Na sztorc o schronisku dla zwierząt i nie tylko – rozmowa z Krzysztofem Grześkowem
- 2 dni temu
- 11 minut(y) czytania

Przeczytawszy hasło numeru – „Na sztorc” – miałam przed oczami kij w mrowisku, gest wskazywania i upierania się przy swoim. Być „na sztorc” to znaczy wejść w opozycję, a przynajmniej pochylić się nad tym, co niepopularne, i o tym mówić.
Podobno zwierzęta są popularne – słodkie filmiki z nimi przesuwamy palcem w nieskończoność, zimą przygarniamy je na noc ze schronisk. A jednak, gdy w grę wchodzi systemowa pomoc – wymagająca pieniędzy, infrastruktury i miejsca w przestrzeni publicznej – szybko okazuje się ona kłopotliwa, niechciana. Najlepiej, żeby ktoś „inny” się tym zajął.
Wychodząc od tej sprzeczności, rozmawiam z Agnieszką Wolny-Hamkało o książce Można tu gwizdać – zilustrowanej przez Antka Wajdę opowieści o miejskich zwierzętach, powstałej na zamówienie Ekostraży. Dochód z jej sprzedaży wspiera działania organizacji.
Równolegle do premiery książki, w Wałbrzychu powstało nowe schronisko dla zwierząt zaprojektowane przez pracownię Rewizja. Grupa Projektowa. O pracy nad tym projektem, protestach mieszkańców i odpowiedzialności architekta rozmawiam z Krzysztofem Grześkowem, założycielem studia. Przy okazji opowiada on też o innym, długofalowym działaniu, które okazuje się istotne dla zrozumienia jego praktyki i decyzji projektowych.
Magdalena Basak: Jesteś architektem czy kierownikiem budowy?
Krzysztof Grześków: Architektem. Ale z biegiem lat coraz więcej przyjemności sprawiała mi realność tworzenia i biegam z młotkiem, skuwam tynki z chłopakami na budowie. Dużo czasu tak spędzam w Lubomierzu. W Rewizji działamy tak na styku właśnie wykonawstwa, nadzorów i projektowania.
Zauważyłem, że architekci często rysują i są tak bardzo odrealnieni, nie chodzi o pracę fizyczną samą w sobie, tylko o ten kontakt z pracownikami, którzy tam są na miejscu. Staram się zminimalizować ten dystans. I chyba to się ludziom podoba, bo na brak zleceń nie narzekamy. Gdy coś narysujemy, to zazwyczaj powstaje. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale doprowadzamy tę inwestycję do końca.
MB: Wspomniałeś o Lubomierzu. To dla Ciebie szczególne miejsce. Ostatnio nawet stworzyliście grę-makietę „Zrób swój Lubomierz”.
KG: No dobra, ale opowiem w skrócie, bo na całość musielibyśmy się umówić na wino. W 2013 albo 2014 wygraliśmy przetarg na płytę rynku w Lubomierzu. Zrobiliśmy ją, ale szybko okazało się, że nie da się działać punktowo. Jedna decyzja pociąga kolejne – od anten i stolarki po detale architektoniczne. Zrozumieliśmy, że trzeba myśleć o mieście całościowo.
Lubomierz jest malutki, więc pomyśleliśmy, że może stać się naszym długofalowym projektem – właściwie na życie. Z czasem zobaczyliśmy, że rewitalizacja to nie tylko remonty, ale też działania społeczne i kulturalne, które odbudowują wiarę w miejsce. Bo mam poczucie, że wielu ludzi w to miasto nie wierzy, a ono jest naprawdę wyjątkowe.
Ta gra–makieta „Zrób swój Lubomierz” powstała właśnie po to, żeby odbudować je nie tylko fizycznie, ale też w głowach. A my często działamy tam na granicy opłacalności – pomagamy gminie zdobywać fundusze na kolejne inwestycje, a inne projekty pozwalają nam finansować naszą pracę dla Lubomierza.

