top of page

Brigitta Davidjants - W ciszę, przeł. Przemysław Podleśny

  • 7 godzin temu
  • 15 minut(y) czytania
Olga Lenartowicz, cyjanotopia
Olga Lenartowicz, cyjanotopia

Jak trzęsienie ziemi, myślę. I zamieram w łóżku, tak jak leżę – ten pokój jest obcy. Zupełnie obcy. Na ścianie wisi dywan. Czerwony, we wzory. Drugą ścianę też pokrywa dywan. I podłogę.


Ostrożnie wstaję z łóżka, przesuwam się pomalutku w stronę drzwi na balkon, a w miarę zbliżania coraz wyraźniej słyszę odgłosy. Zaczynam je rozróżniać. Klaksony, świst opon, rozmowy w obcym języku, ktoś krzyczy i chyba ktoś płacze.


Zza drzwi uderza we mnie gorący zaduch. Ostrożnie wyślizguję się na balkon i rozglądam. Różowe domy z dużych kamieni, wspaniały park na wprost. Widzę policjanta, wymachującego lizakiem. Górę w kolorze pustyni, z czapą śniegu na szczycie. Góra jest olbrzymia, a w swoim ogromie jednocześnie daleka i bliska. Patrzę na nią, przytrzymując się kurczowo balustrady. Patrzę na mężczyznę biegnącego głównym placem. Od hałasu dzwoni w uszach. Mężczyzna krzyczy, ryczy: Azatutjun[1]W jego ręku powiewa trójpasiasta flaga.


Stoję tak przez parę minut, a potem wracam do pokoju jakby nigdy nic.


I wtedy się budzę.


Uciążliwe. Na początku był to zwykły sen, ale teraz wystarcza mi na chwilę przymknąć oczy i nieomal wierzę, że znowu tam jestem. Sny mają skłonność do powtórek. Tak jak codzienna rutyna – ciągle bywam w tych samych miejscach, wśród znajomych twarzy, dzień w dzień poruszając się tą samą trasą: rano do kuchni szykować kawę i jedzenie dla dzieci, potem do pracy, dziesięć tysięcy kroków z powrotem, i znowu dzieci i ich lekcje. To samo we śnie. Znów jestem w tamtym mieszkaniu, które przypomina dawny dom: na ścianach wiszą czerwone dywany ze wzorami, a z dworu dolatują zapachy świeżego masła i kawy, i ten rumor, przywodzący na myśl trzęsienie ziemi. I upojeni zwycięstwem ludzie na placu.


– Zejdź na ziemię – wybija mnie z zamyślenia Ivar. Dobrze wiem, że tylko stara się brzmieć surowo. To ja jemu napędzam stracha, kiedy tak się gapię pustym wzrokiem przed siebie.


Czasami zastanawiam się, czy mu nie opowiedzieć o swoich snach, ale nie mam ochoty. To i tak bez sensu, opowiadane sny to zawsze tylko stek nieznośnych bzdur.


– Znowu nie kontaktujesz i nie słuchasz, co się do ciebie mówi. Jakby cię tu nie było.

Jak w Krabacie, myślę.


Ivar zarzuca mi niekiedy, że nie potrafię się w nic zaangażować. Że jestem niecierpliwa. Nie umiem się po prostu pobawić z dzieciakami na podłodze, tylko drugą ręką zawsze usiłuję zrobić coś pożytecznego.


– Jak w Krabacie? – pytam na głos. Ale Ivar mamrocze coś tylko w odpowiedzi, bo nie czytał tej książki.


Na myśl o Krabacie staję się na powrót dzieckiem, trzydzieści pięć lat ubywa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy go czytałam, tak jak gryzący, słodki zapach, kiedy babcia smażyła dżem w kuchni. Z pamiętaniem w ogóle mam przeboje. Przypadkowe zapachy, barwy – i wszystko wraca. Pokrzywdzenie w trzeciej klasie, takie że do dzisiaj czuję ucisk w piersi. Mama kolegi z klasy szarpiąca mną, bo na wycieczce zaplątałam jej się pod nogami, i przyglądający się temu z boku wychowawca. Innym razem przypomina się coś miłego. Pędzę przez las, gałęzie chłoszczą mnie po twarzy, pod butem czuję rozbryzgującego się ślimaka, ale zdążam: „Raz-dwa-trzy, zaklepany!”.


