Kamila Kamińska - Horror vacui w przestrzeniach miejskich. O sensie pozostawiania przestrzeni w spokoju
- 9 minut temu
- 4 minut(y) czytania

Pustka, pustynia… nic.
Żelastwo, rdza… brud
Liszaje farb, dziury w tynku
Stłuczone kafle, zbutwiałe deski
Chaszcze po pachy, gruz
Stłuczone witraże
i ołtarz bez sacrum
Bezużyteczne, bez sensu
Nie zarabia, do niczego nie służy
Wypełnić, zapchać... sprzedać, użyć!
W klasycznej, nieco przestarzałej już dystynkcji przestrzeń–miejsce, zaproponowanej przez Yi-Fu Tuana, drugi jej człon stanowczo wygrywa w kategorii „emocje”. Miejsce jest oswojone, miłe, „moje”. Przestrzeń jest niczyja, obca i budzi lęk. Patrząc w ten sposób, łatwo zapomnieć, że to także podział wpisujący się w szereg innych sztucznych dualizmów: prywatne– publiczne, zamknięte–otwarte.
Większość mojego zawodowego życia wiąże się z tworzeniem miejsc. Najbardziej lubię robić to z dziećmi i młodzieżą. Aż boli banalność stwierdzenia, że jak sobie sami zaprojektują, urządzą, pomalują, napełnią rzeczami to będzie „ich”, będą szanować i sprzątać, a co najważniejsze tam będą. Okazuje się jednak, że jest to dość odkrywcze spostrzeżenie na szkoleniach, które prowadzę dla osób słusznie zatroskanych faktem, że młodzież omija ich instytucje i nie chce w nich być. No cóż, miejsca przyciągają, gdy są oswojone, udomowione, „nasze”. Dopóki nie pozwolimy młodzieży zagospodarować ich po swojemu i nie przestaniemy im ich urządzać – marny nasz trud.
Strategie zadomawiania przestrzeni nie są jednak tematem poniższych rozważań. Wspominam o nich jedynie w funkcji kontrapunktu dla kilku zdań o przestrzeni i naszych z nią relacji.
„Moje” to nie „twoje”, jak nie jesteś tu „u siebie”, to wypad
Granice wyznaczają mury, płoty, hasła… W Belfaście, który zachwycił mnie właśnie tymi agresywnymi strategiami tworzenia „miejsc” (a takie ponoć sympatyczne), granicą jest krawężnik, zaś kodem odróżnienia, kto jest „swój”, a kto „obcy”, sposób wymawiania samogłosek. Badam miejsca i sposoby zadomawiania się, więc i o praktyce wiem co nieco. Dlatego po dwóch miesiącach zamieszkiwania na Upper Crummlin sąsiedzi już tak kochali mnie i moją podówczas dwuletnią córeczkę, że przychodzili ostrzegać nas przed zamieszkami (byłyśmy w high marching season), przynosili prezenty na jej urodziny, a ja wiedziałam, jak czytać kolory na krawężnikach, lampach, trójkątne biało-czerwono-granatowe proporce i trasy taksówek. Lubię miejsca. A jednak mam z nimi problem. Dlaczego?
Ano dlatego, że choć z pozoru są niewinne i przyjazne, to procesy ich tworzenia mogą wtórnie prowadzić do wykluczenia, gettoizacji (nawet jeśli od wewnątrz) i eskalacji konfliktów (zawłaszczanie terenu jest typowym rytuałem wojennym).
„Niczyje” to nie „moje”, więc każdy może tu być
Przestrzeń wywołuje lęk, brak przynależności, samotność. Podobno tak też jest z miastem! A przecież, jeśli wierzyć, że pierwsze zbudował Kain, ta pustka daje bezpieczeństwo… przestrzeń jest kryjówką, tak samo jak tłum.
Dlaczego więc horror vacui każe nam je nerwowo zaśmiecać, remontować, zapełniać, użytkować? Dlaczego opustoszały kościół przeraża tak, że trzeba zrobić w nim knajpę, kasyno lub kino? Spójrzmy na Dzielnicę Czterech Świątyń w Aberdeen, którą odróżnia od wrocławskiej absolutnie wszystko, a sposób zagospodarowania tej przestrzeni sacrum, zmieniający ją w totalne profanum w imię „niemarnowania miejsca”, jest wstrząsający. No ale przecież po co komu byłby pusty kościół? Jaką mają funkcje otwarte, nieużytkowane, degradujące się przestrzenie w mieście? Jaki to ma sens?
Zlikwidowane kopalnie i fabryki w imię „rewitalizacji” zamieniamy w muzea, galerie, hale koncertowe… Opustoszała przestrzeń potu, trudu, pracy staje się miejscem rozrywki, czasem tej „kulturalnej”. Jaki sens mają puste hale? Komu służą krosna, które już nie grają swej muzyki?
