Dominika Soszyńska - Jabole, cydry i trzeźwusie, czyli klasowy wymiar polskiego picia

Siedzę sobie w osiedlowym barze. Jest wczesne popołudnie. Świeci słońce. W knajpie nie świeci pustkami. Pojedynczy goście przychodzą „trochę odsapnąć”, jak to mawiał mój dziadek. Wypijają piwo, czasem coś jedzą, ruszają dalej. Dopiero wieczorem zbierze się tu cała klientela. Obejrzeć nożną albo żużel. Niektórzy panowie przyjeżdżają nawet z drugiego końca miasta. Swoją drogą ciekawe, że narodowy rytuał tak zwanego meczyku wciąż nieźle się w naszym kraju trzyma.
Na Sępolnie mieszka głównie klasa średnia, gwoli wyjaśnienia – to ci zamożniejsi Wrocławianie. Przyjemnie się tu żyje. Popołudniami centrum ośki zamienia się w psią łączkę, place zabaw pełne są dzieciaków, tętnią życiem również i knajpki. Jest parę miejsc spotkań przy alko: kawiarnia z dobrym włoskim winem, pizzeria z domową sangrią, bar z lokalnym kraftem. Ja najbardziej lubię jednak GastoBazę. Czasami przychodzę tu na domowy żurek, innym razem na lane piwo.
Jak na dziewczynę ze wsi przystało, cenię sobie swojskość. Podczas gdy niemal wszyscy miejscy restauratorzy rozkochali się w stylu „soft industrial”, tutaj drewniane ławki, popielniczki, kufle, telewizor, parę roślin. Czuję się jak w czeskich hospudkach, do których tęsknię zawsze, gdy tylko przekroczę polską granicę. Porządna spelunka – mam w sobie ogromną słabość do tego słowa.
GastroBaza to chyba najmniej klasowa miejscówka na całym osiedlu: chłopy z szychty, studenci z pobliskich akademików, rodziny z dziećmi. O pięknie zwykłości tego miejsca mogłabym długo, ale przecież miałam napisać coś o jabłkach.
Pierwsze, co przyszło mi do głowy to – o zgrozo! – Jabłuszko Sandomierskie, czyli tak zwana pryta, tanie wino. Drugie słowo – cydr. Tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Jeśli jesteście z tak zwanej klasy średniej (co tłumaczyłam przed chwilą) prawdopodobnie wasze instagramy przyjęły już parę fotek z ąę wycieczek po lokalnych winnicach.
Zapewne pomyślicie, że bawię się tu w polską Bukowską czy inną alko-wariatkę. Trudno, jakoś przeżyję. Najwyżej znów pójdę do baru. Taki żarcik, hehe. I rozczaruję was. Te alkoholowe skojarzenia to zapewne przez przesiadywanie teraz w barze. Statystycznie wypijam znacznie więcej szklanek soku jabłkowego niż cydru, o jabolach w ogóle nie wspominając.
Ale ile się kiedyś tego kwasu w siebie wlało, to olaboga. W czasach mojego liceum flaszka kosztowała pięć złotych, w tym kaucja złotówkę. Po butelce wina jest już niezła bania, tego taniego również, a może i zwłaszcza. Wagary, sandomierska skarpa, wędrówki do sklepiku i jakieś jabolpunkowe przeboje KSU. Kiedyś to były czasy. Teraz już nie ma czasów oczywiście.
No wprost uwielbialiśmy to Jabłuszko, uważaliśmy je nawet za smaczne. Jako Sandomierzanie byliśmy bardzo dumni z tego lokalnego trunku. „Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie, więc pijemy je cały czas. Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie, a na inne niestety nie stać nas” – no takich pioseneczek się wtedy słuchało. Bo były proste i prawdziwe.
Dziś dorosłego człowieka to trochę jednak wstyd ogarnia, że pił takie bełty. Ale pokuszę się o pewną intelektualizację, a nawet racjonalizację: otóż było w tym coś więcej niż tylko typowy nastoletni bunt, zwykła najebka, odpinka od świata. W tym poczuciu życia na marginesie, które ujawniało się także w doborze takich a nie innych trunków, tkwiła przede wszystkim olbrzymia potrzeba wewnątrzgrupowej wspólnotowości. Te jabole to jakoś dawały. Muzy słuchaliśmy przeróżnej, nie tylko punka. Ale chyba każdy z nas był po prostu jakimś frikiem.
No więc siedzę sobie właśnie w tym osiedlowym barze i robię przegląd prasy. W „The Economist” nagłówek: „Spadek sprzedaży wina odzwierciedla coraz większą samotność i atomizację społeczeństwa”. Klikam. Naukowcy stawiają tezę, że młodzi ludzie piją dziś mniej wcale nie dlatego, że są bardziej świadomi zagrożeń spożywania alko. Po prostu w bogatych krajach coraz więcej osób prowadzi samotny tryb życia. Czytam i swym oczom nie wierzę. Cóż to za herezje.
Ale antropolodzy dalej swoje. Twierdzą, że wspólne długie spożywanie posiłków, podczas których niegdyś piło się wino, odchodzi do lamusa. Ba, że nawet zdrowe formy spędzania wolnego czasu są coraz częściej zindywidualizowane (lepiej samemu pobiegać niż zapisać się do drużyny sportowej). I że to źle, bo społeczeństwo samotne, to społeczeństwo chore.
No hola hola, ale czy to właśnie nie samotność skłania do „zalewania smutków” alkoholem? Najnowsze badania znowu odwracają kota ogonem. W dniach, kiedy czujemy się lepiej, jesteśmy o dwadzieścia osiem procent bardziej skłonni do sięgnięcia po alkohol. To wnioski z metaanalizy sześćdziesięciu dziewięciu badań, obejmujących ponad dwanaście tysięcy osób z różnych zachodnich państw.
