Natalka Suszczyńska - Jabłko zostało rzucone

1
Po atakach z 11 września 2001 roku Osama bin Laden ukrywał się przez niemal dekadę w najróżniejszych miejscach, najpierw gdzieś na granicy afgańsko-pakistańskiej, a potem, od 2006 roku, w czerokondygnacyjnej rezydencji w Abbottabad w Pakistanie. Razem z nim siedziało tam ponad dwadzieścia osób, w tym trzy żony, dzieci, wnuczęta, dwójka kurierów, którzy byli jego jedynym łącznikiem ze światem, oraz ich rodziny. Ze względów bezpieczeństwa w kryjówce nie było telefonu czy Internetu. Jednym z zadań kurierów było więc ściąganie najróżniejszych plików, dzięki którym przywódca Al-Kaidy i jego rodzina odpędzali nudę.
Drugiego maja 2011 roku amerykańscy komandosi przeprowadzili nalot na rezydencję w Abbottabad, w wyniku którego zabili bin Ladena. Wówczas także zabezpieczyli jego dyski. Było na nich ponad 2,7 TB danych – do tej pory odtajniono nieco ponad 320 GB. Dzięki tym plikom możemy mieć pewien obraz tego, jak wyglądało pięć lat w zamknięciu. Na dyskach było sporo animacji dla dzieci, w tym Mrówka Z, Kurczak Mały, Autka czy Tom & Jerry, śmieszne filmiki z Internetu, filmy fantasy, dużo anime, dużo porno, dokumenty przyrodnicze i materiały o samym bin Ladenie – reportaż CNN czy dokument Morgana Spurlocka (tak, człowiek, który wcześniej zrobił film o tym, że jedzenie w McDonald’s jest niezdrowe, następnie wyruszył na poszukiwania przywódcy Al-Kaidy). Każda z tych rzeczy może być zabawna na swój własny sposób, bo trudno nie odczuwać pokusy wyobrażenia sobie bin Ladena, który przyklaskuje przebiegłej myszy i śmieje się z głupiego kota, uosabiającego oczywiście Stany Zjednoczone, albo klepie się po udach, słysząc bzdurne sensacje na swój własny temat. Ale nie jestem tu po to, by uczłowieczać przywódcę Al-Kaidy.
Na dysku była jeszcze jedna rzecz, która szczególnie zafrapowała miłośników teorii spiskowych. Karta, na której były dwie wieże, do złudzenia przypominające WTC, jedna płonąca. I podpis: „Terrorist Nuke”. Karta jest częścią gry – i tu proszę sobie zanucić w głowie odpowiednio groźny motyw dźwiękowy – Illuminati: New World Order. Tak. Na dysku bin Ladena była karta z wybuchającym WTC.
O takich rzeczach mówi się, że DAJĄ DO MYŚLENIA.
Choć Robert Anton Wilson powiedziałby może raczej FNORD.
2
Był rok 1957. Dwóch niespełna dwudziestoletnich nerdów grało w kręgle gdzieś w Kalifornii. W pewnym momencie poszli do łazienki. Tam ich oczom ukazał się siedzący przy stole szympans, który oglądał święte obrazki. Powitał ich, wskazał na jedno z malowideł i wtedy doszło do objawienia. Przed chłopakami stanęła Eris z krwi i kości, grecka bogini chaosu i niezgody. Zaczęła przemawiać. Mówiła o tym, że porządek i chaos są nierozłączne, zasady to wymysł człowieka, a konsekwencją nadmiernego przywiązania do nich jest wyłącznie ludzkie cierpienie. A potem zniknęła, szympans też.
Tego wieczora 1957 roku gdzieś w Kalifornii dwóch chłopaków założyło religię. Nazywali się Kerry Thornley i Greg Hill, a religię nazwali dyskordianizmem.
Teraz coś ujawnię. Najprawdopodobniej nic takiego się nie wydarzyło. Thornley i Hill nie spotkali szympansa. Pewnie nawet nie objawiła im się Eris. Było to dwóch nerdów, którzy uwielbiali gadać o filozofii i polityce (a także science fiction i magazynie „Mad”). No i lubili wymyślać. Kerry dużo pisał, tym razem akurat pracował nad wierszem o porządku wyłaniającym się z chaosu. Odczytał go na głos, a Greg natychmiast skomentował. „Nie ma czegoś takiego jak porządek” – powiedział. – „Porządek to jest coś, co ludzki umysł projektuje na rzeczywistość”. I dodał, że Grecy mieli boginię chaosu.