Najbardziej wstrząsające są dla mnie jednak realizacje w byłych szpitalach. Prawdopodobnie z uwagi na nową funkcję, jaką nadają im architekci, czyli mieszkalną. Deweloperzy są grupą najbardziej zaangażowaną w procesy zapełniania przestrzeni, wykorzystywania metrów kwadratowych, racjonalnego zapełniania pustki w celu maksymalizacji zysków.
Jaki sens mają puste korytarze? Sale, gdzie ludzie doświadczali bólu, cierpienia, gdzie zdrowieli, ale też umierali? Po co komu wybite okna, które tłumiły krzyk i płacz? Z kapitalistycznego punktu widzenia to wszystko nie ma żadnego sensu. Przestrzeń nieużywaną należy posprzątać, pomalować, zagospodarować. Tylko czy na pewno? Czy przypadkiem nie tracimy czegoś ważnego?
Pustka, pustynia… nic w samym sercu Berlina
Zaraz po tym, jak w październiku 2008 roku na lotnisku Tempelhofer Feld wylądował ostatni samolot, senat Berlina ogłosił dwa główne oficjalne konkursy urbanistyczno-architektoniczne, aby ustalić, jak zaadaptować ten ponadtrzystuhektarowy pusty teren. Międzynarodowy konkurs urbanistyczno-koncepcyjny 2008–2009 zaowocował wielką różnorodnością pomysłów, z których jeden absolutnie mnie zachwyca! Jak zdławić horror vacui? Wypchać po korek! Co zrobić z wielką pustą równiną? Wstawić tam sztuczną górę! Uważam, że zwycięska koncepcja z biura Happold i Gross.Max, czyli pomysł przekształcenia pola w „Inkubator Energii” – przestrzeń społeczną generującą energię odnawialną dla pobliskich dzielnic i służącą jako miejsce doświadczalnych krajobrazów – zdecydowanie mu nie dorównuje.
Koncepcja nie została zrealizowana.
W latach 2010–2011 ogłoszono kolejny konkurs na projekt architektury krajobrazu i jego realizację. Zwycięzca, szkockie studio architektury Gross.Max, we współpracy z Sutherland Hussay Architects, tym razem zaplanował… zachowanie pustki! Po co komu rozległa przestrzeń i historyczne, nieużywane pasy startowe?
Układ pierścieniowy, wydzielający rezerwat przyrody i pas rekreacyjny, podobnie jak przestrzeń na „projekty pionierskie” na zewnętrznym okręgu to nadal... lipa, nie architektura! Żadnych monumentalnych wizji, restauracji, kasyn, żadnego basenu, nie ma nawet muzeum! Marnotrawstwo! Pustka, pustynia, nic… miejska preria. Wzrok może rozpędzić się po horyzont, mieszkańcy spacerują, biegają, bawią się z dziećmi i psami. Robią pikniki na kocykach, grają w planszówki i karty, rzucają frisbee i piłki. Żadnego zysku, żadnego obrotu, zero deweloperki. Żadnych miejsc, sama przestrzeń. Kiedy miasto z powodów wiadomych podejmowało kolejne próby zabudowy „tylko na zewnętrznym okręgu” mieszkańcy się buntowali. W 2014 roku ów sprzeciw obywatelski przyjął postać referendum. Zablokowano jakąkolwiek zabudowę mieszkaniową i komercyjną na terenie byłego lotniska. Tym samym obszar ten w całości został przekształcony w park publiczny i rezerwat przyrody. Oczywiście przemożny lęk przed pustymi przestrzeniami oraz niewidzialna ręka rynku nie dają za wygraną. W latach 2024–2025 władze ponownie ogłosiły konkurs, mieszkańcy wzięli udział w konsultacjach. Jednoznacznie wypowiedzieli się przeciw jakimkolwiek planom zapełnienia tej pustki. Władze nie forsują planów mieszkaniowych, ale próbują nadal „wykorzystać” te trzysta hektarów, bezsensownie pustych w zatłoczonym mieście. Póki co – bezskutecznie.
Od przeszło dziesięciu lat rozwijam autorską koncepcję krytycznej pedagogiki miasta, jednym z jej filarów jest metodologia „czytania miasta” odwołująca się do prac Władimira Toporowa i semiotyków ze szkoły tartusko- moskiewskiej. Dla mnie opowieść, jaką snuje pusty kościół, jest czytelna i wartościowa, podobnie jak te zdegradowanego szpitala, hal produkcyjnych i innych „przestrzeni urbeksowych”. Marzy mi się otwarcie ich dla mieszkańców, tak jak po osiemdziesięciu latach otwarto ogrodzenie wokół Tempelhofer Feld. Bez sprzątania, malowania, picowania… w architekturze istnieje wszak sposób zabezpieczania takich budowli. Czy tak zwany zabytek w ruinie może odnosić się jedynie do renesansowych pałaców?
Zostawmy bezużyteczne, zdegradowane, puste przestrzenie w spokoju!




