Nina Sikorska - Chwasty w pełnym rozkwicie (Poznań)
- 5 godzin temu
- 3 minut(y) czytania

Polska jest siedliskiem specyficznej odmiany kampu – teatralnego, palimpsestowego afektu. Reklamowa wycinanka, postsarmacka rywalizacja na kolory tynku (pistacja, brzoskwinia, łosoś) wżerają się w miejskie tkanki. Poznań, mimo pozornie układnej zabudowy z drobnej, rudej cegły, swoich pałaców i zamków, nie jest wolny od pęcznienia i ewoluowania modułów architektonicznych oraz wszystkiego, co pomiędzy, swoich przestrzeni tranzytywnych. Estetyczne niespodzianki są w tym mieście wszechobecne, choć ukryte pośród brzęczenia wiertarek i huku maszyn do kawy. Unosząc wzrok znad żywopłotu pełnego białych kwiatów, dostrzegamy okratowany ,,Salon wróżb” przy Masztalarskiej w aureoli zielonych kafelków kamienicznych; tuż obok studio fotograficzne, gdzie wciąż można jeszcze wywołać materiał filmowy z taśmy, a na ladzie walają się ulotki reklamujące sesje dla pupili – ceny są naprawdę okazyjne, a psi modele zaprezentowani na różnorodnych tłach, chomiki natomiast w ciekawych, kreatywnych pozach.
W tym wiecznie remontowanym rozgardiaszu – oddech, przerwa – Warta i cicho wijące się wokół niej sitowie. W deszczowe dni przejścia pod rzecznymi mostami to kapsuły wilgotnego powietrza, przejeżdżające nad głową tramwaje zyskują w nich apokaliptyczne brzmienia. Beton i metal zdobią napisy – przekreślone słowo seks na ziemi, strzel sobie grzybka na linii wzroku. Dalej od wody, na wysokości mostu Królowej Jadwigi – plama zieleni – szpalery drzew obrośnięte stokrotkami i koniczynami, w których pobrzmiewają echa Grabiny z M jak miłość, heterotopii istniejącej w świadomości polskiej w sposób nienamacalny, lecz niezaprzeczalny. Wciśnięty zaraz obok barokowej fary mikroskwerek różany – trzy dziczejące krzaki, swoim nadmiarem próbujące zrekompensować prostopadłość miejskiego centrum – pomiędzy liśćmi utknęła porzucona hulajnoga, a sucha ziemia jest regularnie obsikiwana przez biszkoptowe psy.
Plac Wielkopolski to trójkąt bermudzki skonstruowany z budki należącej do słynnego Włocha (idealna pizza, kawa bez mleka roślinnego – toteż bardzo mocna; wyjątkowo długa kolejka), kwiaciarni (bukiety na komunie, zerwania, przeprosiny) i ryneczku (rzodkiewka, beret, bluzka z zaskakującymi aplikacjami z kryształków). Znika się w nim na wiele godzin, w międzyczasie obserwując performance’y studentów intermediów (przykładowo: podskakiwanie i równoczesne łapanie się za stopy, w legginsach i celowo niepasujących do legginsów skarpetkach).
Dalej, z wyrównanych płytek ulicy Świętego Marcina, można skręcić do Pasażu Różowego, gdzie w wąskim tunelu współistnieją lokale, które umknęły normalizacji. Fantastyczna Pani Krawcowa ma lekko uchylone drzwi, a kiedy wchodzi się z dżinsami z zepsutym zamkiem, ona wynurza się ze swojego zaplecza, z przekąską w ręce. Ma nastawiony czajnik, a po środku centralnej ściany zakładu stolik – paluszki beskidzkie, herbaty-minutki, talerz, nóż i połowa szynki owiniętej ciasno sznurkiem. Mówi, że spodnie będą gotowe na czwartek i jako pokwitowanie wręcza ręcznie wypisaną karteczkę. Wychodząc, można złapać swoje spojrzenie odbijające się w folii czekolady z okienkiem. Nieopodal, już niestety nieczynny, sklep ze starociami, który oferował miniaturowe filiżanki z Albanii (fioletowe), wyszczerbiony anielski ołtarzyk (zaklęty) oraz sterty zakurzonych płyt DVD.
Przy skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Matejki – dawne kino ,,Olimpia” – betonowy, modernistyczny monolit z kolumienkami i scenografią ze śmieci, napęczniałych deszczem palet, oflankowany przez dziwne, przeskalowane rzeźby zwierząt. Nie wiadomo, czy są to tygrysy, czy myszy, ale mają urwane uszy i niewidzące oczy. Kino-widmo, zamknięte od 2004 roku, skazane na rychłą rozbiórkę, w środku skrywa czerwoną klatkę schodową, polerowane krzesła, zegary na różowych ścianach. Obok ,,Olimpii” stoi jeszcze zdezelowany kiosk ruchu, popisany, rozbity, wypełniony gruzem, a także porzuconymi, sześciennymi plecakami uber eats i napoczętymi waflami kukurydzianymi o smaku cheddarowym. Na uwagę zasługuje też (zlokalizowany w tej samej dzielnicy co dogorywająca ,,Olimpia”) napis „Świeże surówki” w fantastycznych odcieniach cyjanu, który utkwił na oranżowej kamienicznej ścianie. Choć prawie zupełnie zdrapany, świeci dzielnie nad jedną z ulic Łazarza jak pomylone słońce, omsknięcie ręki, nie ta woskowa kredka, co trzeba.