– O czym myślisz?

– Że jestem zmęczona.


Wypijam wielki haust kawy, chociaż nie powinnam. To już dzisiaj trzecia z rana. Pierwsze dwa kubki opróżniłam, odprowadzając dzieci do przedszkola i szkoły – i wiem, że zaraz zacznie mi kołatać serce.


Poza tym – kawa nie smakuje ani w połowie tak dobrze, odkąd zrezygnowałam z jej słodzenia.


Kiedy urodziły się bliźniaki, kawa była tym, co nadawało życiu sens. Zdarzało się, że wieczorem kładłam się do łóżka i perspektywa porannej kawy była tak ekscytująca, że nie dawała mi zasnąć.


Może chodzi o to, że kawa kojarzy mi się z wolnością? Z młodością? Z czasem, kiedy nie miałam pojęcia o istnieniu Ivara, nie wspominając już o trójce dzieci? Ani o odpowiedzialnej pracy czy o kolosalnej hipotece.


Wtedy studiowałam na wymianie w Armenii, poznawałam korzenie przodków. Kawa była czarna i mocna, z przyjemną goryczką, szczodrze słodzona. Od czasu do czasu próbuję ją w ten sam sposób przyrządzić tutaj, ale nie chce toto wyjść. Za grubo zmielona. Trzy młynki kupiłam, ale żaden nie miele ziaren dość drobno, obojętnie, co by mi obiecywali w sklepie.


W Erywaniu miałam do uniwersytetu piętnaście minut na piechotę, pięć marszrutką. 


– Ach, to przecież nasza studzientka! Więc dotarliście! Zew korzeni – kiwała głową matrona w fioletowej szmince. A ja wtórowałam jej z zapałem. 


– Niedługo ułożymy pani plan zajęć – obiecała kobieta. – Irina Armanowna – przedstawiła się. – Kawaler jest? – zapytała i sama sobie udzieliła odpowiedzi: – Nie, za młoda. Nie szkodzi, już my się tu o kogoś wystaramy!


– Co myślisz, ale tak na poważnie? 


W końcu podnoszę wzrok na Ivara: 


– Myślę, kiedy zrobi się łatwiej. Nora i Mark mają po pięć lat. Prawie sześć. Stefan ma dwanaście. I prawie nie ma takiego dnia, żebym rano nie czuła, że zaraz padnę. Ledwo oczy otworzę, od razu bieganina, niekończące się wrzaski i oczekiwania.


– Na jesieni pójdą do szkoły – kwituje Ivar, tak jakby miało mnie to pocieszyć.

A co to niby ułatwi – myślę sobie – jeszcze wcześniej będą wracać do domu.


Rano zaczęło się od grymasów. Najpierw Mark nie chciał się wygrzebać z łóżka. Potem iść do przedszkola. Potem umyć zębów. Kiedy wreszcie dotarł do łazienki i zastał tam swoją siostrę, koniecznie musiał jej wyrwać z rąk pluszaka. Nora, podobnie jak on nastroszona, rozespana i nie w sosie, wydarła się na cały regulator.


– Proszę! Przestańcie! Sąsiedzi słyszą! – Wybiegłam do nich z kuchni, gdzie właśnie robiłam Stefanowi kanapki. Siłą odciągnęłam Marka z sobą. 


– Kaszkę ryżową! – ryknął, czując zapach płatków owsianych.


Już w następnej chwili tarzał się po podłodze, bez spodni, w samej bluzeczce. Zdesperowana wsypałam do garnka płatki ryżowe, nie słysząc, że Nora od jakiegoś czasu naprzykrza mi się o coś nad uchem, zauważyłam tylko, że od tych wrzasków ręce zwijają się Stefanowi w pięści – on znosi hałas równie źle, co ja.


