top of page

Przemysław Suchanecki - Wyczółkowski

  • 8 godzin temu
  • 4 minut(y) czytania
Sara Szendera, Plac Uniwersytecki
Sara Szendera, Plac Uniwersytecki

Horyzont wciąż niknie za pobliską niwą.

Zawsze coś w ten sposób zakrywa horyzont,

dalekie i wielkie śruby mechanizmu.

Zawsze coś w ten sposób popiskuje w trawach.

To długa, prosta droga.

Nieopodal, na stacji stoi mnóstwo ludzi.

Naprawdę chciałbym zobaczyć wieżycę kościoła

zza Paradise Garden. Wśród ciasno upakowanych budyneczków,

w zasypanej liśćmi enklawie, przebłyskuje zza pergoli

niewielka łuna pomarańczowego światła. Świszczy

między przyczółkami. Młody punk z kwiatami na dworcu w Głogowie.

To śmieszne, jak zajmuje się ziemię i wtyka w nią flagę.

Jak powoli zjada się ziemię razem z ludźmi, nazwami i krwią.

Czarne włosy w słuchawkach Marshalla. Zapach kwiatowych perfum.

Naczynie, które przekazuje miłość może być puste,

a wciąż mu się udaje, jeśli nie jest kruche. Tuziny pojazdów.

Chmury kryją ziemię. Ktoś do mnie pisze – nie czytam

od razu. Burza w mojej wewnętrznej stolicy.

Centrum administracji mojego ustroju. Nie potrzebuje

drzewek, ani wody. Bardzo potrzebuje drzew

i dużo wody. Opóźniła mój przebieg

gwałtowna awaria.

Zapach papierosów i język wietnamski obiegły

wspaniale sklepiony glob głowy. Byłem

w wielu sklepach, ale nie znalazłem tam tak utrefionego

wrażenia. Jesteś tu, w tym podszerstku miasta, purpurowym podziemiu,

czy tylko mnie zwodzi ociężały wzrok?

Osiedle kolorowych barci. Niech zacznie płynąć w tobie

prąd i miód. Premiera dnia. Ubieram się. Na nagie ciało

kładę zwiewne ciało, które nie jest w stanie spaść

pod wpływem grawitacji.

Mały żółty punkcik wciąż w zielonym polu, mimo listopada.

Na swoją obronę powiem, że wiele żyliśmy, choć mogę się wydawać

tylko słupem soli. Ta głęboka warstwa ziemi pod komputerem.

Ktoś, kto zajął moje miejsce w środku mikroprocesora.

Piksel siana. Mówimy do siebie pod wpływem.

Namawiają mnie. Uliczka zakręca i pokazuje coś,

co mnie uszczęśliwia. Nie byliśmy tu. Znów skręcam.

Fotografuję i fotografuję, mimo brudnego obiektywu.

Zupełnie niezaplanowany dzień. Bez łóżka, na podłodze.

Brzmi jak śmierć. Pole bliższe, niż horyzont.

Obieram co dnia kogoś na funkcję siebie. Nade mną przewody,

przewody we mnie. Obca mi anemia. Pogorzelisko,

gdy cię dotykam. Trzepoczące skrzydła. Bardzo stare,

rozłożyste, niechronione. Proces żółknięcia. Nikt nic

nie wie. Chimeryczne popołudnie nad kawą i książką.

Wielka próba ciszy, której nie oprze się żadna perfekcja.

Slalom. Ach, tam już przecież byliśmy. Dom dla

upartych idealistów. Brudna posadzka. Polder.

Pusta komora. Zwolnienie blokady. Parsknięcie pustego

śmiechu. Nad czym się tak biedzimy? Rozproszenie niepokoju

przez potężny tekst. Walka o godne życie. Charakter.

Wygrałaś. Wygrałeś. Wygrałem. Kluczenie między

konwencjami na stromych schodach. Z dołu

patrzą na ciebie. W końcu równasz się z nimi,

a wiadomości pozostają nieodczytane. Na zewnątrz

przejeżdżają auta wiedzące jeszcze mniej.

Fabryka czegoś, czego nigdy nie użyjesz. Jest to,

oczywiście, z ruchu. Jak i kolorowy demon.

Gminna gondola. Błękitny wagon towarowy

pełen naszych najmniejszych przedmiotów.

