Jakub Sęczyk - zestaw czterech wierszy

Oddala się królestwo moje, błędnik jak kwiat
brzoskwini, lepkie światło. Wiersz, który roi,
królowo pszczół! Czy rozpoznałbyś się, patrząc
w dół, smutku mój niebieski? Gdzie Scylle w końcu są
u swoich Charybd, ludzie oddający w ciszy mocz
po galowym koncercie. Teraz jesteśmy w kredzie,
budynki otwarte na oścież w czas wielkiego skwaru.
Ostatni kwitnie jaśmin, oddala się królestwo moje.
Doby i tygodnie na zapleczach, gdzie nie było
ciebie. Wszystkie etatowe dni, prześwity urlopów,
gdy nie było ciebie. Poprowadzi cię przez oblicówkę
i lastryko – w dymie płonących śmieci nieś nas,
serotonino! Rozpuść się, rozpuść, nie tak to miało
wyglądać – pomyślałem o niej, po czym przyszła?
Wysoka dziwność: szkarłatne oczy czerwca, burzyk
szary i parkietaż. Nie, wytwory mojej pracy już ci
nie służą.
Zauważ, że wiersz ten nie obiecuje sukcesu, ludzie
o majątku sezonowych państw, pachnący zielonymi
szparagami mocz. Czy to prawda, że pieniądze
zniknęły z ulic? Afrykańska stokrotka i elegia
na śmierć zapylaczy. Znowu koszą? Czasochłonna
reprodukcja ku pracy, chłodnik z pomidorów
malinowych i gruntowych ogórków. Skąd
właściwie bierze się ten sprzeciw wobec każdego
systemu? Przez nieprzyjazny świat niosłem system
połączonych naczyń, co raz potykając się, wstając
zbyt późno lub nieco za wcześnie. Józef Łobodowski:
celowa formalizacja materiału wyprowadza
na drogę społecznego przeznaczenia. Pozwól,
proszę, żeby wiersz dobrał się do skóry:
gospodarka odurzona mgłą wojny, liryka
dla biedaków, świadczenia na rzecz obronności.
Zmiana tematu to drobiazg, rzeczywiście, niesatysfakcjonująco
kochaliśmy się na starej pralce Candy, falowanie powietrza
nad rozgrzanym piaskiem. Po pięciu dniach rozprowadzania
akrylowej farby – jakże daleko był mój wzrok! Wskroś
przebiegał odległe alejki. Kolejne osiedle, z którego
będę musiał się wyprowadzić? Nie wymyśliłem ścieżki
skutecznego awansu i nic mnie już nie przeraża. Jej życie,
którego nie poznałem, potoczyło się gdzieś indziej, ciepła
elektryzująca obecność, złote włoski na przedramionach
spalonych późnym słońcem. Paczkomat tak pięknie oświetla noc
żółtawym światłem! Azalia ogrodowa, glistnik czy wetiweria? –
wrzask, tylko wrzask, zapach białej szałwii. Nie ma już żadnych
zapylaczy? Nie cieszą wiewiórki, głęboka zieleń końca sierpnia
w południowo-zachodniej Polsce, mężczyzna przycinający tuję
w przysadzistą spiralę. Zawiesina, której twój białkowy mózg
nie chce przetworzyć jednocześnie? Drogi, książek pisze się
u nas od chuja, skoro przekroczeń nie będzie: wiruj,
waruj.




