top of page

„Warto być Januszem albo nawet Tymoteuszem” - rozmowa z Piotrem (Puldzianem) Płucienniczakiem

  • 2 dni temu
  • 6 minut(y) czytania
zdjęcie ze strony: https://puldzian.net/bio/
zdjęcie ze strony: https://puldzian.net/bio/

Kamil Kawalec: Skąd Timothy Dexter? Piszesz o tym na swoim blogu, jednak chciałbym Cię prosić o krótkie streszczenie tej decyzji. 


Piotr Płucienniczak: Znalazłem Dextera dawno temu, jeszcze za pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Byłem i nadal jestem zafascynowany twórczością osób nie będących artystami, zbierałem różne artefakty słowotwórcze (skończyłem wtedy pracę nad Firmami). Ale Dexter szedł dalej: zafascynowała mnie dołączona do drugiej edycji, Pickle for the Knowing Ones, karta ze znakami interpunkcyjnymi. Oto chłop robi rodzaj poezji konkretnej, ale w ogóle nie jest poetą ani nikim takim. Jest jakimś dziwnym gościem sprzed dwustu lat, który pisze w wyjątkowy dla siebie sposób i niczym się nie przejmuje. Wzór do naśladowania. 


Więc postawiłem sobie za cel przełożenie jego książki zachowując jej językową specyfikę (w skrócie: napisał ją częściowy analfabeta). To było dla mnie nowe wyzwanie twórcze: nie pisanie, ale przekładanie. Traktowałem go wtedy jako postępowego literata, dopiero z czasem zrozumiałem, że trzeba go raczej rozumieć jako wesołego gawędziarza.


Pierwsza edycja Dextera ukazała się w testowym, malutkim nakładzie, który w większości rozdałem. Ale że wydawnictwo rosło (dzięki wsparciu przyjaciół), to dodrukowałem książek więcej, by i inni mogli się nimi cieszyć bądź smucić.


KK: Odnoszę wrażenie, że tym co jest jednocześnie bardzo zajmujące w fenomenie Dextera, są wątki społeczne. Kolorowy życiorys farciarza-dorobkiewicza, którego odpowiednikiem w dzisiejszych czasach mógłby być typowy Janusz, domorosły przedsiębiorca, wynalazca wihajstra. Jak być Januszem literatury? 


PP: Warto być Januszem albo nawet Tymoteuszem (od Timothy), jeśli ten termin oznacza przedsiębiorcę, kogoś, kto bierze rzeczy przed siebie, przedsiębiera sprawy. Czyli w omawianym przypadku po prostu zakłada własne wydawnictwo, a nie czeka, aż ktoś inny wyda go, opracuje, zredaguje, zatrudni, poda temat i poślę książkę do druku. Wszystkie te czynności są dość łatwe, wszak wykonują je regularnie inni ludzie, podobnie jak ja wcale nie najmądrzejsi. Można je po prostu wykonać i mieć swoje wydawnictwo i swoją książkę. Nawet zorganizowanie premiery nie jest takie trudne (co innego ściągnięcie na nią publiczności). To słuszna i właściwa droga zwłaszcza w przypadku szalonych książek, które nie mają żadnej gospodarczej racji bytu i ciężko byłoby je wprowadzić do katalogu normalnych” wydawnictw. Dexter zrobił właśnie coś takiego.


KK: W posłowiu do Pikla piszesz, że „cnotą jest wydać książkę, której nie przeczyta nikt poza autorem bądź tłumaczem: być sobie Nadawcą i Odbiorcą. Wydać książkę dla siebie samego najwyższa forma własnego sumptu. Timothy Dexter lubi to.” z tekstu Jakuba Barana, opublikowanego w Małym Formacie w 2022 roku. Czy gesty self publishingowe można według ciebie zaliczyć do postawy Janusza?


PP: Cenię self-publishing i bardzo lubię różne regionalne wydawnictwa składane w regionie przez ludzi z regionu albo ziny składane przez beztroskich ziniarzy. Jest to prawdziwa kultura oddolna, niezapośredniczona przez korporacje, kalkulacje rynkowe czy te dotyczące kanonów. Twórczość po prostu.


KK: Współcześnie mamy do czynienia z boomem januszostwa w wersji online, które jest bardzo czytelne w postaci tiktokera, instagramera oraz w działaniach w mediach społecznościowych. Czy współcześnie Dexter mógłby być właśnie takim influencerem? Czy influencing to współczesna dźwignia kolonizacji wihajstrem? 