Oczywiście dla niektórych picie staje się nałogiem, który prowadzi do izolacji. Jednak dla zdecydowanej większości jest formą przyjemności, związanej głównie z życiem towarzyskim. Uwierzcie mi, tak tam piszą. Żeby tego było mało, naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego zbadali, że stali bywalcy lokalnych pubów są bardziej zaangażowani społecznie, bardziej zadowoleni ze swojego życia i częściej ufają innym ludziom. Cóż, takie czasy, dzisiaj na wszystko są jakieś badania.
„The Economist” cytuje też właściciela niewielkiej chilijskiej winnicy, jako ostateczny chyba dowód na to, iż alko było, jest i będzie społecznym lubrykantem: „Po trzecim kieliszku nieznajomi z przeciwnych krańców świata zaczynają ze sobą rozmawiać. Po szóstym wszyscy mówią już tym samym językiem”. Ładnie powiedziane. Tylko dlaczego, żeby porozmawiać przy winie, potrzebujemy specjalnie zorganizowanych degustacji za miliony monet? No ale mniejsza o to.
Ja tam mam na temat spadku picia młodych swoją własną teorię. Urżnięcie się piwem czy winem nie jest tak atrakcyjne jak przelot na – jak to się mówi w młodzieżowym slangu – Tadku czy Majce (chodzi o tramadol i morfinę). Przecież ciężkie dragi można kupić dziś bez żadnego problemu, nawet na OLX.
Ostatnio, siedząc również w barze, przysłuchiwałam się rozmowie akurat bardzo porządnych studentów. Zaczęła się od słów: „Ja tam opioidów nie biorę”. Kumacie? Młodzież nie gada już o paleniu gandzi czy piciu jaboli. Mają swoje dragi, o których my, dorośli, nie mamy zielonego pojęcia. Wiem, dowody tylko anegdotyczne, niemniej w tym miejscu apeluję do polskich intelektualistów, by przestać jarać się tymi spadkami spożywanych procentów. Szybko może się okazać, że wolelibyście, żeby wasze dzieci wypiły te pięć piw, zamiast walić sobie opio w żyłę (tak, branie dożylne wraca dziś do łask).
Przesiadując w moim ukochanym osiedlowym barze, trafiam na jeszcze jeden ciekawy artykuł. W „Krytyce Politycznej” piszą, że jedną z pierwszych decyzji nowego brytyjskiego premiera jest obniżenie podatków dla pubów.
WTF? Lewak chce obniżać podatki? I to jeszcze dla miejsc, w których ludzie karmieni są tą okropną neurotoksyną zwaną alkoholem? No otóż według Andy’ego Burnhama pub to „kręgosłup lokalnej społeczności” i ważna część kultury klasy pracującej. Wyobrażacie sobie polskiego polityka na lewicy, który mówi podobne rzeczy? Ja też nie. Myślę, że szybko z osoby lewicującej stałby się postacią raczej lewitującą, która odlatuje tak daleko, że aż wylatuje z salonów.
Niemniej KryPol sprawnie opisuje toczący się od dawien dawna spór o podejście do alko na brytyjskiej lewicy. Z jednej strony ruch trzeźwościowy, dążący do ograniczenia, a nawet całkowitego zakazu alkoholu, postrzegający tę substancję jako źródło społecznego zła: biedy, rozpadu rodzin, chorób. Z drugiej środowiska robotnicze, dla których pub jest niemalże drugim domem, gdzie tworzą się braterskie więzi. „Z niechęcią patrzą one na trzeźwościowy język, widząc w nim próbę dyscyplinowania klasy pracującej przez klasę średnią” – czytamy. No otóż to, chciałoby się powiedzieć.
Gdy niedawno na łamach pewnego mainstreamowego medium ośmieliłam się napisać o konflikcie narracji wokół alkoholu, podkreślając klasowy wymiar naszej rodzimej antyalkoholowej krucjaty, zostałam odsądzona od czci i wiary.
Również twierdzicie, że ta narracja wcale nie jest klasowa? Poczytajcie wypowiedzi tak wrażliwych przecież aktywistów. Jeśli nie znajdziecie tam figury „pijanego wujka na weselu” czy upodlonych tanim browarem ludzi urządzających grille, stawiam piwo. Nie wspominając o tym, że medialną twarzą tego ruchu został terapeuta, u którego czterdziestopięciominutowa wizyta kosztuje okrągłego tysiaka.
Ja wciąż pozostaję przy swoim. Radykalizowanie stanowisk i odgórne narzucanie swoich racji społeczeństwu wcale nie pomaga aktywistom w walce o – skądinąd słuszną – sprawę przeciwdziałania alkoholizmowi w Polsce. A sygnalizowanie cnoty, ujawniające się zresztą na tak zwanej kawiorowej lewicy (daj nam panie jakąś inną!) przy okazji niemal każdego tematu, jest wprost nieznośne.
Podobnie jak aktywiści uważam, że alkohol niekoniecznie wymaga reklamy, a skoro niektóre ograniczenia jego sprzedaży przynoszą społecznie pożądane skutki, wprowadźmy je. Jednak zawsze będę przeciwna narracjom, które dzielą ludzi na lepszych i gorszych. Trzeźwość – tak. Skąpane w klasowej pogardzie „trzeźwusiostwo” – nie.
Idę do domu. Skończyłam piwo. Tym razem bezalkoholowe, bo od zawsze trzymam się zasady „Piłeś? Nie pisz”. Chyba za mało było o tych jabłkach.
*ironizowane




