top of page

Olga Drenda - W opór

  • 2 dni temu
  • 4 minut(y) czytania
Olaf Brzeski, fot. Michał Kaczyński
Olaf Brzeski, fot. Michał Kaczyński

Strategią oporu może być asceza oraz szaleństwo zakupów, oglądanie mądrych filmów, oglądanie głupich filmów, działanie i niedziałanie, skupienie na sobie, skupienie na innych, powaga, żartowanie, jedzenie, płynięcie z prądem, chodzenie pod prąd, praca, spanie, sprzątanie, bałaganienie, brak makijażu, mocny makijaż, trzeźwość i hedonizm. Prawdopodobnie również i ja, niestety, sama użyłam kiedyś tego sformułowania w niezupełnie uzasadnionym kontekście. Każdy się opiera, nikt zaś nie napiera. Bo i kto chciałby być tym napierającym?


Opór niejawny czy rozproszony to koncepcja antropologa Jamesa C. Scotta, który badał niehierarchiczne sposoby samoorganizacji społecznej z perspektywy sprzyjającej anarchizmowi. Taki rodzaj oporu występował w kontekście bardzo wyraźnej nierównowagi sił, w najbardziej znanym z opisanych przez niego przypadków dotyczyło to wsi w Malezji, starającej się utrzymać autonomię swojej gospodarki wobec presji ze strony rolnictwa przemysłowego. Scott opisywał sposoby „wkładania kija w szprychy” silniejszego przeciwnika w sytuacji, w której jawny i zorganizowany bunt prawdopodobnie okazałby się nieskuteczny: sabotaż, pozorowanie pracy, wynoszenie dóbr czy strajk włoski. Uważny polski czytelnik dobrze zna ten temat z Życia na niby Kazimierza Wyki, który pisał o „gospodarce wyłączonej”, czyli sposobach radzenia sobie przez cywilów w Małopolsce pod okupacją nazistowską. Lata spędzone w realnej opresji politycznej sprawiły, że cichy opór był w Polsce nobilitowany. Ta legenda chyba już się zakończyła, ale mowa o partyzanckich metodach w jakiś sposób musi poruszać serce Polaka, wiodąc nieraz na pokuszenie. Łatwo zinterpretować „załatwianie i kombinowanie” w czasach PRL jako nieposłuszeństwo obywatelskie, choć pewnie nieraz, zamiast rozszczelniać wtedy system, szkodziło się jedynie swojemu sąsiadowi czy koledze, przykładając swoją cegiełkę do budowy rzeczywistości „sprytnych i zaradnych” w III RP. Dzisiaj automatycznie wiedzie na manowce wyborów lifestylowych. 


To, że dzisiaj nie żyjemy we władzy reżimu, nie oznacza oczywiście, że jesteśmy z automatu wolni.  Ten stary nudziarz Adorno miał rację, mówiąc o świecie administrowanym, który oferuje pozór samostanowienia, w rzeczywistości przekształcając wolność w nieświadomy schemat, relacje w transakcje, a człowieka w zasób ludzki. Istnienie w takich realiach jest, nawet dla kogoś o niskiej potrzebie autonomii, przygnębiające i jałowe, gdyż wszystko i wszyscy liczą się tu tylko wtedy, gdy są użyteczni i opłacalni, a nie sami przez się. Oczywiście można starać się temu sprzeciwiać, lecz administrowana rzeczywistość ma swoje sposoby unieszkodliwiania takich prób. Niektórzy mogą pamiętać książkę Josepha Heatha i Andrew Pottera, Bunt na sprzedaż, wydaną w nieco bardziej niewinnych czasach, która wyjaśniała, jak łatwo bunt przeobrazić w gadżet lub alternatywną drogę konsumpcji. Dzieje się to ich zdaniem w sposób perfidny: poprzez wymuszoną radykalizację i nakręcanie konieczności tyle nieustannej, co jałowej walki (tj. „rozwalić system”, zamiast czynić życie w miarę znośnym dla każdego, w Camusowskim rozumieniu buntu). Cała potencjalna energia, która mogłaby służyć wzajemnej pomocy, osadzaniu się w świecie, ochronie integralności, zostaje skierowana na powierzchowność, wizerunek, metadebaty. 