PP: Dexter to jest jednak inna skala niż jakaś męcząca osoba z mediów społecznościowych. Mówimy tu o rozmachu działalności i skali zaburzeń na poziomie Trumpa. O osobie przekonanej o własnej słuszności oraz mającej środki do jej realizacji, a nie tylko podążającej za modnym tematem. Żeby zostać prawdziwym Tymoteuszem Deksterem trzeba ufać sobie bardziej niż innym w kwestiach estetyki. No i mieć zasoby, by móc swoją wizję świata reprodukować. Myślę, że prawdziwa autonomia wymaga posiadania własnej platformy, a nie bycia zależnym od infrastruktury użyczonej przez innych.


Laureaci I Konkursu na Najgorszą Książkę im. Timothy’ego Dextera edycja 2025: awans społeczny. Zdjęcie ze strony: https://dardobryszyc.pl/sklep/wilkowski-matwiejczuk-i-zurek-najgorsze-ksiazki-2025/
Laureaci I Konkursu na Najgorszą Książkę im. Timothy’ego Dextera edycja 2025: awans społeczny. Zdjęcie ze strony: https://dardobryszyc.pl/sklep/wilkowski-matwiejczuk-i-zurek-najgorsze-ksiazki-2025/

KK: Najgorsze czy raczej najlepsze? Co jest najlepsze w złych pomysłach”? 


PP: Każda z obu książek, która wygrała zeszłoroczny Konkurs na Najgorszą Książkę w inny sposób podeszła do zadania, jakim był awans społeczny”. Książeczka Marcina Wilkowskiego jest najpierw urocza, a dopiero później zła. Bierze typowe dla konwencji motywy i rozmieszcza je jak kwiatki w wazonie. Natomiast propozycja Żurka i Matwiejczuka to poważniejsza kwestia: historia awansu ze wsi do bycia przyjacielem Olgi Tokarczuk napisana w konwencji akademickiej postkolonialnej krytyki. Z tym, że pisana w uporczywy i męczący sposób. Fajnie się uzupełniają, każda osoba znajdzie w nich dla siebie coś albo nic.


Rozmowy o tym, jaka jest najgorsza książka trwały długo (np. czy faktycznie niestrawna i nieczytelna, czy będąca odbiciem najlepszej, czy też stanowiąca destylat najgorszych własności itd.). Myślę, że nie ma jednej odpowiedzi innej niż a posteriori: najgorsze są te, które wygrały konkurs na najgorszą książkę.


KK: Pikiel, który jest tytułową kiszonką twojego tłumaczenia A Pickle for the Knowing Ones; or Plain Truths in a Homespun Dress Timothy’ego Dextera, to zagwozdka nie tylko z poziomu roli awangardy czy może eksperymentu we współczesnej kulturze literackiej, ale również z perspektywy pionu, tj. ustawiania przedmiotu w hierarchii ekonomicznej, związanej choćby z rynkiem książki. Jak w tej konfiguracji widzisz: a) oficynę wydawniczą Dar Dobryszyc b) książki laureatów konkursu na najgorszą książkę roku? 


PP: Wedle mojej znajomej, badaczki pola literackiego oficyna Dar Dobryszyc sytuuje się w zasadzie poza polem (a nawet Rozdzielczość Chleba się w nim mieściła). Z tego powodu można powiedzieć, że Dar Dobryszyc to nie jest to wcale działalność literacka, tylko jakaś inna. Wydawnictwo działa na stałym minusie i poświęcam mu tyle uwagi, ile akurat chcę mu poświęcić. Mam to szczęście, że nie posiadam innych kosztownych hobby poza wydawnictwem, więc mogę publikować książki, nie myśląc wiele o ich opłacalności. Mogę spokojnie realizować hasło sztuki dla sztuki”, literatury dla literatury”, tworzenia dla radości tworzenia.


Autorzy najgorszych książek musieli również to poczuć i pisali dla przyjemności napisania najgorszej książki, dla zabawy z konwencją i językiem. Trudno inaczej wytłumaczyć ich decyzję, by poświęcić czas na pisanie najgorszych książek. Do konkursu zgłosiło się kilkanaście osób z naprawdę przedziwnymi propozycjami i nawet jeśli niektóre z nich były wcześniej przygotowane, to i tak cała grupka ludzi pisała po to, by zostać uznanym za najgorszą pisarkę/pisarza. To wspaniałe, myślę, że o to właśnie chodzi w życiu, żeby robić rzeczy bezsensowne z punktu widzenia ekonomii.



KK: Czym jest współcześnie awangarda? Jaka jest według ciebie rola tego zjawiska? Czy jest to element składowy postawy na sztorc”?


