top of page

Sainz Borgo, Chmiel - Między młotem a kowadłem

  • 26 kwi
  • 7 minut(y) czytania

fot. Matías Nieto
fot. Matías Nieto

[Literatura wenezuelska w czasie kryzysu: z Kariną Sainz Borgo rozmawia Eliasz Chmiel]



Eliasz Chmiel: Co jest gwiazdą przewodnią, która przyświeca ci podczas pisania?

 

Karina Sainz Borgo: Podobnie do Was, Polaków, pochodzę z kraju o bardzo silnej tradycji poetyckiej. Jednak kiedy miałam siedemnaście lat, zaczęły się w Wenezueli ogromne przemiany polityczne i zajęłam się dziennikarstwem. Moja relacja ze słowem pisanym ukształtowała mój sposób interpretacji tego, co działo się wokół mnie. Nie mogę oddzielić przemian politycznych miejsca, z którego pochodzę, od mojego sposobu postrzegania świata. Kiedy dwadzieścia lat temu wyemigrowałam do Hiszpanii, zabrałam ze sobą plecak cennych doświadczeń z mojego kraju, lecz to w Europie ukształtowałam się literacko. Literatura Europy Środkowej i Wschodniej pomogła mi zrozumieć wiele procesów politycznych i estetycznych. Moją powieść Trzeci kraj zaczęłam pisać pod wpływem wydarzeń z 2019 roku – bardzo trudnego czasu dla Wenezueli, kiedy nastąpił kryzys humanitarny i ogromna fala migracji. Byłam już wtedy za granicą, ale usłyszałam o trasie migrantów przechodzących z Wenezueli do Kolumbii w bardzo ciężkich warunkach. Dowiedziałam się o kobiecie z Kolumbii, Sonii Bermúdez, która prowadziła „nielegalny” cmentarz w Riohacha. „Nielegalny”, bo teren do niej nie należał — robiła to wyłącznie z własnego poczucia takiej powinności. Skontaktowałam się z nią, chciałam ją poznać i zrozumieć jej pracę. To był bardzo spartański cmentarz, nagrobki stawiała sama. Grzebała wielu ludzi, którzy umierali podczas przekraczania granicy pieszo. Już w mojej pierwszej powieści pisałam o migracjach i autorytaryzmie, ale tutaj chciałam dotknąć ludzkiego wymiaru tej historii. Spędziłam z Sonią Bermúdez kilka dni przy granicy po stronie kolumbijskiej. Spotkałam wielu Wenezuelczyków migrujących w grupach — chorujących, umierających po drodze, bez pieniędzy, idących dniami i nocami. Wstrząsający był widok dwóch niemowląt – o których piszę w Trzecim kraju – pochowanych w pudełku po butach. Mogłam napisać reportaż, ale ujrzałam w tej historii potężną metaforę rozpaczy. We „właścicielce” cmentarza ujrzałam Antygonę. Zdecydowałam, że muszę o tym opowiedzieć.

 

E.C.: W twojej powieści strefa graniczna wydaje się miejscem, gdzie przestają działać wszelkie zasady. Co cię w takich przestrzeniach interesuje?

 

K.S.B.: Granica to miejsce, gdzie ktoś chce przejść, a ktoś inny chce go zatrzymać. Nie jesteś tam w pełni panem swoich kroków. W powieści pojawia się zaraza, która odbiera ludziom wolę i zmusza ich do ucieczki. Może to być ustrój autorytarny, partyzanci, bojówki, prześladujące cię kartele narkotykowe. To coś, co zmusza cię do pieszej przeprawy przez granicę. To dlatego moja powieść nazywa się Trzeci kraj – granica to przestrzeń między tym, co się opuszcza, a tym, dokąd się dociera, rządząca się swymi własnymi zasadami. W regionie Karaibów, gdzie nie mamy czegoś tak cudownego jak strefa Schengen, granica jest z reguły brutalna. Rządzą nią bojówki i przestępczość zorganizowana. Przekraczanie granicy pieszo, zwłaszcza bez pieniędzy, oznacza skrajne warunki i podatność na zagrożenia. Wielu ludzi zginęło na granicach — jak ci, którzy próbowali przedostać się do USA przez Meksyk czy z Afryki do Hiszpanii. Morze Śródziemne to ogromny cmentarz. Mój ojciec jako małe dziecko uciekał pieszo z Barcelony do Francji w 1938 roku, bo moi dziadkowie byli republikanami w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Później trafili do Wenezueli. Przekraczanie granic zawsze było częścią życia mojej rodziny.

 


E.C.: Co znaczy dla ciebie zostać przetłumaczoną na polski?