Tą boginią była Eris (jej rzymski odpowiednik to właśnie Discordia). Najsłynniejsza opowieść o niej dotyczy jabłka. Eris napisała na nim „Kallisti”, czyli „dla najpiękniejszej” i wybrała się na wesele, na które nie została zaproszona. Chciała namieszać i czekała na dogodną chwilę – wtedy rzuciła owoc pod nogi Ateny, Afrodyty i Hery. Boginie natychmiast się o niego pokłóciły. Poprosiły Zeusa, by rozsądził, której z nich się należy. Ten przerzucił odpowiedzialność na Parysa; ten wybrał Afrodytę, a ta z wdzięczności obiecała mu kobietę – Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa. Parys porwał Helenę, a resztę znamy jako trwającą dekadę wojnę trojańską. Brawo, Eris!
Symbolem dyskordianizmu jest Święte Chao. Przypomina ono yin-yang, z tą różnicą, że zamiast kropek na jednej połówce znajduje się jabłko z napisem „kallisti”, a na drugiej pięciokąt. Pierwsze symbolizuje chaos, drugie porządek. Nieprzypadkowo wybrano akurat pięciokąt. Piątka jest dla dyskordian bardzo ważna. Chodzi o to, że jeśli zacznie się jej szukać, to nagle okazuje się, że jest wszędzie. Podobnie z liczbą 23. Burroughs potwierdzi.
Dyskordianizm był żartem z religii, jasne. Jego założyciele przybrali absurdalne przydomki: Malaklipsa Młodszy (Greg Hill) i Omar Khayyam Ravenhurst (Kerry Thornley). Wymyślili dyskordiańskie powitania: Hail Eris! i Hail Discordia! Postanowili, że zamiast DOGmatów będą mieć KOTmaty, relatywnie prawdziwe. „My, dyskordianie, musimy trzymać się osobno”, powiedział Hill, a to oznaczało decentralizację. Chcesz zostać dyskordianinem? Wystarczy, że się tak określisz. A może chcesz zostać dyskordiańskim papieżem lub papieżycą? Dobra wiadomość jest taka, że to miano też nadaje się sobie samodzielnie. W telegraficznym skrócie chodzi o brak hierarchii i swobodę myślenia; dyskordianizm opowiada się przeciwko dogmatyzmowi, iluzji obiektywizmu, konformizmowi i nadmiernej powadze. Najpopularniejszy bon mot na temat tego, czym jest dyskordianizm, mówi, że jest to żart przebrany za religię lub religia przebrana za żart. Ale może też jedno i drugie jednocześnie.
W 1965 roku opublikowana została święta księga pod tytułem Principia Discordia, czyli jak znalazłem boginię i co jej wtedy zrobiłem (tak, druga część tytułu jest raczej straszna). Jej autorem w dużej mierze jest Hill, ale każdy, kto w tamtym czasie miał związek z dyskordianami, dorzucił swoje trzy grosze. Pierwsze wydanie składało się zaledwie z pięciu egzemplarzy, które szybko zaczęły być powielane na ksero. Taka zresztą była intencja twórców – pełna i nieograniczona dostępność, więc to, że cały święty tekst można z łatwością znaleźć w internecie z pewnością by się im spodobało.
3
Ale najciekawsza jest historia o związkach dyskordianizmu z zabójstwem prezydenta Kennedy'ego.
Wracamy do Kerry'ego Thornleya. Krótko po objawieniu na kręgielni dołączył do Marines, gdzie spędził mniej więcej dwa lata. W wojsku poznał Lee Harvey'a Oswalda, szerzej znanego jako domniemany zabójca JFK. Historii o Oswaldzie z tamtego czasu jest całkiem sporo, a przede wszystkim mówi się o tym, że był on zafascynowany Rosją – językiem, kulturą, ustrojem. Do tego stopnia, że aż mówiono do niego Oswaldkowicz. Zresztą tuż po opuszczeniu armii przeprowadził się na kilka lat do ZSRR. Z kolei Thornley był zafascynowany Oswaldem – tak bardzo, że oparł na nim głównego bohatera swojej pierwszej powieści, osadzonej w realiach wojskowych The Idle Warriors. Thornley napisał ją jeszcze przed zamachem na JFK, trudno więc mówić o tym, że próbował się w jakiś sposób wypromować na tej znajomości. Zresztą książka i tak się wtedy nie ukazała, opublikowana została dopiero w latach dziewięćdziesiątych.