PP: Myślę, że słowo awangarda” jest tak obciążone, że nie ma w sobie wiele awangardowości. Otwarte nazywanie się awangardzistką”, która buntuje się przeciwko jakiemuś kanonowi”, brzmi jak fabuła szkolnego przedstawienia. Na pewno nowych i potencjalnie wywrotowych zjawisk trzeba szukać tam, gdzie szlaki są jeszcze nieprzetarte, gdzie światło sukcesu nie dociera, tam, gdzie nie docierają dystynkcje wyrastające z literaturoznawstwa, krytyki literackiej i tak dalej. Myślę, że właściwy awangardowiec powinien być nieco niemądry, nie do końca ogarniać, co się dzieje na świecie, nie doceniać przeciwnika. W tym jego siła. Na sztorc” stawiali kosy chłopi pod Racławicami i rzucali się na armaty. To była awangardowa odwaga bez zbędnej awangardy.


KK: Najgorsze książki mogą być czymś nobilitującym w znaczeniu kapitału symbolicznego i awangardowej postawy na sztorc. Podobnie konkurs Daru Dobryszyc wyrażony w nagięciu zasad hierarchiczności rynku literackiego czy roli bestselleru. Czy gest można odbierać w podejściu na pohybel zestawieniom, podsumowaniom końcoworocznym? 


PP: Owszem, można tak na to patrzeć, że jest to na sztorc i na pohybel panującym trendom czy hierarchiom, ale ostatecznie konkurs na najgorszą książkę potwierdził istnienie mody na awans społeczny”. Chciałbym, żeby nagrodzone książki znalazły się w podsumowaniach i poleceniach, ich autorzy mieli świetne pomysły, które zasługują na docenienie. To utalentowane osoby, które dadzą sobie w życiu radę.


Bardziej niż o walkę z głównym nurtem chodzi chyba o robienie sobie z niego beki. Kwoty i zasięgi, jakimi operują literaci, to są rzeczy, które trudno poważnie traktować, w ogóle szkoda czasu, żeby się tym zajmować. Lepiej robić swoje rzeczy.


KK: Na blogu wspominasz o swojej metodzie translatorskiej i towarzyszącym temu podejściu. Czy podczas przekładu Angusa McDiarmida, kolejnego jak się zdaje najgorszego autora początku XIX wieku, daje się zastosować wypracowane podejście? Czy najgorsze książki wymagają za każdym razem nowo opracowanej metody, z uwagi na styl, kontekst, itp.? 


PP: Powiada się, że wszystkie dobre książki są do siebie podobne, każda najgorsza książka jest najgorsza na swój sposób. Każda najgorsza pozycja wymaga odrębnego podejścia dostosowania do specyfiki zwariowania autora/ki. Znajdowanie sposobu na przekład tego konkretnego typu najgorszości jest największą przyjemnością w mojej pracy translatorskiej. Mam kolejkę pomysłów na przekłady i każdy pochodzi z innego kontekstu kulturowego. Nadchodzące Uderzające i malownicze szkice… to przekład przekładu (z gaelickiego na angielski na polski), który posługuje się nieumiejętnie wyrafinowanym słownictwem. Słownik synonimów bardzo się teraz przydaje, a podczas pracy nad Piklem... najczęściej sięgałem do słownika staropolskiego i opisów gwary. Natomiast następna rzecz będzie znacznie prostsza, pisana przez nastolatka, więc wyzwania będą zupełnie inne.


Chciałbym znaleźć w polskiej historii dostatecznie szalone książki, których nie musiałbym już tłumaczyć, a jedynie opracować. Niestety, póki co Anglosasi dominują w tej niszy literatury.


KK: Pytanie o długofalowe skutki jednego tłumaczenia. Pikiel wydałeś w 2022 roku. Dlaczego na konkurs im. Dextera musieliśmy czekać aż trzy następne lata? No i oczywiście czy to koniec? Czy odbędą się kolejne edycje? 


PP: Dar Dobryszyc rozwija się powolutku i nie czułem, żebym mógł takie wydarzenia robić wcześniej. Musiałem nabrać pewności siebie. Inna rzecz, że najgorsza literatura to tylko fragment działalności wydawnictwa obok wypraw krajoznawczych i artystycznych badań wizualnych. Staram się balansować te zainteresowania, aby się nie znudzić i nie przywiązać do jednego.


Następna edycja konkursu musi odbyć się w tym roku, bo jurorki i jurorzy powiedzieli, że chcą czytać kolejne propozycje. Bardzo ich lubię i nie mogę im odmówić. Mamy już kolejny ważki temat traumatyzujący publiczność literacką, a nagroda zostanie podniesiona o wskaźnik inflacji. Mam nadzieję, że znów uda się zrobić oborę. To jest zasadniczy cel tego wszystkiego.



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page