MB: Słyszę w Twojej historii więcej niż architekturę. Zwracasz uwagę na tkankę historyczną i użytkowników. W końcu jedno bez drugiego nie ma sensu, to ekosystem.
KG: Fajnie, że tak mówisz – coraz więcej osób zaczyna na to patrzeć w ten sposób. W maju planujemy działania edukacyjne wokół Lubomierza i chcemy pokazać, jak można podchodzić do rewitalizacji kompleksowo i z wrażliwością.
Ale nie zawsze tak było. Na początku przyjeżdżałem do Lubomierza jako „miastowy” z przekonaniem, że wiem lepiej. Szybko się okazało, że mieszkańcy mają swoje racje i doświadczenia. Popełniliśmy sporo błędów, ale też dużo naprawiliśmy.
To proces, w którym spotykają się różne interesy społeczne i polityczne. Nie da się zrewitalizować miasta od razu ani samymi pieniędzmi. Ludzie muszą to poczuć i się zaangażować. I z perspektywy czasu widzę, że dużo się udało.
MB: Wydaje mi się, że pracując w Lubomierzu wiele się nauczyłeś i to widać w kolejnych projektach. Widziałam Twoją nową realizację w Bolesławcu, to bardzo eleganckie wpasowanie plomby w małym miasteczku.
KG: Dziękuję. Za każdym z tych projektów jest taka długa historia, o której mógłbym Ci tyle opowiadać.
MB: Ale to są obiekty dla ludzi, a zająłeś się też obiektem dla zwierząt w Wałbrzychu.
KG: Dla zwierząt i ludzi, bym powiedział. Nie chciałbym tego inaczej rozgraniczać. Cały czas mam takie wrażenie, że oczekujesz tego, że my zaprojektujemy coś przez oczy psów albo kotów, tego jak one widzą schronisko, ale to jest troszeczkę inna bajka. W tym obiekcie musi być dobrze ludziom, tzn. ten obiekt musi być ekonomiczny, dobrze osadzony w kontekście i tani, a to wszystko się rozgrywało podczas procesu budowy.
MB: Tani w utrzymaniu czy w budowie?
KG: Tani w utrzymaniu i tani w budowie, bo to jednak jest obciążenie całkiem spore dla gminy. Wiadomo, że jak przychodzi wykonawca, to on naciska na to, żeby jak najwięcej pieniędzy zarobić, a to jednak są pieniądze publiczne i tu jest ta wielowątkowa kwestia roli architekta. To musi być osoba znająca się trochę na wszystkim, żeby ten projekt w racjonalny sposób zrealizować, chociaż nigdy nie będzie to sposób idealny. Nie lubię, jak architekci projektują obiekty publiczne bez ograniczeń budżetowych w dużych miastach i tylko dla elit. To nie powinno wyglądać w ten sposób, bo na tym ktoś cierpi. Wówczas te pieniądze nie trafią w inne miejsce i gdzieś nie będzie wodociągów, nie będzie kanalizacji…
MB: To zwierzątek nie było?
KG: Jak z tym procesem w Lubomierzu, uczyłem się w praktyce. W domu rodzinnym mieliśmy psa, ale moja pierwsza naprawdę bliska relacja ze zwierzęciem zaczęła się dopiero w 2018. Byłem już dorosłym człowiekiem i w moim życiu pojawił się Adam.
Na początku było słodko – jeździł ze mną wszędzie. Potem zrobił się z niego żywioł, więc zaczęła się nauka: szkolenia, spacery, praca nad relacją. I to dużo zmieniło – zrozumiałem, że to nie tylko ja coś daję, ale też muszę w to włożyć swój czas, emocje i uwagę. Dzięki temu inaczej zacząłem myśleć o relacjach ze zwierzętami.
MB: I to przez Adama pojawiło się schronisko?