– Dlaczego nie włączysz tej piosenki? – W tej chwili do mojej świadomości przebiło się istnienie Nory.


– Jakiej piosenki?


– Tej, co słuchaliśmy na wsi.


Jakiej piosenki?


W radiu gadali o triathlonie, a ja pojęcia nie miałam, co to niby jest. Głosy spikerów mieszały się z piskami dzieci. Stałam tak z bijącym sercem, kiedy napatoczył się Stefan i uwiesił mi na szyi. Stefan jest tego samego wzrostu, co ja, a przytula się ciężko i bezwładnie. Jakby człowiekowi zarzucili wór z mąką. Ostatnie, czego mi w takiej chwili trzeba, to żeby ktoś mnie dotykał. Wiem też, że nie wolno mi zaprotestować, bo to jego sposób, żeby dodać mi otuchy. Żeby być wsparciem.


Sęk w tym, że nie jest.


Uściskałam go, na tyle delikatnie i na tyle mocno, jak umiałam, i wyswobodziłam się z objęć. Poczułam, że zalewowi dźwięków towarzyszą różne obrazy: zależnie od tego, z której strony dobiega hałas.


– No to czego byś chciała? – pyta mnie Ivar. – Żeby usiadły w miejscu i ani mru-mru? To przecież dzieci. I jest ich troje. Jasne, że robią hałas.


W Armenii też był hałas, taki jak z mojego snu. Ale on mi nie przeszkadzał. Młodsza byłam. I tamten hałas mnie nie dotyczył. Coś jak współczesna muzyka symfoniczna, która organicznie nabrzmiewa i cichnie, żeby potem uderzyć z nową mocą.


– Wychodzę – oznajmiam Ivarowi, który rozsiadł się już przed komputerem i koduje coś namiętnie. Okręcam szyję szalikiem i wyruszam, dłuższą trasą. Nie chcę się za wcześnie znaleźć w biurze. Tych dwadzieścia minut mam dla siebie. Ulicą Kundera[2] na wprost, przez Politseipark, obok Kaubamai i przez Plac Wolności. Korci mnie, żeby puścić sobie przez słuchawki coś z Gaspariana, na duduku – dla podtrzymania atmosfery snu – jednak w ostatniej chwili rezygnuję i wybieram jakiś nowy postpunk ze Spotify. To mnie zakotwicza w rzeczywistości. Tworzy więź z młodymi, noszącymi się tak samo, jak ja dawno temu w ich wieku.


W uszach bębni mi beat i wydaję się sobie równie cool, co moja muzyka. Ale kiedy zerkam na swoje odbicie w przeszklonych drzwiach salonu piękności, widzę ciemne worki pod oczami, grzywkę w nieładzie i podpuchnięte policzki. Iluzja pryska w jednej chwili.


Kogo ja oszukuję. Oczywiście, że jestem inna. I wszyscy oni mają tego świadomość.


W Armenii jest ciepło. W Armenii jest słońce. W Armenii nie ma depresji sezonowej. W Armenii mają dobre jedzenie, o nieskazitelnym smaku, bez e-substancji. I muzykę, która ogarnia cię swoim ponadczasowym pulsowaniem. 


W Armenii nie będę inna – myślałam, wyjeżdżając.


***


Spóźniam się kwadrans do pracy. Wygląda na to, że nikt nie zauważył. Ciskam torebkę obok biurka i czuję, że płoną mi policzki. Co wiosnę ta sama afera: od alergii twarz mi puchnie i zaczerwienia się.


