Kamil Bujny - Kształty podobne #6
- 2 dni temu
- 4 minut(y) czytania

Palimpsest i obrazy
I
W Muzeum Narodowym w Warszawie znajduje się obraz, który bardzo lubię. Za każdym razem, gdy tam jestem, oglądam go dokładnie, zupełnie tak, jakbym widział go po raz pierwszy. To Wystawa sztuk pięknych w Warszawie w 1828 roku Wincentego Kasprzyckiego, powstała w tym samym roku, co ujęta w tytule prezentacja dzieł i zaprezentowana jeszcze w trakcie jej trwania. Uczestnicy wystawy byli ponoć pod wielkim wrażeniem tempa pracy Kasprzyckiego. Przywodzi to na myśl logikę współczesnych mediów i sposób funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego – zdjęcia z premier czy spotkań na szczycie pojawiają się dziś w serwisach informacyjnych jeszcze zanim samo wydarzenie dobiegnie końca. W przypadku XIX-wiecznego dzieła szybki i zręczny okazał się nie fotograf, lecz malarz.
Lubię tę pracę, choć mogłoby się wydawać, że nie wyróżnia się ona specjalnie na tle innych tzw. obrazów w obrazie: ot, widzimy podłużne jasne wnętrze gabinetu mineralogicznego Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego i grupę elegancko ubranych osób, oglądających zawieszone na zielonej ścianie obrazy. Płótna rozmieszczono zgodnie z ówczesnym sposobem aranżowania wystaw: gęsto, jedno obok drugiego, od wysokości wzroku niemal pod sam sufit. Na górze wiszą portrety, poniżej martwe natury i widoki wnętrz. Na samym dole znajdują się zaś pejzaże. To ułożenie – jak przeczytamy w cyfrowym repozytorium Muzeum Narodowego w Warszawie – „odzwierciedla hierarchię gatunków malarskich obowiązującą w XIX wieku”. W głębi sali widać ścianę z dwoma największymi płótnami, uznawanymi dziś za zaginione. To Edyp w Kolonos Antoniego Blanka i Car Aleksander I nadający dyplom ustanowienia Uniwersytetu w Warszawie Antoniego Brodowskiego. Patrząc pobieżnie na drugi plan, trudno się połapać, które postaci oglądają obrazy, a które są na nich przedstawione.
Dzieło Kasprzyckiego przyszło mi na myśl podczas oglądania Repertuaru w reżyserii Wojtka Ziemilskiego z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Pomysł na spektakl wydaje się równie odważny jak ambicje malarza, który pragnął w krótkim czasie, na jednym płótnie, ukazać wiele dzieł i oddać atmosferę prawdziwego wydarzenia. Reżyser postanowił bowiem „zmieścić” 632 spektakle, zagrane we wrocławskim teatrze od 1945 roku, w jednym scenicznym przedsięwzięciu.
II
Długo zachodziłem w głowę, zastanawiając się nad tym, w jaki sposób Ziemilski planuje opowiedzieć o 80 sezonach w ciągu nieco ponad godziny. Obszerny materiał, długa historia, setki, jeśli nie tysiące postaci, mnóstwo wątków, różnych konwencji i wykluczających się estetyk. Brałem poprawkę na szumne zapowiedzi teatru, obawiając się wtopy: nieudanego eksperymentu, chaotycznego spektaklu, postmodernistycznego kolażu, imponującego bardziej ambicją niż ostatecznym efektem. Tymczasem reżyser wraz z zespołem scrumowym (Michał Zadara, Anastazja Charitonowa, Dariusz Bartołd, Jacek Cimicki, Joanna Degler, Karolina Gonera, Anna Kryzar, Grzegorz Kumorkiewicz, Elżbieta Małecka, Jarosław Minałto, Bartosz Nyczak, Marek Zaborski) znaleźli przekonujący i nieoczywisty sposób na opowieść, stawiając nie tyle na logiczną i wynikową narrację, ile na grę z potencjałem znaczeń: przywoływanie skojarzeń, przypadkowe zestawienia słów i obrazów, uruchamianie ciągów asocjacji, operowanie skrótem i synekdochą.

