Justyna Hrycyk - dwa opowiadania
- 8 godzin temu
- 3 minut(y) czytania

Pola za fabryką cukru
Miałyśmy kolegów; to oni znali drogę, odbierali nas spod szkoły i częstowali camelami. Podciągałyśmy nasze bluzki, wiązałyśmy je tak, by eksponowały pępki pośrodku czternastoletnich brzuchów. Zerkali na nas z góry, uśmiechali się pod nosem, czasami brali od którejś plecak lub torbę – to był sygnał, gest możliwości. Zatrzymywaliśmy się pod sklepem, my siadałyśmy na murku, oni dopalali pety i wchodzili do środka. Machałyśmy gołymi nogami, żułyśmy gumę, poprawiałyśmy błyszczyk, nawijałyśmy na palce włosy. Oni wychodzili. Dumnie prezentowali plastikowe torby wypełnione kolorowymi butelkami.
Wchodziliśmy w pole.
Była tam brama, kiedyś zielona, teraz spalona słońcem, szorstka i wypłowiała. Kawałki farby zostawały na dłoni, odsłaniając rudobrązową prawdę. Miałyśmy przejebane. Ktoś odkręcał wódkę, pociągał łyk, podawał dalej. Śmiałyśmy się i piłyśmy, chciwie. Bramę należało unieść. Był tam dół i próg, który ją blokował.
Potem wąska droga. Sucha, musieliśmy iść po kolei, gęsiego. Gałęzie głogu rosły nisko, schylaliśmy się więc, padaliśmy na kolana, krzyczeliśmy „kurwa” i „chuj”, braliśmy łyk wódki za każdą szramę na szyi czy policzku. Ubrania nasiąkały potem, włosy stawały się sztywne od kurzu. Otrzepywaliśmy dłonie. Robiło się ciepło, rozluźniałyśmy się, chwytałyśmy źdźbła traw i zrywałyśmy je w drodze. „Kogucik czy kurka?”
Śmiali się, czochrali nas po głowach.
Chciałyśmy iść dalej.
Udeptana ziemia, na niej kamienny krąg, obok kanapa z wypaloną pośrodku dziurą. Sprężyny pnące się ku niebu, rdza złażąca z nich na materiał. Obok rozjebany fotel, sterta kartonów, stolik z powyłamywanymi nogami, czyli deska, na której można było siedzieć, leżeć lub stać. Na której można było robić rzeczy.
Sterta popiołu, na górze garnek, czerwony.
Dźwięk łokcia uderzającego o dno butelki.
Nothing Else Matters puszczane z telefonu, nokii lub motorolli.
Słońce w zenicie czerwieniące nosy, alkohol czerwieniący twarze.
Ciała, coś pomiędzy.
Gorąca ochota i lęk.
Ścieżka wydeptana do budynku, on był celem.
Coś słodkiego i brudnego, strach, że już zawsze będzie jak teraz, przerażenie na myśl o tym, że mogłoby być jakkolwiek inaczej.
Pustostan z kameleonem nad Odrą
Należało przejść most kolejowy, wspiąć się po stromym, ziemistym zboczu, spalonym na wiór, osiadającym na spoconych łydkach. Potem zbiec, analogicznie, w dół, po drugiej stronie. Miałam spuchniętą kostkę i kulałam, pamiętam. Stawiałam stopę na zewnętrznej krawędzi podbicia, skierowaną do wewnątrz, tak mniej bolało. Nie było to dla mnie dobre. Nie było też wygodne ani ładne, wtedy ani nigdy później. Obcierał mnie but, piasek wpadał między rozgrzaną skórę a materiał. Rosnący obrzęk powoli odcinał dopływ krwi; układałam stopę na torach, owijałam kostkę bandaną, poluzowywałam sznurówki. Prostowałam się, pociągałam łyk piwa i puszczałam się, pędem przed siebie.
W murze była dziura. Żeby przez nią przejść, należało najpierw ją znaleźć. Kto wiedział, ten wiedział. Kto nie wiedział, musiał znaleźć kogoś, kto wie. My wiedziałyśmy. Nie wiem skąd, faktem jednak było, że lubiłyśmy wpadać i może z tego powodu przyciągały nas otwory i rozdarcia. Na dobrą sprawę chodziło nam jedynie o to, by sięgnąć dna, ruch postępowy był pretekstem. Nie istniała druga strona medalu, bo nie istniał żaden medal. Istniała jednak druga strona rzeczy. Rzeczy istniały. Rzeczy rozpadały się, traciły na wartości, traciły na znaczeniu. Czarne, zapadające się w sobie gwiazdy, ich antytezy.
Lepiej było zniszczyć rzecz, niż pozwolić jej po prostu zniknąć, bez szans na doświadczenie, choć przez moment, jej negatywu.
Po przekroczeniu dziury należało przedrzeć się jeszcze przez pięć metrów krzaków. Zaczynało śmierdzieć. Ggnijące owoce, mocz i kał, rozgrzany asfalt, piwo. Brnęłyśmy dalej, dzika róża z pokrzywą głaskały pokrytą pyłem skórę. Gdy oblizywałam wargi, między zębami zaczynał chrzęścić piach. Zupełnie jak w domu. Piach włażący w dziury. Piach wypełniający ubytki. Piach amortyzujący upadki, piach obcierający skórę w butach i w pachwinach, piach w oczach i w nosie.
Piach za nami i piach przed nami. Entropiczne przyciąganie, z pełnego w puste, z pełnego w puste.
Potem plac. Beton, sterta opon, śmieci, rozjebany telewizor i pralka. Wrak citroena. Podchodziłyśmy do niego, siadałyśmy na przerdzewiałej masce, wyciągałyśmy żelki i cienkie pety.
Odpalałyśmy.
Całowałyśmy się.
Zdejmowałam buta i kładłam spuchniętą nogę w górze, żeby zeszła limfa.
Odwiązywała mi bandanę, zdejmowała skarpetkę i dotykała lekko napiętej, gorącej skóry.
Łapałam ją za włosy.
– Jak myślisz, jak głęboko… – wkładałam jej do buzi zielonego żelka.
– Głęboko i pusto.
Kładłyśmy się głową w dół. Z naprzeciwka patrzył na nas wielki, zielony kameleon. Kładł na nas cień, otwierał paszczę.
Żeby wejść, należało dać się pożreć.
Żeby wyjść, należało czekać.