KG: Nie polowaliśmy na schronisko. Przez pierwsze lata robiliśmy to, co większość biur – projekty, które zlecali klienci. Z czasem zobaczyliśmy, że to powtarzalne schematy, gdzie liczą się głównie metry i koszty. Przy jednym z projektów – hotelu – zaczęliśmy rozmawiać z użytkownikami. To było ważne doświadczenie, bo usłyszeliśmy o realnych potrzebach, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Po zleceniu dla KGHM był zastój, więc zaczęliśmy szukać przetargów publicznych. Trafiliśmy na schronisko – projekt z ograniczonym budżetem. Adam był gdzieś w tle i ta myśl, że fajnie byłoby zrobić coś dobrego dla zwierząt. Złożyliśmy ofertę, wygraliśmy i tak zaczęła się ta współpraca.

MB: Czyli do projektu schroniska zaprowadziła Was sytuacja na rynku i Twoja relacja z Adamem. Z tymi zwierzętami, to trochę Cię prowokuję. Przed rozmową myślałam o tym, że schronisko ma trzy główne typy użytkowników: zwierzęta, osoby pracujące i osoby odwiedzające. Jak rozkładało się Wasze myślenie o nich w trakcie pracy nad projektem, mieliście BIG IDEA?
KG: Wydaje mi się, że zwierzęta nie mają wygórowanych wymagań – poza podstawowymi potrzebują bliskości i czułości. Muszą mieć cicho, ciepło, jedzenie i trochę wolności. Ale działamy w konkretnym systemie, z ograniczonymi środkami. Dostajemy pewne „klocki” i z nich musimy zbudować coś możliwie dobrego. Nie możemy wszystkiego zaprojektować od zera. I może nawet nie o to chodzi. Sama idea schroniska nie jest idealna – to raczej efekt tego, że jako ludzie doprowadzamy do sytuacji, w której one są potrzebne.
W praktyce trudno oddzielić potrzeby zwierząt od potrzeb ludzi. Jeśli schronisko nie ma pieniędzy na ogrzewanie – zwierzętom będzie zimno. Jeśli wydaje za dużo na eksploatację, np. wentylację – zabraknie na karmę. To wszystko są publiczne pieniądze, więc ekonomia była dla nas istotna. Z drugiej strony, jeśli nie zadbamy o komfort ludzi – pracowników i odwiedzających – to też odbije się na zwierzętach. Gdy będzie śmierdziało albo będzie nieprzyjemnie, ludzie nie będą chcieli tam przychodzić, a tym samym trudniej będzie o adopcje.
To są naczynia połączone. Architektura – światło, wentylacja, materiały – wpływa na samopoczucie ludzi, a ich zachowanie bezpośrednio przekłada się na los zwierząt. Dlatego ważne było dla nas, żeby w tym miejscu dobrze czuli się wszyscy użytkownicy.
MB: Czyli Waszym głównym założeniem było myślenie o przyszłości schroniska i zabezpieczenie ograniczonych zasobów już na etapie projektu.
KG: Tak, ale inwestycje publiczne, prawo zamówień publicznych, którym rządzi najniższa cena. Ten temat jest nieprzepracowany. Popatrz na deweloperów, jak budują mieszkania, jak budują wielorodzinki. Tam jest wszystko dopracowane, te schematy metr w tę, metr w tamtą, to jest każde 10, 15, 20 tysięcy w dół, w górę i tak dalej. Schronisko jest... Moim zdaniem w Polsce nieprzepracowane i nie zdajemy sobie sprawy z tego, czego potrzebujemy. Przy pracy nad schroniskiem w Wałbrzychu zrobiliśmy research, rozmawialiśmy z kierownikiem obecnego schroniska, którego stan był dramatyczny. Zwierzęta cały czas na zewnątrz ogrzewali kocami, brak karmy, brak kanalizacji.
MB: Przypuszczam, że miejsce, które wspominasz nie zostało zaprojektowane jako schronisko, tylko przeznaczono na nie budynek o innym zastosowaniu?