Jest nas w firmie parędziesiąt osób, typowe modne biuro, gdzie wszyscy pracują we wspólnej otwartej przestrzeni, nikt nie ma własnego biurka, nie mówiąc już o szufladzie. Kiedy ktoś czegoś chce, woła przez cały pokój. Taka polityka naszej firmy – rozmawiamy face to face, nie czatujemy, ani nie wysyłamy SMS-ów. „Human touch”, powiada szef. „Jak za starych, dobrych czasów”. Tyle że w starych, dobrych czasach ludzie nie siedzieli razem w gigantycznej stajni, tylko po dwoje w gabinetach i drzwi były zamknięte. Kto chciał wejść, pukał. Nasze rozwiązanie jest ponoć trendy, back to the people back to the basics, ale nienawidzę go ze szczerego serca, bo każdy krzyk, każde wołanie to urwany wątek w rozmyślaniach.


– Najbliższe zebranie wydziału oprogramowania odbędzie się w Baku – mówi przełożony na mój widok zamiast powitania. 


Filie mamy rozsiane po całym świecie, przełomowe idee fruwają po sieci, a zespoły ds. innowacji lokują się w najważniejszych metropoliach Europy i Bliskiego Wschodu. Szef jest młodszy ode mnie, rozgadany i nieobliczalny. Bierze sobie coś do głowy, robi nam prezentację w estongliszu, a potem oczekuje, że my to z miejsca obrócimy w czyn.


– Ty reprezentujesz nasz team. Wyjazd w przyszłym miesiącu.


On sobie żarty stroi?


– Żarty sobie stroisz? Nie możesz jechać do Baku. – Aram zmierzył mnie wzrokiem tak, jakby zabrakło mi piątej klepki. Poznaliśmy się na uczelni; on studiował historię, ja – technologie informacyjne. – Zabiją cię, masz ormiańskie imię.


Ze wstydu aż zapiekły mnie policzki.


– Nie mogę jechać do Baku – odpowiadam szefowi. – Zahrę wyślijcie, ona jest stamtąd.

Mamy międzynarodową drużynę – są tu Estończycy, Włosi, Azerka, Portugalczyk i cała masa Rosjan i Ukraińców.


Szef rzuca mi wymowne spojrzenie: no i?


– Ja jestem Ormianką. Mieliśmy wojnę. Nienawidzą nas tam.


– Nie dramatyzujesz zanadto? To spotkanie międzynarodowe. Co by się miało według ciebie stać?


– Dla Ormian w Baku nie jest bezpiecznie. Z wielką przyjemnością bym tam pojechała, słowo daję. Moja babcia jest stamtąd i tam mieszkała, póki nie została uchodźczynią wojenną. Serio, co ja mam ci teraz udowodnić?


W tej samej chwili dociera do mnie, że się zapędziłam, głos zrobił mi się piskliwy. Nie żebym nie chciała odwiedzić Baku.


Kolejny natrętny koszmar. Granicę wytyczono tu tak, jakby ktoś wziął czarny flamaster i pociągnął nim w pierwszym lepszym miejscu na papierze. Znajduję się w typowym estońskim borze sosnowym, czuję jego słodki aromat. Wiem, że idąc przed siebie, trafię do Azerbejdżanu. Czego pragnę – zobaczyć tamto miejsce, w którym mógł stać również mój dom. Przynajmniej przez dziesięć minut popatrzeć na okolicę, w której od stuleci mieszkała moja rodzina.


Posuwam się wytrwale naprzód.


I wychodzę z tego lasu, wprost do wielkiego naftogrodu Baku, jakże odmiennego niż różowy, suchy i kamienny Erywań. Potężne domy z białego marmuru, dostojne gmachy starych oper i wieżowce ze szkła, osły i Mercedesy, dławiący upał i morskie powietrze. Kobiety o nosach rzeźbionych od linijki i mężczyźni wbici w garnitury od Armaniego, torujący sobie drogę wśród żebraków.