 

K.S.B.: Polska jest dla mnie idealnym przykładem tego, jak często terytorium może się zmieniać w zależności od tego, kto kontroluje je politycznie. Conrad był Polakiem, ale urodził się na terenach dzisiejszej Ukrainy. Rozmawiamy teraz w Galicji, miejscu-–miksturze. Polska, poza tym, że sama w sobie jest wielką granicą, jest miejscem ciągłych zmian granic, najgłębszych rozdarć, wygnań i najbrutalniejszych okupacji wojskowych, gdzie jednostka zmieniała się całkowicie w zależności od narzuconego porządku politycznego. Jako jedno z miejsc, gdzie najlepiej rozumiana jest przemiana kulturowa i tożsamościowa, jest dla mnie czymś w rodzaju laboratorium, które pomaga mi zrozumieć własne doświadczenia. Poza tym Trzeci kraj zdobył Nagrodę Literacką im. Jana Michalskiego, która promuje różnorodność języków w literaturze światowej, ze szczególnym uwzględnieniem polskiego. Wydało mi się wręcz niezwykłe, że fundacja promująca polski nagradza powieść po hiszpańsku.

 

E.C.: Postać, która najbardziej mnie zaciekawiła, Visitación – poniekąd zbieżna z narratorem Dzieci północy Salmana Rushdiego, będącym alegorią Indii – rodzi się w 1959 roku, tak samo jak wenezuelska demokracja, i umiera w roku 2019 – roku, który w pewnym sensie wyznacza jej koniec. Czy jest to akt pogrzebania tamtej demokratycznej Wenezueli, która tak różniła się od teraźniejszej?

 

K.S.B.: To bardzo ciekawa interpretacja. Wenezuela to otwarta rana: stale ją grzebię i ekshumuję na nowo. Nie ma między nami pokoju. Postacią, która najbardziej uosabia Wenezuelę, jest jednak Angustias – ta, która straciła wszystko, która pozostaje tam, w kurzu drogi, bo właśnie tam pochowani są jej synowie. Visitación jest dla mnie głównie alegorią odwagi, Antygoną. To typ postaci, który przewijał się niemal na całej trasie migracyjnej Wenezuelczyków – po drugiej stronie granicy. Wśród kolumbijskich kobiet, które poświęcały się karmieniu i opiece nad migrantami, których przyjmowały, zaczął się dla mnie zarysowywać pewien powtarzalny wzorzec: „wzorzec Antygony”, będącej wielką alegorią nieposłuszeństwa, obywatelskiej odwagi i godności zmarłych.

 

E.C.: Niektórzy Wenezuelczycy postrzegają Donalda Trumpa jako ciemiężyciela, wroga, a inni, jako bohatera, który wybawił ojczyznę od reżimu Maduro. Gdybyś dzisiaj pisała Trzeci kraj, czy w twojej alegorycznej fikcji miałby on jakiekolwiek znaczenie? Jakiego rodzaju byłby postacią?

 

fot. Matías Nieto
fot. Matías Nieto

K.S.B.: Przypomina mi postać Jaira, czyli błazna. Jest postacią mroczną, wyrosłą z najbardziej prymitywnego populizmu. Nie jest żadnym zbawcą – to biznesmen bez żadnego moralnego autorytetu. Tak jak Jairo, Trump jest zdrajcą działającym dla własnych korzyści. Dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie: reżim Maduro był reżimem złodziejskim i zabójczym, a jednocześnie Trump jest postacią antydemokratyczną, działającą jedynie z pobudek ekonomicznych; zupełnie nie obchodzi go to, co dzieje się w Wenezueli. USA nie interweniują dla demokracji, tylko dla surowców. Nie byliśmy krajem idealnym, ale nie potrzebowaliśmy interwencji Mistera Danger. Stany Zjednoczone zawsze nas wykorzystywały i miały z nami relację o charakterze ekstrakcyjnym. Wenezuelczyk może czuć satysfakcję z pojmania Maduro, a jednocześnie być rabowanym i okradanym przez Trumpa, co jest jeszcze bardziej tragiczne – tkwimy w błędnym kole biedy i autorytaryzmu, które uniemożliwia nam rozwój jakiegokolwiek projektu obywatelskiego. Chciałabym, żeby Polacy nauczyli mnie, jak odbudowuje się rzeczy z ruin, jak społeczeństwo się rekonstruuje i odnawia, jak podnieść się z poczucia bycia odrzuconym gdziekolwiek się pójdzie.

 

E.C.: Jak w czasie kryzysu w Wenezueli funkcjonuje scena literacka, rynek wydawniczy, ruchy, czasopisma, festiwale, instytucje i cała infrastruktura literacka?

 

K.S.B.: Kultura wenezuelska zawsze była kulturą narodową. Istniało państwowe wydawnictwo, państwowe teatry, które zajmowały się upowszechnianiem kultury. Później kultura zaczęła przekształcać się w narzędzie propagandy. Wszystkie struktury kultury państwowej zostały wchłonięte przez hegemoniczny projekt polityczny Hugona Cháveza i jego rewolucję boliwariańską. Wydawnictwo Monte Ávila, które publikowało klasykę literatury światowej oraz literaturę narodową, stało się częścią projektu ideologicznego. Było tak źle zarządzane, że utraciliśmy prawa do części klasyków. Wcześniej całe pokolenia pisarzy nie musiały się martwić o publikację, bo miały państwowego wydawcę. Nagle pisarze znaleźli się na lodzie, pod okiem cenzury, prześladowani. Wenezuelscy artyści zaczęli tworzyć kanały alternatywne: bardzo ostrożne, kruche, ale niezwykle cenne. Nie przetrwa nic, co otwarcie sprzeciwia się reżimowi. Diaspora jednak podnosi znacznie wyraźniejsze głosy sprzeciwu.