KG: Nie był. To prowizoryczne konstrukcje z blachy przypominające szałasy. Najważniejszym dla nas było zrozumienie potrzeb, bo sam inwestor nie do końca je znał. Zamówił u nas obiekt 3000-4000 m2. Po obejrzeniu schroniska w Wałbrzychu policzyliśmy powierzchnię boksów. Wzięliśmy to pod uwagę przy projektowaniu. Wyobraź sobie, że powierzchnia zmniejszyła się o połowę – do półtora tysiąca metrów kwadratowych, co jest wciąż dużą powierzchnią dla schroniska.

MB: Czyli inwestor przeszacował powierzchnię…
KG: Inwestor przeszacował. Jednak zmniejszenie tego szacunku nie mogło obniżyć kosztów. Możemy mówić, że wybudujemy trzy tysiące za dziesięć milionów, ale to schronisko w obecnej formie powinno dwanaście milionów kosztować. Więc redukcja była potrzebna, żeby w ogóle można było za pieniądze inwestora wybudować to schronisko. Zrozumienie, jakiej wielkości obiektu potrzebujemy zajęło nam 2-3 spotkania. Później pojawiły się zagadnienia związane z urbanistyką i przyjaznością samej bryły.
Półtora tysiąca metrów to nie jest wielka hala, ale też nie jest to przyjazny obiekt dla człowieka i pewnie dla zwierząt. Postanowiliśmy te półtora tysiąca metrów rozbić na trzy bryły, żeby uzyskać przyjazną człowiekowi skalę. Lubię, gdy można podejść do budynku i podnosząc rękę dotknąć okapu. Czuję się wówczas bezpiecznie. I nie wiem znowu czy zwierzęta odczuwają to w podobny sposób. Człowiekowi służy ta skala. Oprócz tego ograniczenie kubatury pozwoliło też zmniejszyć koszty eksploatacji.
Kolejną kwestią było naturalne doświetlenie komunikacji. Zaczynając projekt, pojeździliśmy po schroniskach, też tych nowo wybudowanych. Napotykaliśmy podobne problemy: wysokie koszty utrzymania budynku i ciemne, długie korytarze prowadzące do boksów. Wentylacja niby zaprojektowana, bo na papierze to było. I to znowu jakiś brak rozsądku w wydawaniu pieniędzy publicznych. Spotkaliśmy się z rekuperacją, czyli z nawiewaniem z powrotem ciepłego powietrza, ale te centrale muszą chodzić. A później ktoś musi za ten prąd płacić, żeby to wszystko działało. Kończyło się tym, że centrale były po prostu wyłączone. Czyli mieli ciemne korytarze, długie i smród, bo nie mieli pieniędzy na opłacenie prądu do wentylacji. Wiedzieliśmy, że chcemy, żeby zapewnić dobrą tanią w utrzymaniu wentylację i światło dzienne.
MB: Udało się?
KG: Jestem z tego mega dumny, bo udało się to rozwiązać jednym gestem, czyli układem bazylikowym, układem trójnawowym. Korytarz jest wyższy pośrodku, a na przewyższeniu ma otwierane okienka, które doświetlają całą komunikację. Boczne nawy są dla zwierząt.
Na pierwszym szkicu, który zrobiłem, prezentowałem człowieka idącego środkiem korytarza, a obok były mniejsze nawy, w których mieszkały mniejsze zwierzaczki. I to mi pasowało do ergonomii. I pomyślałem, że to jest ten kierunek. Rozwiązujemy jednym przekrojem wentylację i doświetlenie. Więc ten trójnawowy, bazylikowy układ zdominował całe to założenie schroniska.
MB: A z jakich materiałów korzystaliście?