Mija moje dziesięć minut i wtedy zauważam ją; na granicy miasta i lasu stoi dziewczynka z długimi, czarnymi warkoczami. Ma… pięć lat? Sześć? Wygląda jak kobieta na obrazku w przeglądanej w dzieciństwie ENEKE[3], gdzie pokazane były różne stroje ludowe. Sny to cholerne klisze. Ale zaraz biorę się w garść: bo co robi mała Ormianka sama w Azerbejdżanie? Podaję jej rękę – przyjmuje – żeby zaprowadzić ją z powrotem do sosen, z powrotem do Armenii, z dala od niebezpieczeństwa. Ale za każdym razem sen rozwiewa się z chwilą, gdy docieramy na skraj lasu. A ja się budzę udręczona.


– Dobra, czyli jedzie Zahra. Ciebie połączymy przez Zooma – decyduje szef. – Proszę, przegadajcie sobie od razu, jak wam się to widzi! – Przytakuję i wracam na swoje miejsce.


Zahra podjechała tymczasem na krześle do mojego biurka i gryzmoli coś teraz na karteczkach samoprzylepnych. Wygląda jak księżniczka arabska: duże, ciemnobrązowe oczy o bajecznie długich rzęsach, aksamitne loki do bioder. Czarne, nie brązowe jak moje. Śmieje się dźwięcznie i taka jest maleńka i kochana, no po prostu laleczka. I według niej to jest takie mega super, że obie pochodzimy z Kaukazu. Według mnie nie jest; moja prababka w 1915 roku uciekła z obecnej Turcji, a wtedy Imperium Osmańskiego, przed ludobójstwem, w którym zginęło półtora miliona Ormian. Z rodziną mojej babki włącznie. 


A czym jest wypędzanie Ormian z Karabachu, jak nie ludobójstwem przy użyciu środków zastępczych – myślę sobie.


Raz w kąciku kawowym, kiedyśmy już razem pracowały od roku, podjęłam ten temat.


– To przecież była wojna, wszyscy uciekali – odparła Zahra. – Nie tylko wy. 


– Czyli twoja rodzina też? Niby przed czym uciekali? – zapytałam z przekąsem.


– My tu już jesteśmy trzecie pokolenie – uśmiechnęła się. – Moja prababcia przyjechała za wojny rosyjsko-tureckiej, wszystkim mówiła, że uciekła z kochankiem z sułtańskiego haremu.


– Moja prababcia na początku stulecia trafiła ze wschodniej Armenii do Baku. Przez ludobójstwo – odparłam lakonicznie. Nie mogąc się powstrzymać, dodałam: – Była jedyną ocalałą ze swojej rodziny. Resztę wymordowali. Kogo nie zabili od razu żołnierze sułtana, ten umarł na pustyni w Syrii. Nie wydaje mi się, żeby dało się porównać systematyczną anihilację narodu z haremowymi przygodami. Albo weźmy moją babcię, która trzydzieści lat temu musiała uciekać z domu, tym razem do Estonii.


– Uwierz mi, harem brzmi zabawnie tylko w bajkach. A mężczyźni to mężczyźni, czy Azerowie, czy Turcy, Ormianie, Estończycy, czy Rosjanie – odpowiada rezolutnie Zahra. – Chciałabym zobaczyć twoich Ormian za ostatniej wojny, gdyby im się nawinęła jakaś młoda Azerka.


Jak ja mam jej wytłumaczyć, co czułam, kiedy babcia opowiadała mi o swojej mamie? O tym, jak ją znaleźli na pustyni samotną, zabłąkaną, zdolną wymówić tylko pojedyncze słowa po ormiańsku. Wyobrażałam sobie karawany ludzi na syryjskiej pustyni i zagubione po drodze dziecko. Myślałam o babci, która u schyłku ZSRR straciła dom, zmuszonej wyjechać z Baku, gdzie dorastała, wyszła za mąż, odchowała dzieci – i poczułam gniew na Zahrę. Że trywializuje mój ból. Historię mojej babki i prababki. Przyrównuje trwającą od pokoleń eksterminację do romantycznych historyjek rodem z Tysiąca i jednej nocy.


