Paweł Kałuża - Ameba zombie w gotyckiej katedrze
- 7 godzin temu
- 3 minut(y) czytania

W ciepłych wodach zalewu rybnickiego grasuje biały sum. Jest ogromny. Ciepła woda i brak naturalnych zagrożeń pozwoliły mu urosnąć bardziej niż jakiejkolwiek innej rybie. Nawet człowiek mu nie zagraża, przez nienaturalne parametry wody akwen jest wyłączony z klasyfikacji rekordów Polskiego Związku Wędkarskiego, więc sum grasuje w zalewie, je i rośnie, je i rośnie. Tak całymi latami.
Jest szósta rano. Nad wodą unosi się para. Słońce leniwie wspina się nad kominy elektrociepłowni. Z nich też wydobywa się para i jest jej dużo więcej. Wyprodukowane ciepło nie płynie wyłącznie do domów w Rybniku. Ogrzewa też zalew, sprzyja sumom gigantom i afrykańskim pierwotniakom. Nie sprzyja za to wczasowiczom. Władze miasta przyznały wyłączne prawo do kąpieli pierwotniakom, które chętnie wyjadłyby ludzkim pływakom mózgi.
Kiedy wchodzimy na betonowy wał, naszym oczom ukazuje zalew w pięknej, złotej krasie. Każdy w ręku trzyma równie złoty trunek, już otwarty, powoli sączony. Ludzie jadący drogą wojewódzką śpieszą się w tym czasie do kościoła. My nie śpieszymy się nigdzie, wracamy z imprezy. Przed nami i za nami długa trasa, jesteśmy zmęczeni, należy nam się przerwa. Przeskakujemy przez kolorowe barierki i siadamy na brzegu. U naszych stóp kotłują się wygłodniałe pierwotniaki zombie, głębiej czai się sum, ale nie ma głupich, my tu tylko podziwiamy widoczki.
Ktoś wyciąga blanta, palimy. Pierwsze trzy buchy są okej, przekazuję blanta dalej, zawsze w lewo, od serca. Wraca do mnie i skrupulatnie liczę: raz, dwa, trzy, w lewo. Wraca, liczę, podaję. Wraca znów, raz, dwa, trzy, cztery i nagle moja głowa staje się ciężka, opada w dół. Wiesza się na niby gotyckim łuku moich palców, opartym na niby gotyckich kolumnach moich kolan. Wszystko jest strzeliste w stronę suma. Strzeliste i w ogóle nie lekkie, waży tyle, co prawdziwa świątynia z cegieł i zaprawy. Na landszafcie pod tytułem: „Wschód słońca nad zalewem” do elektrowni i mgieł dołącza odwrócona do góry nogami, gotycka katedra.
Ja jestem tą katedrą, ale jestem też sobą i czuję się z tym dość okropnie. „Tak się kończy chciwość”, myślę sobie. Co prawda mogło być gorzej, mogłem poczuć się jak płonąca Notre Dame, to już zdarzało się w przeszłości. Gdybym nie znał piosenki Bas Tajpana, byłbym przerażony. Na szczęście wiem, że nikogo nie zabiła. Nie zabija i mnie. W mojej głowie nie ma strachu, nie ma nic, gdyby pierwotniaki mnie teraz dopadły, pewnie rozbolałyby je nibybrzuchy.
Za to w moim ciele jest strachu bardzo dużo. Nie trzęsę się, bo nie mogę się ruszyć. Jest mi sucho, piasek w ustach, Sahara. Ale wokół Sahary toczy się życie. Beduini rozmawiają, żartują, śmieją się, mówią coś do mnie, śpiewają pieśń pustyni, ale pustynia milczy, nie odpowiada. Nie jest w stanie. Mówią za szybko i za śmiesznie, piach waży za dużo, tony piachu przewalają się przez drzwi i okna katedry, piach zasypuje ławki, ambonę, chrzcielnicę, ołtarz. Zaczyna kręcić mi się w głowie, koledzy modlą się za mnie, lecz modlitwy pozostają bez odpowiedzi, chciałbym wykrztusić słowo, ale nie mogę. Jestem skamieniały i zasypany piachem.
Wpatruję się w ziemię, konkretniej w beton, z którego zbudowane jest całe nabrzeże. Jest piękny, z szarej masy piasku i cementu co rusz wystają kolorowe kamyczki. Aż chciałoby się z nimi porozmawiać, takie są figlarne i wesołe, ale teraz, kiedy czuję, że jako pierwszy na świecie mógłbym znaleźć z nimi wspólny język, nie mogę wykrztusić słowa. Nie mam mięśni śmiechu.
Nie mam żadnych mięśni. Nie mogę się ruszyć, zaczynają boleć mnie plecy, zaczynają łamać się pod własnym ciężarem, sploty palców się luzują, budynek grozi zawaleniem. W zalewie u mych stóp przepływa jeden biały sum i milion afrykańskich ameb, patrzą na mnie, na Beduinów, na kamyczki, na pustynię, na katedrę i nie rozumieją tragedii, która rozgrywa się na ich oczach i nibyoczach. Kilkaset metrów od nas ze swoim sprzętem rozstawia się wędkarz, chociaż nie widzę jego twarzy, czuję, że krzywo patrzy w naszą stronę, nie wiem, czy na mnie, czy na suma.
Całą swoją wolą (bo nie mięśniami) podnoszę się, poprawiam, wracam do pozycji. Jest lepiej, ale tylko na chwilę, znowu zaczynam się osuwać, niżej i niżej. Pytają mnie, czy wszystko ok, resztką sił kiwam głową, że tak. Pytają, czy chcę piwa, resztką resztki kręcę, że nie. Siedzę dalej o suchym pysku, chociaż najchętniej wypiłbym cały parujący zalew. Ale do tego musiałbym się ruszyć, a to teraz daleko poza moim zasięgiem.
Tam, gdzie patrzę, wędruje żuczek, myślę sobie: „Co ty tu robisz żuczku?”. I nagle robi mi się niedobrze. Powstrzymuję się od wymiotów, bo wstyd i syf, ale przez to czuję się jeszcze gorzej, muszę skupić na czymś myśli, żeby nie oszaleć (nie zwymiotować), najpierw skupiam się na nogach, ale to nic nie daje, potem skupiam się na pięknym widoku, ale to bez sensu, bo patrzę w ziemię. Moje ostatnie tchnienie to prośba o to, żeby włączyli mi filmik, na którym inni mają gorzej ode mnie.
Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech, którym śmiać się nie umiem.




