Zofia Bałdyga - Český koutek #1 [Jitka Srbová]

Jitka Srbová – cztery wiersze
Pod koniec marca
tarniny zbudowały na polach
białe domy. Pierwsze z wizytą wprosiły się sarny,
wysforowały się przed pustułki i kanie.
Żadne zwierzę nie chce zabić samochodu.
Próbując wymazać szosę,
bóg wyrył we wzgórzach Brd łososiowe blizny.
Czemu myślisz,
że musimy umrzeć?
Póki co wszyscy umarli, mhm. To przecież
Tylko statystyka.
Nie jestem zakładem ubezpieczeń. Jestem w środku wersu,
a możliwości jest tyle, ile kwiatów na jabłoni,
do dolnej części życia sypię świeżo zmieloną kawę,
cieszę się i czekam, aż zacznie pachnieć.
Noc to oswojone zwierzę
o wielu posuwkach i czułkach. Zamiast mnie
zgłębia przestrzeń ogrodu, żywi się zamkniętymi kwiatami.
Powiedzieliśmy, że nie będziemy wietrzyć wyobrażeń,
słuchaj rzeczy, jak się dzieją.
Noc bierze moją głowę do paszczy,
wlecze ją przez wzgórze na miejsce, gdzie jeszcze nie budują.
Tam kładzie ją w mokrej trawie, cicho siedzi, mruczy.
Chcę cię zaprosić na wyspę kuchenną,
między karmelki, pieprz i cynamon.
W słoikach mam zakonserwowany dzień mgły,
dzień śniegu i dzień rozgniewanych burz.
Wybierz sobie, którą otworzyć. Mojemu domowi nie grozi powódź,
ale bóg zabronił ognia,
więc, wybacz, wszystko gotuję we krwi.
Wiersze o małych rzeczach
Po lekturze najnowszego tomu Jitki Srbovej zmienia się nie tyle sposób patrzenia na świat, ile skala tej obserwacji. Uwaga przesuwa się ku temu, co zazwyczaj pozostaje na peryferiach widzialności: ku tarninie, zwierzętom pojawiającym się na polach, zapachowi świeżo zmielonej kawy, nocnemu ogrodowi, kuchennej wyspie, słoikom przechowującym mgłę, śnieg i burze. W poezji Srbovej szczegół nie pełni funkcji dekoracyjnej. Jest podstawową jednostką poznania. To właśnie przez niego rzeczywistość ujawnia swoje pęknięcia, swoją nieoczywistość i głębię.
Wiersz Pod koniec marca można czytać jako modelowy przykład tej poetyki. Tarniny „zbudowały na polach / białe domy”, sarny przychodzą „z wizytą”, wyprzedzają pustułki i kanie. Personifikacja nie służy tu jednak jedynie ożywieniu pejzażu. Wręcz przeciwnie, pozwala odwrócić zwyczajową perspektywę: człowiek przestaje być centrum krajobrazu, a jego obecność zostaje wpisana w większy, autonomiczny porządek natury. Nawet szosa, jeden z najbardziej wyrazistych znaków ludzkiej ingerencji, zostaje przedstawiona jako coś, co można próbować wymazać. Wzgórza noszą po niej „łososiowe blizny”. Blizna jest jednocześnie śladem przemocy i dowodem pamięci. Krajobraz przechowuje to, co człowiek chciałby uczynić niewidocznym.
Ważne jest również zdanie: „Żadne zwierzę nie chce zabić samochodu”. Pozornie absurdalne, w istocie ustanawia ono charakterystyczną dla Srbovej logikę odwrócenia. Samochód nie jest tutaj tylko przedmiotem, a zwierzę nie jest tylko ofiarą. Relacja między nimi zostaje opisana za pomocą języka intencji i przemocy, jakby cały świat podlegał negocjacji między zamieszkującymi go bytami. W tym krótkim przesunięciu perspektywy ujawnia się ironia, ale także etyczny wymiar tej poezji: świat nie należy wyłącznie do człowieka.
Podobną strategię obserwujemy w wierszu rozpoczynającym się pytaniem „Czemu myślisz, że musimy umrzeć?”. Tutaj doświadczenie śmierci zostaje skonfrontowane z językiem statystyki: „Póki co wszyscy umarli, mhm. To przecież / tylko statystyka”. To celowe spłaszczenie wielkiego egzystencjalnego problemu nie prowadzi jednak do nihilizmu. Przeciwnie, otwiera przestrzeń dla tego, co jednostkowe i zmysłowe. Podmiot mówi: „Jestem w środku wersu”, a możliwości okazują się równie liczne jak „kwiaty na jabłoni”. W miejsce abstrakcyjnej odpowiedzi pojawia się kawa, której zapach dopiero się pojawi.