KG: Gdybyś pojechała do schroniska, to zobaczysz głównie klinkier, bo chcieliśmy zaznaczyć postindustrialny klimat. Materiały musiały być odporne, na co naciskał kierownik schroniska. Potrzebne były łatwe w czyszczeniu i odporne na psi mocz, który jest mocno żrący. Schronisko ma być trwałe i wyglądać schludnie za kilka lat, a nie tylko na sesji podczas otwarcia. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to założenie udało nam się zrealizować, to tylko czas potrafi zweryfikować. Fajne jest to, że dalej jestem w kontakcie z inwestorem pomimo nieporozumień. Na koniec inwestycji przygotowałem listę poprawek i powiedziałem, że nie podpiszę dokumentów, dopóki tego nie naprawią. Miałem poczucie, że to olewali i cały czas odczuwałem naciski, bo tutaj ktoś ma przyjechać, bo będzie otwarcie – politycy i tak dalej. Większości z tych poprawek nie zrealizowali, z czego ja jako architekt pod względem estetycznym jestem niezadowolony, ale znowu musimy patrzeć na to przez pryzmat całości. Zależało mi, żeby ta inwestycja została zakończona. W innym przypadku psy kolejny rok musiałyby się męczyć w dramatycznych warunkach starego schroniska. Tak więc trzeba gdzieś to wypośrodkować. Spoko – architekt jest niezadowolony, ale pieski mają ciepło i mają tę wolność.
MB: Opowiesz trochę o przestrzeni?
KG: Wzdłuż głównej nawy, którą chodzi człowiek, mamy dwie nawy boczne, które przenikają się na boksy zewnętrzne i wewnętrzne. Mieszkające w nich zwierzęta mają swobodę wychodzenia na zewnątrz w obrębie boksu.
MB: A ta przestrzeń między budynkami?
KG: To są wybiegi, na które osoby obsługujące schronisko mogą wyprowadzić zwierzęta na dużo większe wybiegi, które mają nawierzchnię trawiastą z geokratą. Beton nie, bo jest mało eko, wody nie przepuszcza i się nagrzewa, ale musimy pamiętać, że psy są jak dziki. Gdy się dorwą do trawy, to kopią te tunele gdziekolwiek. Kolejne szyby w Wałbrzychu mogłyby powstać. Dlatego pojawiła się geokrata. Jest ta główna oś, którą można przejść przez trzy wybiegi, które mają parędziesiąt metrów, a nie paręnaście, jak boksy. Obok schroniska jest też lasek, do którego osoby odwiedzające mogą zabierać zwierzęta na spacery, a przynajmniej mam nadzieję, że to założenie będzie realizowane.

MB: Jakie było największe wyzwanie? Wspominałeś o jakichś petycjach mieszkańców?
KG: Nie tylko petycje. Ci ludzie mieli na tyle chęci i możliwości, że pisali skargi, do samorządowego kolegium odwoławczego SKO i protestowali.
Urbanistyka, architektura, materiały, zwierzęta to jest łatwe w zrozumieniu, bo to są takie klocki, które jak sobie gdzieś tam siądziemy i pogadamy to możemy poukładać funkcjonalnie. Ale sam proces… jest wieloaspektowy i tak jak mówiłem, że architekt musi być człowiekiem renesansu – nie tylko od estetyki, urbanistyki, ale też od konstrukcji, fizyki czy chemii, bo jak mocz żre, to musimy dobierać odpowiednie materiały, żeby to przetrwało. Musi zrozumieć też właśnie te sprawy instalacyjne, sanitarne, bo to wszystko ma wpływ na wygląd budynku. Musi zrozumieć geologię, bo na przykład w Wałbrzychu okazało się, że mimo wcześniejszych odwiertów przy posadowieniu wyszło dużo więcej skały, że ciężko kopać i tak dalej. Musi też zrozumieć ekonomię, bo ten proces, to jest naprawdę taka... trzeba mieć twardą dupę, żeby z tymi wszystkimi dużymi graczami dużymi firmami, dużymi inwestycjami, dużymi pieniędzmi w ogóle rozmawiać. Co chwilę dostaje się jakieś pismo: odkryliśmy skałę – bania więcej. Bania więcej, więc inwestor mówi – no to architekt zjebał, czyli on musi zapłacić. Ta sytuacja mnie bardzo stresowała.
Na koniec, co jest najtrudniejsze, architekt musi zrozumieć innych i ogarnąć tę sytuację.