Podobny proces spotkał opowieść o strategiach oporu, opowieść przemienia się w samonapędzającą się maszynę do produkcji wymówek. Rzekomym oporem jest w nim nieustanne gadanie, ba, wręcz celebrowanie oporu. Przypomina to nieco tokenowy rewolucjonizm z filmów Rubena Ostlunda: widzowie pośmieją się i pooburzają na jakichś niedosiężnie odklejonych snobów, których i tak nikt nie lubi, poczują się zbuntowani, a potem wrócą do punktu wyjścia. Czy jest bowiem wiarygodny ktoś, kto opowiada o „strategiach oporu” wobec jakiejś opresji, jednocześnie nadając z samego środka tejże opresji jako jej wyraźny beneficjent, na przykład liderka charytatywnej kampanii realizowanej dla jakieś słynącej z nieetyczności firmy? Albo komuś, kto ma pieniądze, a mimo to kupuje podróby autorskich plakatów albo ceramiki na pewnej dużej platformie i tym samym zabiera skromny grosz małym projektantom, a potem tłumaczy swoje decyzje tym, że „każdy chce jakoś przetrwać”? Albo kiedy ktoś zachęca do rozmawiania o wspólnocie, ale nikomu nie chce faktycznie pomóc, a rzeczoną wspólnotę wyobraża sobie raczej jak ekskluzywny klub, który trwa tak długo, jak dobre samopoczucie jego członków? Trochę jak w znalezionym gdzieś przeze mnie tweecie: „wjeżdżam w ludzi rowerem miejskim, bo queerowa radość to akt oporu”.


W najgorszych przypadkach zaś następuje proces wyjątkowo okrutny: transformacja w narzędzie do tropienia i likwidacji enklaw spokoju i autonomii. Można zaobserwować to w dyskursie medialnym, szczególnie dotyczącym pracy. Oto na przykład wykonywanie swoich obowiązków przez pracownika zgodnie z umową i w określonych przez tę umowę godzinach, czyli postępowanie całkowicie pozbawione kontrowersji. W momencie, gdy zostaje to nazwane „quiet quittingiem”, następuje zidentyfikowanie neutralnego zjawiska jako oporu. Pozornie w pozytywnym świetle, jako rzekomy bunt i wyraz asertywności generacji Z. W rzeczywistości jest to jednak docenienie pozorne: zgodna z umową praca staje się „rezygnacją”, poprzeczka zostaje podniesiona, standardem ustanawia się działanie nadmiarowe, zaś podstawowa uczciwość ulega przeramowaniu jako sabotaż i niecne krętactwo. Rafał Drozdowski, socjolog i fotograf (co zdecydowanie pomaga sobie nawzajem), kilkanaście lat temu – nim jeszcze aktualna dyskusja w ogóle się zaczęła – „spieranie się  i ścieranie z  instytucjami  władzy  wywołuje  nie  tylko  ich  organizacyjną  mobilizację, w  wyniku  której  stają  się  one  jeszcze  silniejsze,  jeszcze  bardziej  sprawne i jeszcze bardziej sprytne, lecz także niejako wtórnie je stabilizuje”. 


Oczywiście można argumentować, że i z takiej klęski można wynieść jakieś korzyści. W tym wypadku byłoby to minimalną poprawą samopoczucia, na przykład złudzeniem bycia ukaranym za niezależność. Staram się oczywiście podchodzić do sprawy z możliwie dobrą wolą: być może ze wszystkiego da się wyciągnąć coś pozytywnego. Starzy sytuacjoniści powiedzieliby też, że nawet w brzuchu systemu da się coś wywrócić, choć nie jestem pewna, czy dziś nie poczuliby się nieco bezradni wobec groteskowego przerostu spektaklu. Mam jednak podejrzenie, że obecna popularność narracji o oporze, umiarkowanie udatna próba rozmycia poczucia winy, jakim obarczone są zwyczajne działania, podejrzane o niedostateczny ładunek polityczności i niewystarczające zaangażowanie. Stąd potrzeba reinterpretacji ich jako w rzeczywistości działania politycznego. Oczywiście to możliwe, że jest tak, że nie jem przypadkowej kanapki, tylko jest to kanapka z jakimś ładunkiem politycznym, i wszystko można poddać takiej interpretacji w duchu upraszczania tożsamościowego, raczej motywowanej złą wolą niż dobrą. Ale podobnie jak chciałabym przyjrzeć się uważniej i krytyczniej zagrożeniom płynącym z interpretacji dowolnej czynności jako pracy – co, jak sądzę, potęguje ładunek zmęczenia zamiast sprzyjać zwiększaniu przestrzeni dla wolności własnej – tak samo zauważam potencjał samosabotażu w narracji o „strategiach oporu”. 


Cytowany przeze mnie wcześniej Rafał Drozdowski pisał w 2010 roku ostrożnie, i przyznając się do obawy przed posądzeniem o konserwatyzm (!), że jego zdaniem najcenniejszy potencjał kryje się w „pomysłowym przeciwdziałaniu entropii”, które pomaga chronić samostanowienie: podtrzymywanie wspólnoty wiedzy, działanie na rzecz usprawniania wzajemnego porozumienia, stawianie na ciągłość i trwałość. Po kilkunastu latach można zweryfikować jego propozycje i dojść do wniosku, że nie miał powodu do obaw. Być może to dopiero odciążenie materii życia z odruchowej interpretacji w kierunku politycznym lub tożsamościowym, wytarcie się z tej lepkiej zupy, pozwala na bardziej świadome, skuteczne i konkretne zaangażowanie się w coś. Dzisiaj nie interesują mnie podchody, interesuje mnie praktyka życia. 



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page