Ten gest jest dla poezji Srbovej znamienny: wielkie pytania nie są rozstrzygane, lecz sprowadzane do konkretu. Śmierć zostaje zestawiona z kwitnieniem, przemijanie z oczekiwaniem, lęk z zapachem kawy. Nie oznacza to jednak ucieczki od metafizyki. Metafizyka tkwi właśnie w niepozornej na pierwszy rzut oka materii codzienności. To, co zmysłowe, nie jest przeciwieństwem tego, co ostateczne; staje się jego nośnikiem.
W Noc to oswojone zwierzę rzeczywistość podlega kolejnemu przesunięciu. Noc otrzymuje ciało i zachowanie żywego organizmu: ma „posuwki i czułki”, żywi się zamkniętymi kwiatami, bierze głowę podmiotu „do paszczy”, a następnie wlecze ją przez wzgórze. Obraz jest zarazem niepokojący i czuły. Noc okazuje się czymś, co można oswoić, ale czego nie można całkowicie ujarzmić. Szczególnie istotne wydaje się zdanie: „słuchaj rzeczy, jak się dzieją”. Można potraktować je jako jedną z zasad organizujących tę poezję. Rzeczy nie muszą zostać podporządkowane interpretacji; wystarczy pozwolić im zaistnieć w ich własnym, nie zawsze racjonalnym porządku.
Wyobraźnia jest u Srbovej narzędziem uważniejszego oglądu rzeczywistości. Noc może być zwierzęciem, wzgórza mogą nosić blizny, a dni można zamykać w słoikach. Metafora nie oddala nas od świata, lecz pozwala zobaczyć go w większym zagęszczeniu znaczeń.
Najpełniej widać to w wierszu Chcę cię zaprosić na wyspę kuchenną. Dom, przestrzeń codzienna i pozornie bezpieczna, zostaje przekształcony w miejsce przechowywania czasu i doświadczenia. W słoikach znajdują się zakonserwowane dni mgły, śniegu i burz. Jest w tym obrazie coś z magii, ale także coś z praktyki pamięci: próba zachowania tego, co z natury nietrwałe. Zarazem finał wiersza gwałtownie zmienia ton. „Mojemu domowi nie grozi powódź, / ale bóg zabronił ognia, / więc, wybacz, wszystko gotuję we krwi”. Dom przestaje być jednoznacznym schronieniem. Pod powierzchnią codzienności pojawia się zagrożenie, a język gościnności zostaje skonfrontowany z językiem przemocy i ofiary.
W tych wierszach szczególnie interesująca jest więc nie sama obecność „małych rzeczy”, lecz sposób, w jaki małe i wielkie pozostają ze sobą w nieustannym napięciu. Tarnina prowadzi ku pytaniu o ludzką ingerencję w naturę. Kwiaty jabłoni otwierają perspektywę śmierci. Kawa staje się odpowiedzią na abstrakcyjne pytanie o kres. Nocny ogród przejmuje władzę nad ludzką wyobraźnią. Kuchnia staje się miejscem, w którym można przechowywać czas, ale również przestrzenią, gdzie codzienność ociera się o przemoc.
Dlatego poezji Srbovej nie warto sprowadzać do pochwały drobiazgu czy afirmacji codzienności. Jej stawką jest coś więcej: próba znalezienia języka dla rzeczywistości, która nie poddaje się jednoznacznemu uporządkowaniu. Małe rzeczy nie są tu pomniejszoną wersją rzeczy wielkich. Mają własną autonomię, własną pamięć i własny rytm. Czasem stają się figurami tego, co nie daje się nazwać wprost. Nie wszystko musi zostać wyjaśnione, sklasyfikowane i podporządkowane.
Srbová ufa szczegółowi, ponieważ wie, że potrafi unieść ciężar, którego nie udźwignęłaby wielka deklaracja. Wystarczy tarnina, zapach kawy, noc, ogród, słoik z zakonserwowanym dniem. Wystarczy przyglądać się dostatecznie długo. Być może wtedy okaże się, że to, co wydawało się małe, świadczy o rzeczach największych.




