top of page

Na sztorc o zwierzątkach w książkach i nie tylko – rozmowa z Agnieszką Wolny-Hamkało

  • 2 dni temu
  • 6 minut(y) czytania



Przeczytawszy hasło numeru – „Na sztorc” – miałam przed oczami kij w mrowisku, gest wskazywania i upierania się przy swoim. Być „na sztorc” to znaczy wejść w opozycję, a przynajmniej pochylić się nad tym, co niepopularne, i o tym mówić. 


Podobno zwierzęta są popularne – słodkie filmiki z nimi przesuwamy palcem w nieskończoność, zimą przygarniamy je na noc ze schronisk. A jednak, gdy w grę wchodzi systemowa pomoc – wymagająca pieniędzy, infrastruktury i miejsca w przestrzeni publicznej – szybko okazuje się ona kłopotliwa, niechciana. Najlepiej, żeby ktoś „inny” się tym zajął.


Wychodząc od tej sprzeczności, rozmawiam z Agnieszką Wolny-Hamkało o książce Można tu gwizdać – zilustrowanej przez Antka Wajdę opowieści o miejskich zwierzętach, powstałej na zamówienie Ekostraży. Dochód z jej sprzedaży wspiera działania organizacji.


Równolegle do premiery książki w Wałbrzychu powstało nowe schronisko dla zwierząt zaprojektowane przez pracownię Rewizja. Grupa Projektowa. O pracy nad tym projektem, protestach mieszkańców i odpowiedzialności architekta rozmawiam z Krzysztofem Grześkowem, założycielem studia. Przy okazji opowiada on też o innym, długofalowym działaniu, które okazuje się istotne dla zrozumienia jego praktyki i decyzji projektowych.



Magdalena Basak: Twoja najnowsza książka Można tu gwizdać, którą stworzyłaś z Antkiem Wajdą, a skład robiła Malwa Kawalec, to efekt współpracy z Ekostrażą, organizacją pozarządową, która nieprzerwanie od 2009 roku ratuje zwierzęta, otacza je opieką i znajduje dla nich domy. Jak zaczęła się Wasza wspólna przygoda?


Agnieszka Wolny-Hamkało: W Ekostraży pracuje wspaniała ekipa. To wrażliwi, otwarci ludzie, których interesuje literatura i sztuka. Przyjaźnią się z pisarzami, artystami wizualnymi. Chętnie włączają ich w swoje działania.


Ucieszyliśmy się, kiedy nas też zaprosili do współpracy. Wiele lat temu wydaliśmy wspólnie z ilustratorem Antkiem Wajdą poemat Nochal Czarodziej dla Wydawnictwa Format. Bardzo się lubimy i mamy różne wspólne przeloty miejskie, tych samych przyjaciół i podobne poczucie humoru. Entuzjastycznie przyjęliśmy ten projekt. 


Zaczęliśmy się spotykać w knajpach: w Gronie na Krzykach, w Księgarni Hiszpańskiej. Wymienialiśmy się zdjęciami dzikich zwierząt i historyjkami o nich. Bo przecież każdy z nas ma jakąś historię choćby z podlotem, jeżem albo kuną. Kiedy jechaliśmy do Ekostraży, zobaczyłam w samochodzie Antka ptasie pióra. Ja też miałam kilka w domu. Antek jest ornitologiem hobbystą. Potrafi bez końca opowiadać o jakiejś ptasiej akcji, znalezisku albo spotkaniu. 


MB: Można tu gwizdać to książka drogi – stale śledzimy akcję, każdy kolejny bohater kreuje dalszą, niemożliwą wcześniej do przewidzenia część historii. Ta metoda prowadzenia narracji jest mi znana z Twoich książek. Co wyjątkowe jednak dla Twojej twórczości, to książka pisana z perspektywy zwierząt dla ludzi. Jak sobie radziłaś z tym motywem? 


AWH: Od początku myślałam o niej jako o książce kampowej, ze wszystkimi kontekstami związanymi z tym stylem i nazwijmy to oprzyrządowaniem literackim. To określone motywy ale także sposób ujmowania, czy pokazywania postaci. Najłatwiej to zdefiniować szukając wspólnych cech w książkach pozornie od siebie odległych, takich jak: Alicja w Krainie Czarów, Zazi w Metrze, Pan Kleks czy Zdeptany kwiatuszek. To książki, w których mogą pojawić się bohaterowie nieludzcy, ale ludzie, którzy w nich występują też nie są normatywni. Zwykle mają niecodzienne zachcianki, męczą ich zbyt ciężkie kolczyki albo są w dziwnym, liminalnym stanie, jakimś przedsennym, jak Alicja, albo jak bohaterowie Ronalda Firbanka.