Końcówka lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych były dla Thornleya czasem filozoficznych poszukiwań. W 1959 roku skierowany został do bazy lotniczej Atsugi w Japonii, a potem do Manili, gdzie został na moment marksistą. Tłumaczył to tak: „Wcześniej czytałem, że około sześćdziesiąt procent ludzi na świecie jest niedożywionych, ale same statystyki nie robiły na mnie wrażenia. Dopiero widok człowieka wyglądającego jak szkielet obciągnięty płótnem, który szedł ulicą z wyrazem całkowitej paniki i rozpaczy w oczach, naprawdę do mnie przemówił”. Faza marksistowska trwała jednak tylko do momentu, gdy w ręce Thornleya wpadł Atlas zbuntowany Ayn Rand. Natychmiast przeszedł na leseferyzm i uznał, że rola państwa powinna być ograniczona do minimum. Za nim poszedł obiektywizm i libertarianizm, ze szczyptą stirnerowskiego anarchoegoizmu. To sprytny zestaw, jako że wszystkie te filozofie na pierwszym miejscu stawiają jednostkę. Zresztą tak samo jak dyskordianizm.
Po opuszczeniu wojska Thornley powrócił do rodzinnego Whittier w Kalifornii, gdzie znów rozkwitła jego przyjaźń z Gregiem Hillem. Spędzali razem kupę czasu, jak zwykle żartując i debatując o filozofii i polityce. Ale trzydziestotrzytysięcznemu miasteczku kończyła się cierpliwość. Gdy przyjaciele któregoś wieczora wpadli jak rozgadane tornado do domu rodziców Thorleya, ci natychmiast kazali im się zamknąć albo wyjść. Wybrali to drugie i przenieśli się do rodziców Hilla. Tam sytuacja się powtórzyła. Wyrzuceni, szlajali się po ulicach i dalej gadali, gdy zatrzymała ich policja. Dała im do zrozumienia, że po miasteczku nie wolno tak sobie chodzić bez celu, szczególnie w nocy. Jeśli ktoś chce tak robić, niech się tym zajmie gdzieś indziej, nie w Whittier w stanie Kalifornia. Wtedy właśnie przyjaciele zdecydowali o przeprowadzce i wkrótce przenieśli się do Nowego Orleanu. To był dobry wybór, bo w końcu udało im się zamienić małomiasteczkowość na kontrkulturowość. Traf chciał, że w tym samym czasie do tego miasta wprowadził się także Oswald.
W listopadzie 1963 roku Thornley był kelnerem w jednej z nowoorleańskich restauracji. Całkiem sobie cenił tę pracę, bo nie zajmowała mu za bardzo głowy i po powrocie do domu miał jeszcze zasoby, by pisać – to właśnie pisarstwo było dla niego najważniejszą życiową aktywnością. Dwudziestego drugiego listopada również spędził w pracy. To właśnie tam dotarła do niego informacja o zabójstwie Kennedy’ego. Jeden z kelnerów wrócił z przerwy na papierosa, podczas której dowiedział się od policjantów, że sprawca został złapany. Pamiętał, że to były żołnierz piechoty morskiej, który spędził trochę czasu w Rosji. Nie pamiętał tylko nazwiska. „To na pewno Lee Harvey Oswald” – powiedział Thornley. Nigdy nie umiał trzymać języka za zębami. No i właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęto podejrzewać, że miał coś wspólnego ze śmiercią JFK.