Na biurku Zahry rozdzwania się telefon; biegnie, żeby odebrać. Chwilę potem słyszę ten jej głos jak dzwoneczek. Patrzę na kubek z kawą i nachodzi mnie myśl, żeby tam napluć. Nie żeby Zahra była niedobra, tylko tak w ramach kary za ignorancję. Ale… kamer się boję. Obejdzie się bez plucia.


***


Trasa z Tallinna do centrum Erywania, z Erywania do lasu i z lasu w sam środek ulicznego zgiełku Baku zajmuje w moim śnie sekundy. Do Erywania idzie się wzdłuż ulicy Lai, trzeba się przemknąć pod arkadą, która wychodziłaby na Suur-Kloostri, ale w nowym stuleciu przegradza ją na amen brama z kłódką. A, czyli dlatego jest pod kluczem, domyślam się przez sen. Bo przechodząc, znajdę się bezpośrednio na placu głównym. I faktycznie wychodzę z cichego, szarego półmroku starówki na rażące światło słońca, między gwiżdżących policjantów i trąbiące samochody. Dokoła mnie wznoszą się budowle z różowego tufu, a nowożeńcy w autach wykręcają rundy honorowe. Między Wołgami lawiruje mężczyzna w odsłoniętej lodziarce, z kaszkietem na głowie i brzuszkiem wystającym ze spodni. Na pojeździe wymalowano rozchachany lód w wafelku, farba złuszcza się. Patrzę na tych ludzi i myślę o małej, milczącej Ormiance, pozostawionej na skraju Baku i lasu. Co z jej rodzicami? Czy nie mówi, ponieważ boi się, że tamci się zorientują?


Gra radio. Gra telewizor. Gra tablet Stefana. Grają dzieci. Ivar ogląda piłkę nożną, z kumplem, na głośnomówiącym przez Skype’a. Każdy dźwięk wdziera się z osobna do mojego mózgu. Jak tysiąc różnych wątków, i nie wiem, na którym z nich się skoncentrować, którego słuchać.


– Ściszcie tam – warczę z kuchni, znad gara z barszczem. Nawet nie wiem, co mieliby konkretnie ściszyć. Gdybym zamknęła teraz oczy, znalazłabym się znowu w lesie.


Taki gęsty las babcia zobaczyła po raz pierwszy w Estonii. W Baku miała za to winorośl i drzewa brzoskwiniowe. Po owoce wyciągały czasem łapy dzieciaki z sąsiedztwa.


– Dlaczego u was sprzedają zielone morele? – zapytała babcia, kiedy wybrałyśmy się razem po raz pierwszy na zakupy na Keskturg. Mieszkała wtedy z nami od tygodnia i wciąż było mi z nią nieswojo.


– To inna odmiana – próbowała przekonać babcię mama, ale babcia kręciła głową bez przekonania. Potem w domu zrobiła gołąbki z mięsem mielonym; kuchnię napełnił obcy, kwaskowaty zapach. Mama jadła i zachwalała. Później tylko powiedziała tacie: patrz, do czego doprowadziła ta wojna, przecież to jedzenie biedoty, mamusia wcześniej takim gardziła. To powinny być faszerowane bakłażany i bułgarska papryka, pomidory i liście winorośli. A nie kapucha.


– Nie zgadniesz, co się dzisiaj działo w szkole – wyrywa mnie z zamyślenia Stefan. – Dwunasta klasa zrobiła nam lekcję niemieckiego i najpierw obejrzeliśmy jakiś marsz, a potem przemówienie Hitlera, a potem cała klasa zrobiła ten gest ręką.

Jaki gest? Sieg Heil?


– Żartujesz sobie?! I ty co zrobiłeś? – tracę nad sobą panowanie i po minie Stefana widzę, że nie takiej reakcji się spodziewał. – Takich rzeczy się nie robi! Nigdy, przenigdy!


– Ale to tylko żarty!


– To nie jest śmieszne! Ty myślisz, że Żydom było do śmiechu, jak ich z hajlem do komór gazowych posyłali?