W Można to gwizdać personifikacja była drugoplanowa. Istotniejsze były dziwactwa bohaterów. Niezależnie od tego, czy byliby ludźmi czy zwierzętami. A zatem jedzą brylanty albo trzymają ducha w słoiku, mają swoje fobie i upodobania. Myślę, że jeżeli chcemy osiągnąć egalitarność i wyjść poza antropocentryczną normikową formę, to nie musimy personifikować zwierząt. Możemy też udziwniać ludzi i dawać im cechy nieludzkie. 




MB: Czytając, przyglądałam się temu, jak bardzo spersonifikowałaś zwierzęta. Oczywiście musiałaś nadać im kilka ludzkich cech, by umożliwić komunikatywność wobec odbiorcy. Jednocześnie wymknęłaś się klasycznej bajce, w której zwierzęta cosplayują ludzi. Zwierzęta u Ciebie mają swoje dziwactwa, jak ludzie, ale należą one do tych konkretnych postaci. Celnie ujęłaś też perspektywę zwierzęcego spojrzenia na miejską rzeczywistość – spoglądania przez dziurę, z zakamarków. Zwykłe przedmioty tworzą w tej historii trudności i zagrożenie. 


AWH: Przecież nasza wyobraźnia pracuje często także w odwrotnym kierunku: wyobrażamy sobie ludzi jako zwierzęta. Próbując zdefiniować jakąś cechę ludzką, mówimy, że ktoś przypomina wiewiórkę –starając się w ten sposób opisać ciekawskość i wszędobylskość znajomego. Śmiejemy się, że ktoś robi małpie sztuczki, albo narzekamy, że jest gruboskórny jak hipopotam i chcemy przytulić go jak koalę. I udaje nam się czasem trochę spiratować, sabotować tę normatywność, idziemy w takim kolorowym i trochę wyrodnym tłumie: korowód, piractwo, motłoch. 


MB: W Można tu gwizdać spotykamy zwierzęta różnych gatunków, a mimo tego współtworzą one zgraną paczkę. Razem pokonują trudności, ratują się nawzajem. Odbijmy sobie w stronę fabuły, dlaczego w kamienicy straszy widmo Iwaszkiewicza?


AWH: To jest historia knajpiana. Opowiedziałam koleżance, Halszce Sokołowskiej, o nowej fabule. A ona na to „Ale popierdolone! Jeszcze tylko ducha Iwaszkiewicza tam brakuje”. Uzupełniłam zatem tę lukę. 


MB: Dlaczego uznałaś, że tylko Iwaszkiewicza tu brakowało?


AWH: No skoro decydujemy się na dziką książkę, to możemy sobie pozwolić na każdą aberrację, każdą jukstapozycję. A nazwisko Iwaszkiewicza jest szlachetne, długie i brzmi dumnie. Iwaszkiewicz zamknięty w słoiku przypomina mi te polskie księżne…  


MB: Jak biała dama?


AWH: Te uwięzione za szybami czyjeś żony: Lanckorońska, Czartoryska. I ten Iwaszkiewicz troszkę był jak taka Czartoryska. Poza tym zawsze trzeba popularyzować pracę poetów i poetek. Nazwisko poety należy gdzieś umieścić, choćby w słoiku. 


MB: I ten wiersz z Mapy pogody, który huczy. 


AWH: I on odchodzi dopiero wtedy, kiedy jest oklaskiwany. Trzeba mu klaskać, żeby go odmeldować, bo dopiero wtedy jest zaspokojony i chowa się z powrotem w słoiku.


MB: To dopiero satyra. Jest coś, czego się bałaś pisząc tę książkę? Nie mówię tu o obawie, jak zostanie odebrania, bardziej o jakichś wątpliwościach w trakcie pisania. 


AWH: Nie, bo chroniła mnie konwencja. Ja się też bardzo bezpiecznie i dobrze czuję we współpracy z Antkiem. Więc przystąpiliśmy do działania z pełnym zaufaniem po obu stronach i to nam dało tę lekkość przy tworzeniu. Wydaje mi się, że jak czujesz akceptację i oparcie w partnerze artystycznym oraz w wydawcy, to się zupełnie inaczej pracuje. Wszystkie te obronne rzeczy, jakiś rodzaj autocenzury czy spięcia, to w ogóle znika. Zostaje Ci po prostu bieg i turlanie się i wtedy możesz mieć najfajniejsze osiągi.