Aktorzy i aktorki (Dariusz Bereski, Marek Feliksiak, Katarzyna Janekowicz, Igor Kowalik, Agata Obłąkowska-Mazurkiewicz, Jolanta Zalewska) przez całe przedstawienie stoją przy czarnych pulpitach, ubrani w kostiumy odsyłające do różnych epok. Na zmianę, nie zawsze po kolei, w tylko sobie znanym porządku, czytają fragmenty scenariuszy z różnych przedstawień, sprowadzonych do jednego zdania, a niekiedy – wyrazu lub nawet jednej sylaby. Są to same przywitania, urywki dialogów lub wypowiedzi, wyznania miłości, wyzwiska. Nad wykonawcami – z projektora – w tym samym czasie wyświetlane są metryczki, z których dowiadujemy się, skąd dany cytat pochodzi. Bywa nim na przykład sam wybuch śmiechu lub proste wykrzyknienie. Tempo jest zawrotne, a słowa bądź pojedyncze sylaby zdają się na siebie nachodzić lub z siebie wynikać. Tworzą coś w rodzaju palimpsestu. Zestawione w (nie)przypadkowe układy wygrywają nowe sensy, tworzą małe narracje – jakby same z siebie, wbrew prawdopodobieństwu i logice. Aktorzy i aktorki szarżują z interpretacją, grają szerokim gestem, mając dosłownie chwilę, by zarysować postać lub emocję pochodzącą z konkretnego tytułu. Ledwo wypowiedzą jakieś słowo, a już pada kolejne. Spektakl został podzielony na kilka tematycznych części, dla których główną osią staje się wprowadzony mniej więcej w połowie wątek Haliny Dzieduszyckiej – aktorki wrocławskiego teatru, należącej do jego pierwszego zespołu, a prywatnie – babci Ziemilskiego. W pewnym momencie do pogrążonych w transie aktorów i aktorek dołącza jeszcze „wywołany” z przeszłości Edwin Petrykat, symbolicznie reprezentujący inny porządek i świat – pojawia się znikąd, nagle, jak widmo kolektywnej pamięci.
Ten z pozoru skazany na porażkę eksperyment, sprowadzony przede wszystkim do żywiołu i brzemienia słowa, okazał się niezwykle ciekawym i ekscytującym doświadczeniem. Dramaturgia i tempo spektaklu, świetna kondycja i wyraźne zaangażowanie jego wykonawców oraz umiejętne i pomysłowe wykorzystanie przestrzeni sprawiły, że Repertuar momentami staje się czymś na kształt prawdziwej podróży w czasie.

III
Niewiele potrzeba, by wprawić w ruch mechanizm ludzkiej wyobraźni – wystarczy drobny gest, charakterystycznie wypowiedziane słowo, specyficzna poza. Twórcy i twórczynie – czy raczej, jak należałoby powiedzieć, podążając za wprowadzonym przez Zadarę systemem pracy: członkowie zespołu scrumowego – są tego świadomi, doskonale manipulują percepcją i uwagą odbiorcy. Wykorzystują w tym celu szerokie spektrum aktorskich (ton głosu, intonacja, mimika itp.) i inscenizacyjnych (światło, dźwięk itp.) możliwości.
Repertuar – grany na przechodzącej właśnie gruntowny remont Dużej Scenie im. Jerzego Grzegorzewskiego – to przedstawienie tematyzujące historię teatru i skutecznie kreujące wokół niej pozytywny mit: podkreśla ciągłość instytucji, pozwala, choćby i na chwilę, zapomnieć o długich latach jej głębokiego kryzysu. Podobnie jak obraz Kasprzyckiego, „przyszpila” ważny moment (artystycznej i tożsamościowej transformacji Teatru Polskiego we Wrocławiu, deklarowanego nowego rozdania), a przy tym utrwala ślad po spektaklach i aktorach, którzy – jak zaginione, dawno niewidziane obrazy – mogą istnieć już tylko w naszej pamięci.




