nie tylko intelekt się liczy. A ściereczki, które tobie daję, jedną do podłogi, do łazienki, mnie też leży tak przy wannie, jak wychodzę, to od razu ściereczka zbiera wilgoć.
Ma – przestrzeń pomiędzy.
nie może oddychać bo makaron zadławił mu gardło
czuje smutność i przypamiętuje sobie jak słońce go zaraziło
znudziło mu się mycie pomiędzy palcami zakłada kask
żeby podłoga nie uderzyła go w głowę pyta dlaczego
lew ma na głowie taką dużą lampę i czy nietoperz ożywia się
muchami i chce mieć staroczesny helikopter
i rakietę kosmonocną i ten przyszły hodowlak świnek
niestety ma dla ciebie same dobre wieści
gdyż po tym dzieniu już chyba umarnie i to będzie taki żarcik.
dzisiaj spotkałem wszystkich swoich nieznajomych mówi
M A



![Zofia Bałdyga - Český koutek #1 [Jitka Srbová]](https://static.wixstatic.com/media/36a7ce_a5d02885dc8e4a16a5668ff5ea2bc7d3~mv2.jpg/v1/fill/w_980,h_735,al_c,q_85,usm_0.66_1.00_0.01,enc_avif,quality_auto/36a7ce_a5d02885dc8e4a16a5668ff5ea2bc7d3~mv2.jpg)