MB: Miło mi to słyszeć, bo w przypadku doświadczenia Krzysia Grześkowa, które miało inny charakter, poziom złożoności – w końcu mowa o projekcie architektonicznym schroniska dla zwierząt i jego realizacji – tych obaw było wiele. Jednak raczej wiązały się z finansowaniem oraz otoczeniem, czyli mieszkańcami, którzy nie chcieli tego schroniska w swojej okolicy. Odniosłam też wrażenie, które Twoje słowa mi jakoś uprawomocniają, że wiele z tego komfortu stoi po stronie zamawiającego. Więc najtrudniej jest tworzyć, gdy ta druga strona nie darzy Cię zaufaniem, na które jako osoba ekspercka zasługujesz na starcie.


AWH: Tak, to jest ryzyko, bo zamiast skupiać się na własnej pracy i budowaniu świata, w którym czujesz się swobodnie, masz do odparcia jakieś siły. I to ci coś zabiera. 


pamiątkowe zdjęcie z premiery
pamiątkowe zdjęcie z premiery

MB: Na szczęście projekt Grupy Projektowej Rewizja na czele z Krzysztofem Grześkowem spotkał się z dobrym odbiorem. Doceniły go różne magazyny architektoniczne za prostotę i stworzenie czegoś modelowego. Więc ta historia kończy się dobrze, chociaż ma w sobie trochę goryczy. Każdy chce pomagać bezdomnym pieskom, ale część do czasu aż dzieje się to w odległości połowy kilometra od ich podwórka. Wówczas pojawia się jakiś lęk, że będzie głośno i śmierdzieć. A przecież temu ma zapobiec właśnie projekt architektoniczny. 


AWH: Wiesz co, my też jesteśmy głośni i śmierdzimy. 


MB: Dokładnie. Nawet bardziej.


AWH: Bywa, że bardziej. 


MB: Po doświadczeniu współpracy nad książką. Jak sądzisz, gdzie są zwierzęta i ich potrzeby w naszej kulturze?


AWH: Szacunek dla zwierząt – różnego rodzaju zwierząt, nie tylko tych, które są udomowione i które nam „służą” – bywał przecież potężny – one były uznane za święte. Szanowano je, schodzono im z drogi. Kierowano się bardzo często przy różnych wyborach tym, w jaki sposób zachowają się zwierzęta. Chciałabym wierzyć, że nasz stosunek do zwierząt jest jakoś progresywny, ale przecież nie do przyjęcia jest choćby podział zwierząt na te, które traktujemy użytkowo i te, którym służymy. 


Opowiedziałaś o mieszkańcach, którzy deklaratywnie dbają o zwierzęta, ale nie zgadzają się na budowę schroniska zbyt blisko ich osiedli. Ale ludzie także wobec ludzi mają – powiem to delikatnie – stosunek ambiwalentny. Potrafimy ludzi czcić i kochać, oddawać za nich życie, ale potrafimy też ich nienawidzić i spuszczać na nich bomby


MB: Jesteśmy inwazyjni. 


AWH: Jesteśmy.


MB: Świetnie, że wyrównałaś te relacje. W końcu, to nie jest tylko my–zwierzęta, zwierzęta–my, to relacja ja–podmiot. Każdy jest obiektem, czy też podmiotem, wobec którego się ustawiamy. 


AWH: Pies i nasz kot to są nasi królowie, ale potrafimy być okrutni wobec innych zwierząt. Rodzina czy zwierzęta, które z nami żyją, są tylko rozszerzeniem nas. Łatwo nam ich kochać i chronić. 


MB: Znowu my kontra oni. 


AWH: Jak w życzeniach świątecznych: „Dla Ciebie i Twoich bliskich”. To są rozszerzenia JA. Więc tak naprawdę Tobie życzymy dobrze, przyjacielu. A Ty życz dobrze naszym bliskim. Czyli nam.  


MB: Przypomina mi to o omówionej przez Bielickiego „maksymalizacji fitness”, gdzie altruizm, troska jest obliczona na zwrot z inwestycji w drugą osobę.


AWH: Wierzę, że potrafimy współczuć, troszczyć się, bywamy życzliwi. Niestety są to odruchy i uczucia kapryśne. Dzisiaj chcemy, a jutro nie chcemy pomóc. Wczoraj byliśmy w dobrym nastroju i chcieliśmy oddać wszystko. A dzisiaj nie. Dzisiaj wypierdalać.



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page