Zacznijmy od tego, że miasto zleca projekt. Jesteśmy po 7 miesiącach pracy, doszliśmy do tych wszystkich pięknych wniosków, o których opowiadałem i żeby wybudować ten projekt, my – jako architekci – musimy wystąpić o warunki zabudowy. Osobą czy jednostką wydającą te warunki zabudowy jest też miasto, czyli sam zlecający. Po miesiącach pracy składamy wniosek o warunki zabudowy, ale ludzie protestują ze względu na to, że kilometr od ich domów będzie schronisko. Miasto nam nie wydaje warunków zabudowy. I myślę sobie: może mają rację – psy szczekają… ale kilometr to jednak dużo. Robimy analizy akustyczne. Potem pojawił się argument, że będzie śmierdziało, ale kilometr dalej? Dochodzi do jakichś absurdów. Pojawiły się argumenty, że te wszystkie „smrody i hałasy” obniżą wartość ich nieruchomości. Czyli ludzie boją się o ten wymarzony dom, na który tak ciężko budowali, brali kredyty. I po prostu popadają w jakąś psychozę, mówiąc: nie chcemy schroniska, bo może nam to zaszkodzić albo tak na wszelki wypadek, bo nic nam to nie zaszkodzi protestować, a w sumie co nam to da, że w okolicy pojawi się schronisko.
Dopiero interwencja miasta nasze odwołania do SKO, współpraca z prawniczką i dopiero udało się uzyskać prawomocną decyzję o warunkach zabudowy. Ale wyobraź sobie, jak stresująca to była dla nas sytuacja, że my pracujemy i nie możemy sobie zapłacić za tę pracę, bo to zazwyczaj jest fakturowanie na koniec. Chcemy zrobić coś dobrego, a tu zawsze jest coś nie tak.
MB: No to brzmi też trochę jakby miasto nie wykonało swojej pracy wcześniej, chyba najpierw powinni to skonsultować z mieszkańcami?
KG: Wydaje mi się, że ogólnie brakowało w całym procesie zrobienia koncepcji architektonicznej, która jest tak często bagatelizowana. A to jest najważniejsza faza projektowania, która pozwala, np. zrozumieć jakiej powierzchni schroniska potrzebuje. No i brakowało warunków zabudowy. Gdyby to było zrobione wcześniej: konsultacje społeczne, zapewnione warunki zabudowy i koncepcja (za którą architekt dostaje wynagrodzenie, bo jednak zaangażował się), to wtedy łatwiej by było wykonać ten projekt.
Podejście jest takie: po co nam koncepcja – możemy to wszystko w jednym etapie, po co dwa razy płacić za dokumentację – pewnie architekt weźmie i za koncepcję, i za warunki zabudowy, i później za projekt. Z drugiej strony można trochę zrozumieć inwestora. Ale świata nie zbawimy. I byłbym w stanie zaakceptować całą tę sytuację, gdyby nie ci ludzie, którzy tak bardzo protestowali przeciwko samej inwestycji.
MB: A to jakoś wpłynęło na twoje postrzeganie tego, jak ludzie widzą zwierzęta w społeczeństwie? Albo masz w ogóle jakąś taką refleksję?
KG: Cały czas wierzę, że ludzie są dobrzy, że kochają zwierzęta i że będzie wszystko super. Tylko chciałbym ich zrozumieć. Łatwo jest krytykować, mówić: oni nie lubią psów. A to zachowanie wynika pewnie z trudnego życia, z ekonomii, z tego, że opiekują się swoimi domami.
Każdy mówi, jak bardzo kocha zwierzęta. Tylko jak przychodzi co do czego, jak trzeba wydać złotówkę, zaangażować się, pomóc uratować, zawieść, to już nagle pojawiają się ważniejsze sprawy, pieniądze itd. Ale ja nie mówiłbym, że ludzie mają w nosie zwierzęta, bo to znowu jest... Sorry, że ci nie daję jakichś konkretnych odpowiedzi, ale to nie ma konkretnych odpowiedzi. Wydaje mi się, że nie ma. Zawsze wszystko jest szare.