Stefan ucieka do swojego pokoju i rzuca się na łóżko, a w gardle wzbiera mu płacz. Wiem, że postąpiłam nie w porządku. Trzeba było wytłumaczyć. Idę za nim, siadam obok na łóżku i kładę mu rękę na plecach.


– Przepraszam, że się na ciebie wydarłam. Po prostu – ludobójstwo to coś potwornego.

Patrzy na mnie, drżą mu usta:


– My tak tylko ironicznie. Że z Hitlera.


– Dobrze, ale ta ironia nie dla wszystkich jest oczywista. Wiesz, co powiedział Hitler, wysyłając Żydów do komór? Że nikt nie pamięta Ormian. Rodzice twojej praprababci Ormianki zginęli w tym ludobójstwie. Tym bardziej nie wolno ci żartować sobie z takich rzeczy. Rozumiesz, jaki duży to ma związek z tobą. Ty też jesteś Ormianinem i kto wie, czy nie zawdzięczasz swojego istnienia tylko temu, że twojej prababci jakimś cudem udało się ocaleć.


Mierzy mnie spod swojej jasnej czupryny wzrokiem, w którym tli się iskierka buntu:


– Okej, ale ja jestem Estończykiem.


Mam ochotę zaoponować, ale ostatecznie macham ręką. Właściwie kim ja jestem, żeby mówić jemu, kim on jest?


Dziesiąta wieczór, dzieci w łóżkach. 


– Nie powinnaś była na nie krzyczeć – mówi Ivar.


– Wiem – odpowiadam. I czuję, że muszę się usprawiedliwić. – Ale ja po prostu nie daję rady. Na okrągło narzekają, mają jakieś roszczenia, wrzeszczą i wyją. Dostają wszystko, czego dusza zapragnie, nowe zabawki co tydzień, na obiad makaron w kawiarni[4]. Pojęcia nie mają, jak straszne potrafi być życie.


– Ty zdajesz sobie sprawę, jaka z ciebie demagożka? Żyjesz jakimiś wydarzeniami sprzed stu lat – oburza się Ivar. – Masz troje dzieci, które ciebie potrzebują – tu i teraz. Naprawdę uważasz, że bez nich byłabyś szczęśliwsza?


Tak, byłabym – mam ochotę mu odpowiedzieć, z ręką na sercu. Ale nie mówię nic, odwracam się tylko plecami i zasypiam.


***


Śniło mi się dzisiaj coś dziwnego. Że mam męża i troje dzieci. Dużego chłopca i dwoje młodszych, dziewczynkę i chłopca. Największy przytulał mnie tak, jakby miał lada chwila utonąć, a kiedy wzięłam na ręce maluchy, poczułam takie rozrzewnienie, jak nigdy wcześniej. Obudziłam się, czując nadal ciepły ciężar dziecięcego ciała na sobie i rozpaczliwy żal, że to był tylko sen.


Otrząsam się ze snu i obejmuję dziewczynkę. Ostatnio zawsze jest przy mnie, kiedy się budzę. Musimy dotrzeć w półmrok lasu.


Ciekawe, jaki ma głos.


Wydostanie jej z Baku wydaje się niemożliwością – mimo to próbuję. Przeciskamy się w milczeniu przez zatłoczone ulice – dwie Ormianki – dookoła nas wysocy i smagli, spoceni i krzyczący mężczyźni. Gdzie wszystkie kobiety? – myślę. Ci, widzę, są czymś rozjuszeni – wrzeszczą, powtarzają w kółko to samo, skandują. Palą flagi, których kolor rozpoznaję nawet po zwęgleniu. Z obawy przed zgubnym pośpiechem kalkuluję każdy nasz ruch, ściskam cieplutką dłoń małej i jednocześnie czuję obezwładniający strach, że tamci nas zauważą.