Pod koniec 1966 roku prokurator okręgowy Nowego Orleanu Jim Garrison wystartował z własnym śledztwem – sądził, że to niemożliwe, żeby Oswald działał sam, i chciał ujawnić stojący za nim spisek. W tym celu drobiazgowo badał życie zamachowca, między innymi czas spędzony przez niego w Marines. I tak właśnie trafił na Thornleya. A może było odwrotnie, może to Thornley do niego przyszedł – taką wersję wydarzeń przedstawia Robert Anton Wilson w książce Kosmiczny spust (tłum. Dariusz Misiuna). Początkowo Thornley miał być po prostu świadkiem i w takim charakterze był przesłuchiwany. Tyle że Garrison prędko uwierzył, że twórca dyskordianizmu był częścią spisku. Okazało się na przykład, że Thornley i Oswald nie tylko mieszkali w tym samym czasie w Nowym Orleanie, ale wręcz byli sąsiadami. Do tego Thornley znał kilka innych osób, które prokurator uznawał za część spisku. W pewnym momencie Garrison zaczął nawet wierzyć w to, że Oswald miał sobowtórów. Od początku 1963 roku krążyli oni po mieście i siali zamęt. Cel: przekonać wszystkich świadków o tym, że zabójca był jeden (lone gunman), a spisku nie było wcale. Jednym z domniemanych sobowtórów miał być właśnie Thornley, który – gdyby tylko zgolił brodę i ściął włosy – w pewnym sensie i przy dużym udziale dobrej woli mógłby zostać uznany za całkiem podobnego do Oswalda, powiedzmy, jak koń do osła albo zając do królika.
W 1968 roku Thornley był przesłuchiwany. Utrzymywał, że wszystkie rzekome dowody na to, że był częścią spisku, to tylko niefortunne zbiegi okoliczności. Garrison jednak nie odpuszczał i niespełna dwa tygodnie po przesłuchaniu oskarżył Thornleya o krzywoprzysięstwo – przecież mówił, że nie spotkał Oswalda od czasów wojska, a tymczasem ktoś zeznał, że widział ich razem w knajpie czy w kawiarni w 1963 roku.
Ludzie Garrisona niekoniecznie uważali, że Thornley ma z tym wszystkim coś wspólnego. Nie wszyscy z nich wierzyli też w teorię wielu Oswaldów. Mieli za to własne pomysły. Allan Chapman, jeden z współpracowników prokuratora, sądził na przykład, że za spiskiem stoją iluminaci bawarscy. Choć dziś może się nam wydawać, że przypisywanie iluminatom wpływu na losy świata to banał, w latach sześćdziesiątych miało to jednak smak nowości. I nie uszło uwadze dyskordian.
W 1967 roku, dwa lata po publikacji Principia Discordia, do środowiska dyskordian dołączył Robert Anton Wilson, wyznawca panagnostycyzmu. To taki agnostycyzm na sterydach, zgodnie z którym nie ma prawd absolutnych, wszystko należy podważyć i w każde dno zapukać od spodu. Tu nie mówi się, że coś jest prawdą, tylko raczej: „może być prawdą – sprawdźmy to”. Wilson w tamtym czasie pracował jako redaktor „Playboya”, gdzie odpowiadał za dział listów, i to właśnie dzięki niemu dyskordiańskie taktyki weszły do mainstreamu. Zaczęło się właśnie od tych iluminatów. Dyskordianie chcieli trochę namieszać, jednocześnie przekierowując uwagę prokuratora i spółki z Thornleya na cokolwiek innego – spisek iluminacji wydał im się szczególnie wdzięcznym tematem.
Operacja mindfuck (w polskim przekładzie „obciąganie mózgu”, więc może jednak zostańmy przy wersji oryginalnej) rozpoczęła się w 1968 roku i miała na celu sianie zamętu wokół teorii spiskowych przy wykorzystaniu iluminatów. Przypisywano im udział w najróżniejszych wydarzeniach z dziejów świata, a w ich szeregi wcielano rozmaite postaci. „Oskarżaliśmy wszystkich o bycie iluminatami: Nixona, Johnsona, Williama Buckleya Jr., samych siebie, najeźdźców z Marsa. Nie oszczędzaliśmy nikogo. Nie chodziło nam o zwykłe żarty. Była to część partyzantki ontologicznej” – pisał Wilson w Kosmicznym spuście. Praca w dziale korespondencji „Playboya” dodatkowo ułatwiała mu sianie zamętu – chętnie tworzył fikcyjną korespondencję o iluminatach i publikował obok siebie listy dotyczące dwóch wzajemnie podważających się teorii spiskowych. Kolejną sprawą było wysyłanie oficjalnie wyglądających listów, których nadawcami miało być bractwo iluminackie. Wystarczył papier z oficjalnie wyglądającym nagłówkiem, kilka pieczątek (dyskordianie kochali pieczątki!), odpowiednio groźna treść i już można było ślinić znaczek i wysyłać do gazet czy polityków. Byle się działo, byle namącić, byle ktoś pomyślał, że w tym wszystkim może tkwić ziarno prawdy. Co ciekawe, w międzyczasie iluminaci zaczęli się pojawiać także w artykułach, które nie były podrzucone przez dyskordian. Przypisywano im coraz to nowsze spiski, a krąg osób podejrzanych o bycie ich częścią wciąż się poszerzał. A operacja mindfuck udała się tak dobrze, że dziś trudno sobie wyobrazić konspiracyjny krajobraz bez oka w piramidzie.