 

E.C.: W Polsce mieliśmy bardzo rozwinięty aparat cenzury – instytucję dysponującą urzędnikami, którzy czytali poszczególne książki i wykreślali z nich słowa, zmieniali sens zdań, dopisywali całe fragmenty, aby dopasować je do ideologii partii i jej idei stworzenia „Nowego Człowieka”. Czy w Wenezueli istnieje aparat cenzury realizujący określony projekt „architektury umysłów”, „inżynierii dusz”, czy raczej mamy do czynienia ze zwykłym porzuceniem tej sfery przez państwo?

 

K.S.B.: Na początku istniał aparat cenzury, ale potem przeszło to w porzucenie i barbarzyństwo. Po prostu każda osoba, która kwestionuje reżim, jest prześladowana. Organizatorzy pewnego festiwalu filmowego umożliwili pokaz filmu krytycznego wobec władzy i wielu z nich zostało później oskarżonych o zdradę ojczyzny. Najstarsze media w kraju zostały zamknięte. Istnieje nagroda literacka Premio Rómulo Gallegos – niegdyś bardzo ważna, zdobył ją m. in. Mario Vargas Llosa. Została jednak upolityczniona i zamieniona w narzędzie propagandy. Dziś to parodia nagrody. Reżim przeszedł od cenzury do porzucenia, bo nie był zdolny do wytworzenia trwałej reinterpretacji historii. Symbolicznie coś tam przepisują – wynoszą na piedestał Simóna Bolívara, potem Hugona Cháveza – ale nie potrafią stworzyć nic trwałego. Utrzymują się dzięki terrorowi, nie mają żadnego intelektualnie lub ideologicznie solidnego projektu. To struktura pasożytnicza, nastawiona na eksploatację. Powstała, by zabezpieczyć własne interesy – stąd boliwariańska oligarchia, która niczego już nie buduje. Nie ma żadnego „Nowego Człowieka”, oni go nie chcą.

 

E.C.: Według niektórych krytyków twoja twórczość wpisuje się w nurt gotyku latynoamerykańskiego, ponieważ intensywnie eksplorujesz temat przemocy i grozy. Intensywność kreowanych przez ciebie obrazów rzeczywiście przypomina mi poniekąd powieść Moniki Ojedy, która przynależy do tego nurtu literackiego – Elektrycznych szamanów na święcie słońca (Chamanes eléctricos en la fiesta del sol). Czy można jednak bezsprzecznie utożsamiać cię z tą kategorią?

 

K.S.B.: Przemoc jest moją obsesją, bo nie potrafię przestać patrzeć na świat przez jej pryzmat. Dorastałam w miejscu, w którym przemoc była czymś niemalże naturalnym, a później została wręcz zinstytucjonalizowana. W jednej z naszych rozmów Mónica Ojeda wyznała mi, że bardzo ją to naznaczyło, „gdy po raz pierwszy ujrzała kogoś bez głowy”. Kiedy natknęła się na ciało bez głowy w przestrzeni publicznej i zobaczyła je w pełnej krasie. Naznaczyły ją kartele narkotykowe. Ze mną było tak samo. Moja obsesja jest pokłosiem dorastania w miejscu, gdzie zabijanie ludzi – czy to w wyniku pospolitej przestępczości, czy przemocy politycznej – było normalne. To dlatego w mojej powieści przemoc obecna jest na wszystkich poziomach. Ewidentnie istnieje pokolenie pisarek takich jak Mariana Enriquez, Samanta Schweblin, Mónica Ojeda, María Fernanda Ampuero, których natura, mówię to z ogromnym szacunkiem, jest głęboko przesiąknięta przemocą. Naszym wspólnym mianownikiem jest spustoszenie. Ale ja nie czuję się częścią gotyku. Ja uprawiam „realizm tragiczny”. Moje opowieści są hiperrealistyczne, nie bawię się ani w legendy, ani w grozę.

 

E.C.: Jakie autorki lub jakich autorów z Wenezueli poleciłabyś Polakom? Mam na myśli zarówno klasykę, jak i literaturę współczesną.

 

K.S.B.: Elisę Lerner, która pochodzi stąd, z polskiej Galicji, i zmarła rok temu. We wczesnej młodości wyemigrowała z rodziną do Wenezueli i stała się wykwintną ikoną wenezuelskiej literatury. Nic jej autorstwa nie zostało przetłumaczone na polski, mimo że ma przepiękne książki. Jeśli chodzi o klasyków, mam dwóch: Guillermo Ramos Sucre, poeta z XX wieku, „poeta światła”, oraz oczywiście Rómulo Gallegos, którego utwory to prawdziwe arcydzieła.


ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page