Skraj miasta, jeszcze krok, wchodzimy do lasu – i docieramy do celu, w okamgnieniu. Poznaję po powietrzu. Raptem zniknęła permanentna wilgoć i w przedramiona szczypie nas teraz suche powietrze. Zniknęły też nowe samochody. I ludzie noszą dziwne ubrania. Jak sprzed trzydziestu lat. Jesteśmy na placu centralnym w Erywaniu. Mężczyzna z trójkolorową flagą na ramionach wykrzykuje coś. Że zwyciężyliśmy, pokazaliśmy im. Tym mordercom i gwałcicielom, tym bydlakom tureckim, azerskim.

Nie mamy prądu, nie mamy nawet co jeść, ziemia kołysze się i trzęsie, ale najważniejsze – zwyciężyliśmy.


– Wszystko dobrze – szepczę do niej. – Możesz już mówić. 


Patrzy na mnie i ledwie dostrzegalnie porusza wargami.



Nie ajo[6]. Nie ha[7].


Krew ścina mi się w żyłach, rozglądam się i widzę rój mężczyzn, ani jednej kobiety. Spoconych, krzyczących, wielkich, brązowookich mężczyzn. Muszę się powstrzymać, żeby nie zakryć jej ręką ust. Mała Azerka.


Ostrożnie odmierzamy kroki, torując sobie drogę pośród tłumów na zakurzonej ulicy, a serce wali mi jak młotem ze strachu, że nas zauważą.


Zaduch i upał, różowe domy i błotne kałuże, plamy nafty, białe budynki, skwar i wilgoć, wszystko się ze sobą miesza. Mężczyźni z Armenii, mężczyźni z Azerbejdżanu, nie wiem już, kto jest kim. Dwie kobiety w morzu krzyczących mężczyzn.


Wchodzimy po schodach, po drodze kiwam głową staruszkowi z sąsiedztwa. Odmykam drzwi, wprowadzam dziewczynkę do środka i czuję się naraz nieopisanie wycieńczona. Na ścianach i podłodze szkarłatne dywany. Palcami stóp czuję, jak wydeptane i szorstkie jest ich włosie.


– Chcesz spać? – pytam, myśląc, że może wróci tamten sen, a w nim ciepła, ciężka bliskość dzieci.


Przytakuje. Odpalam w łazience bojler. Woda nagrzewa się, a ja w międzyczasie robię nam do jedzenia zieleninę w lawaszu; nic innego nie ma. Długie warkocze małej upinam w kok. Rozbieramy się i pogrążamy w egipskich ciemnościach pod prysznicem, bo w tej samej chwili gaśnie prąd, limit na dziś wyczerpany. Bojler opróżniamy do ostatniej kropelki. Wycieramy się szorstkimi ręcznikami, aż skóra piecze, i dajemy nura pod kołdrę. Przedtem jeszcze rozplatam jej warkocze, poduszkę pokrywają ciemne loki. Tak bardzo wykończona jestem wojną, tak bardzo tęsknię za swoimi dziećmi ze snu. Jak można tęsknić za kimś, kogo nie ma? Chociaż może kiedy zasnę, tamten sen wróci. Obejmuję dziewczynkę, wtulam ją w siebie i razem zapadamy się w ciszę.

Brigitta Davidjants (ur. 1983) – estońska pisarka, tłumaczka i publicystka, muzyczka i muzykolożka o ormiańskich korzeniach. W swoich badaniach zajmuje się muzyką popularną i subkulturową, w szczególności z perspektywy mniejszościowej i feministycznej. W 2025 nakładem wydawnictwa Bloomsbury ukazała się jej książka J.M.K.E.: To The Cold Land poświęcona najpopularniejszemu estońskiemu zespołowi punkrockowemu. W jej estońskojęzycznym dorobku znajdziemy reportaże, powieści, a także autobiograficzny zbiór opowiadań Plahvatus nätsuputkas ja teisi jutte.


Opowiadanie Vaikusesse (prezentowane tu pod polskim tytułem W ciszę) wyróżniono Nagrodą im. Friedeberta Tuglasa za najlepszy krótki tekst prozatorski roku, a także nagrodą roczną czasopisma literackiego „Looming”, w którym ukazało się po raz pierwszy (nr 1/2024).

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page