Zwieńczeniem przedsięwzięcia była trylogia Iluminatus!, którą Wilson napisał w latach siedemdziesiątych wspólnie z kolegą z redakcji „Playboya”, Robertem Sheą. Na okładce polskiego wydania pierwszego tomu, Oka w piramidzie (opublikowanego w 1994 roku w przekładzie Katarzyny Karłowskiej), znajduje się blurb Timothy’ego Leary’ego: „Ważniejsza niż Ulisses czy Finnegans Wake. Prawdziwie odlotowa!”. O ile z pierwszym zdaniem można by polemizować, to faktycznie nie da się Illuminatusowi! odmówić odlotowości. Odwieczna walka Bractwa Iluminatów Bawarskich z dyskordianami, podwójni agenci, spiski CIA, seks, narkotyki i okultyzm, gadający morświn – polski przekład nie jest szczególnie precyzyjny), wszędzie liczba 23, do tego John Dillinger, Atlantyda, Lewiatan, UFO i naziści. W każdym razie jeśli ktoś wam mówi, że się w tej książce nie pogubił, to pewnie kłamie także w innych sprawach. Pamiętacie jeszcze o tej grze, którą znaleziono na dysku bin Ladena? Ona była adaptacją tej trylogii.
A co z tym Kennedym? Garrison w końcu odczepił się od Thornleya, ale – no cóż – ziarno paranoi zdążyło już wykiełkować w umyśle ojca dyskordianizmu. Nie pomagały ujawniające się u niego objawy psychotyczne, które wkrótce miały przerodzić się w schizofrenię, ani ciągłe palenie marihuany i branie kwasu. Ten, który dotychczas kpił ze spisków, nagle zaczął w nie wierzyć. W przedmowie do biografii Thornley’a, The Prankster and the Conspiracy Adama Gorightly’ego, Wilson opowiada o tym, jak pewnego razu Thornley oskarżył go w rozmowie telefonicznej o przyjazd do Atlanty, nakarmienie go LSD i ponowne wypranie mu mózgu z polecenia CIA. Gdy Wilson powiedział, że od miesięcy nie ruszał się z Los Angeles, Thornley powiedział: „Możesz w to wierzyć, ale to po prostu znaczy, że twoi szefowie z CIA wszczepili ci fałszywe wspomnienia”. „To może dam ci do telefonu moją żonę? Ona potwierdzi, że się nigdzie nie ruszałem”. „To żaden dowód. Jej też mogli coś zrobić z głową”.
W międzyczasie Thornley zaczął uważać, że większość jego kontrkulturowych znajomych w rzeczywistości należała do CIA, a on sam faktycznie mógł być w jakiś sposób powiązany z zabójstwem Kennedy’ego, na przykład jako zapasowy kozioł ofiarny, zaprogramowany jeszcze w wojsku, w wyniku tajnego programu MK-Ultra. Kolejną częścią układanki stały się nazistowskie eksperymenty eugeniczne, których efektem było stworzenie doskonalszej rasy ludzi. Jej przedstawicielami byli Thornley i Oswald, którego teraz uważał za brata. Rodziców – za część nazistowskiego spisku. Tak oto wszystko zaczęło się ze sobą łączyć. Już nie było przypadków.