Kilkuletni, wełniany płaszcz. Będę go nosił jeszcze

bardzo długo. Rozproszenie to stan, który gwarantuje,

że historia nigdy nie zostanie opowiedziana do

końca. Pozostawi czytelnika z nieco przykrym

i podniecającym uczuciem zawodu. Kiedyś zawył

Jakub Bohme i wszystko było jasne, gdy zerkał na

szczyty w oddali. Poniechałem aniołów i nawiązałem

kontakt z innymi zmysłami. Wsadziłem dłoń

w gęsto zarośniętą gałąź i zostały mi na ręce takie

malutkie, złote kropelki. Nigdy już z niej nie zeszły,

choć szorowałem często i z desperacją. Pędzę

bardzo powoli jak szpak z sadu do sadu. Odkupiłem mysz

od człowieka, który ją dręczył. Szczegóły? To tylko

tenis między jednym biznesem a drugim. Żyjemy w zupełnie

różnych światach, co innego mamy w głowach, nasze

myśli milkną w nierównych odstępach. Bardzo

chciałbym zespolić się ze ścieżką, którą mam przed sobą,

a pozostało mi tylko szukać własnej mowy w głębiach

klatki piersiowej. Chciałbym przystanąć, ale to byłby początek

końca. Ustał koniec, rozpoczął się nowy etap.

Czerwony napis sklepu DINO

wyłania się z końca szarego dnia. Podzieliłem to tak,

żeby nic nie zostało na później. Pojedyncza lampka

w ciemnym wnętrzu. Stacja ładowania

elektrycznych autobusów. Ogromne łabędzie

z jaspisowymi dziobami. Uważasz, że nie mogło się tak

stać? Opuściłem miejsce, w którym coś się działo.

Mieszkanie socjologa jako ziszczona teoria.

Zafrasowanie zbiera się we mnie do bitwy.

Giełda w opuszczonym wnętrzu magazynu.

Opróżnienie konta zupełnie na próżno.

Swobodna rozmowa sąsiadów w dalekich krainach.

Współpraca, z której nie ma nic dobrego,

poza biciem piany. Pewne rzeczy, aby zaczęły działać

trzeba wznieść ku niebu. Pieniądze wyrzucam za

horyzont. Nasza ojczyzna to blaszany pawilon.

Włączam tu światło. Odpalam fajerwerk.

Jestem narzędziem tajnych służb, ale już niedługo.

Było tak, że rozmawiałem, ale zacząłem pytać.

Ta granica jest bardzo wytrzymała.

Nic jej nie zmoże.

Zwiąż włosy z tyłu głowy. Możesz.

Idziemy w jedyną przestrzeń, gdzie coś się dzieje

w tej godzinie. Dawne przedsiębiorstwo ma

włączone światło. Wszystko widać.

Wszystko chce czuwać. Są takie ciała,

które płyną w blasku całą dobę. Uśmiechasz się.

Możemy iść dalej. Mamy całe życie.

Małe niepokoje, odpowiednio karmione, rosną

na wielkie tragedie. Na naszych oczach. Na rękach.

Ważysz zdanie. Patrzysz krzywo w piec.

Biegniesz do pracy plując z wyczerpania.

Chciałbyś się wykąpać z Coroną w dłoni.

Grasz speed bez celu, tylko aby się bawić.

Czytasz beletrystykę, filozofię, poezję.

Masz w sobie coś takiego, że wszyscy chcą ci się

oprzeć, ale nikt nie jest w stanie. Znajdują więc w tobie

oparcie. Nie jesteś w stanie zdecydować,

którą stronę sporu pierdolisz bardziej, bo najszczerzej

pierdolisz sam spór. Nudny eksperyment

ze stawkami. Historia dla obu biegunów.

Napięcie przez długi okres nie tych mięśni co trzeba

przyprawia o niepotrzebne cierpienie. Zgubiłem zaranie.

Jest coś głęboko obrzydliwego. Wzrosło. Budowa.

Farma. Wjazd do miasta. Taki

kiedyś byłem, a taki nigdy nie będę. Istota jest w tym.

Formuję pewne środowisko, ale nagannym jest to ogłaszać.

Przybliżam rówieśnikom rodzaje plastiku.

Zakładam kaptur na trzecią kwartę księżyca.

Księżycowa pustka ogarnia mój kościół.

Rzym to farba bez fundamentu. Wczołguję się

pod pagony nieobecnych ojców. Dandysowskie,

ironiczne postawy.

Chowanie się w formie.

Czy może lepienie formy na swoje podobieństwo?

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page