4
„Eris jest prawdziwą boginią. Co więcej, jest pradawną boginią. Na początku uważałem siebie za kosmicznego klauna. Nazwałem się Malaklipsą Młodszym. Ale jeśli robisz coś takiego odpowiednio dobrze, to zaczyna działać. […] Zacząłem od tego, że wszyscy bogowie są tylko iluzją. Po czasie zrozumiałem jednak, że to od ciebie zależy, czy oni istnieją. Jeśli bierzesz boginię chaosu na poważnie, przeprowadzi cię ona przez równie głęboką i realną podróż metafizyczną, jak Jahwe. To będą różne podróże, ale obie będą transcendentalne. Eris jest rzeczywistą boginią o tyle, o ile bogowie są rzeczywiści; bogowie są rzeczywiści, kiedy decydujemy, że są” – tłumaczył Greg Hill pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy przekonał się już, że dyskordiański żart wymknął się spod kontroli.
Jeden ze słynniejszych happeningów nawiązujących do dyskordianizmu miał miejsce 1994 roku. Brytyjski duet The KLF, zainspirowany do połowy przeczytanym Iluminatusem!, udał się na szkocką wyspę Jura, by spalić tam milion funtów. Pieniądze były prawdziwe, spłonęły prawie wszystkie (oprócz tych, którym udało się odlecieć z wiatrem), a wydarzenie zostało sfilmowane. Zespół, pytany o to, dlaczego to zrobił, mówił, że nie ma pojęcia. Oczywiście wszystkich to bardzo denerwowało, bo jak się pali tyle pieniędzy, to wypada znać powód. A jeśli się go nie zna, to można te pieniądze, dajmy na to, komuś oddać. Ale czy duet faktycznie nie wiedział? To przecież bardzo dyskordiański gest.
Ale wpływy dyskordianizmu znaleźć można także w magii chaosu (która zaczęła się rozwijać pod koniec lat siedemdziesiątych, a obecnie jest w dużej mierze utożsamiana z internetową prawicą), praktykach culture jammingu – po obu stronach – a nawet w memach. A może zwłaszcza w memach, bo to dyskordianizm tak dobrze pokazał, że coś może być jednocześnie na serio i nie na serio – można jednocześnie i żartować, i mówić prawdę (śmieszne, bo prawdziwe). Dyskordiański jest trolling i shitposting, a także dezinformacja i spiskowe narracje, które stają się bardziej przekonujące niż rzeczywistość. „Wiesz, gdybym wcześniej wiedział, że to wszystko się sprawdzi, pewnie bym wybrał Wenus” – powiedział kiedyś Hill. Bo i faktycznie trudno sobie wyobrazić, że bogini miłości mogłaby tak namieszać.
W każdym razie, tak na wszelki wypadek: hail Eris!
*
Nie zmieściły mi się tu wszystkie rzeczy, o których tak bardzo chciałam opowiedzieć. Nie zająknęłam się choćby na temat tak ważnych dla Wilsona synchronicznościach (które podczas pracy nad tekstem przydarzały mi się zaskakująco często), nie powiedziałam, skąd w zasadzie wzięli się iluminaci, nie opowiedziałam o tym, jak dalej potoczyły się losy Hilla i Thornleya, nie wspomniałam o filmie JFK, Zenarchii czy istotach z Syriusza. Po resztę musicie sięgnąć do książek i podkastów.
Książki:
Robert Shea, Robert Anton Wilson, Oko w piramidzie, tłum. Katarzyna Karłowska, Dom Wydawniczy Rebis 1994.
Robert Shea, Robert Anton Wilson, Złote jabłko, tłum. Katarzyna Karłowska, Zysk i S-ka 1995.
Robert Shea, Robert Anton Wilson, Lewiatan, tłum. Teresa Tyszowiecka, Zysk i S-ka 1995.
Adam Gorightly, The Prankster and the Conspiracy, Paraview Press 2003.
Robert Anton Wilson, Kosmiczny spust, tłum. Dariusz Misiuna, Wydawnictwo Okultura 2005.
Kerry W. Thornley, Zenarchia, tłum. Dariusz Misiuna, Wydawnictwo Okultura 2007.
John Higgs, The KLF: Chaos, Magic and the Band Who Burned a Million Pounds, Weidenfeld & Nicolson 2013.
Podcasty:
Behind the Bastards, „Secrets of Osama Bin Laden's Hard Drive”, 2018.
Behind the Bastards, „Complete History of the Illuminati”, odc. 1–6, 2023.
Fundacja Panteon „Tunele rzeczywistości: jak umysł tworzy świat – Dariusz Misiuna”, 2025.




