Bartek Żurawiecki - zestaw czterech próz


obraz, Mirela Bukała



PRZYJĘCIE


To było naprawdę wspaniałe przyjęcie. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że stawił się u nas poznański tout le monde. Był szef historii sztuki, profesor Dobrucki, dyrektor Teatru Polskiego, Cudak z małżonką Cudakową, radna Maczkowska, prezes Grupy Stonewall, Krogulec ze swoim partnerem, przemiłym doktorem Kawką. Był mecenas Zajączek i wiceprezydent Niedbalski. I redaktor Suwnicki, który przyjechał do nas prosto z Warszawy. Boże, kogo u nas wtedy nie było! Chyba tylko dyrektor Biblioteki Raczyńskich, Dziubeckiej, bo akurat dopadła ją dyspepsja.

I wszyscy, dosłownie wszyscy nie mogli wyjść z podziwu, jak pięknie, wspólnie z mężem moim, Ludwikiem, rektorem Politechniki Poznańskiej, odnowiliśmy nasze 220-metrowe mieszkanie w starej, powtarzam starej i zacnej kamienicy na Słowackiego, gdzie przez tyle lat komuny i postkomuny gnieździli się głównie menele i lumpenproletariat. Wreszcie przed tygodniem udało nam się ostatecznie całą tę zgraję przepędzić. Mieliśmy więc jeszcze jeden powód, by wydać bankiet.

Nie pamiętam już dokładnie, o czym akurat toczyła się dyskusja, chyba o posthumanizmie, którego założenia przedstawiała nam doktor Skalnicka z kulturoznawstwa, gdy redaktor Suwnicki przeprosił towarzystwo i udał się do toalety. Nie było go dłuższą chwilę, a gdy wrócił to z galanterią ucałował moją dłoń.

- Pani wybaczy, pani Marianno, ale właśnie zrobiłem kupę w państwa pięknej toalecie.

- Ależ, panie redaktorze, tak uroczemu mężczyźnie jak pan, w dodatku ze stolicy, jestem w stanie wybaczyć wszystko.

- Naprawdę staram się nie defekować poza swoim miejscem zamieszkania, ale jestem dzisiaj w obcym mieście i tak mnie przypiliło… Starannie jednak spuściłem wodę i spryskałem toaletę odświeżaczem powietrza. Nie czuć już nawet cząsteczki moich gazów.

- Znam pana teksty, panie redaktorze, wiem, jaki jest pan uważny i dokładny. Trudno znaleźć w nich choćby literówkę.

- Proszę pomyśleć, szanowni państwo, jak to się wszystko zmienia – zauważył refleksyjnie profesor Dobrucki, autor wybitnej książki „Zalety szaletów w Poznaniu lat 1863-1937”. – Kiedyś najlepszym sposobem zlikwidowania smrodu było zapalenie zapałki. Dzisiaj nikt już nie używa zapałek, musimy więc kupować odświeżacze powietrza.

- Tak! – Przytaknął entuzjastycznie dyrektor Cudak, znany ze swych zaiste lewicowych zapatrywań. – Kapitalizm zarabia nawet na naszym gównie.

- Co za bzdura! – Wykrzyknął wiceprezydent Niedbalski, zajadły liberał gospodarczy o mocno konserwatywnym światopoglądzie. – Gówno to lewicowy wymysł. Gdyby prawica rządziła światem, to nikt by nie srał.

- Panie doktorze… - zwróciłam się szybko do Kawki, gdyż za wszelką cenę nie chciałam dopuścić do kłótni na tle politycznej; psują one atmosferę w dużo gorszym stopniu niż pryknięcia. – Nie chcę być wścibska, ale ciekawi mnie, czy gówno gejowskie różni się czymkolwiek od gówna heteroseksualnego.

- Szanowna pani, jestem psychiatrą… - odparł szarmancko Kawka, wychylając duszkiem Jaegermeistera . - …nigdy więc nie prowadziłem dokładnych badań na ten temat. Ale na podstawie naszych, z moim kochanym Jurkiem… - tu chwycił Krogulca za rękę - …obserwacji mogę, choć zapewne nie w stu procentach, zapewnić, że różnice nie są dostrzegalne na pierwszy rzut oka. I pierwszy węch nosa.

- To prawda – poparł partnera Krogulec, który nie tylko prezesował organizacji walczącej o prawa mniejszości seksualnych, ale był także właścicielem przeznaczonego dla nich klubu, miał więc niewątpliwie sporo do czynienia z ekskrementami klientów. – Choć… przepraszam, nie chciałbym wyjść na seksistę... Wydaje mi się jednak, że kobiety częściej zapychają muszle klozetowe.

- Czyżby więc kał miał gender? – głośno zaczęła się zastanawiać doktor Skalnicka.

- I dokąd odchodzą odchody? – Wtrącił milczący przez cały wieczór znakomity poeta Wychódzki, laureat wielu nagród krajowych i międzynarodowych, w tym o Złoty Łopuch i Biały Bobek.

- Lepiej, żeby nigdzie nie odchodziły. Lub przynajmniej, żebyśmy byli w stanie to kontrolować – odpowiedział Kapitalski z Akademii Ekonomicznej, światowej sławy specjalista od stosunków handlowych w UE. - Racjonalne zarządzanie fekaliami to, rzekłbym, nawóz współczesnej gospodarki. Przy rosnących problemach z zasobami naturalnymi i widmie globalnego kryzysu tak ekonomicznego, jak i żywnościowego nie możemy sobie pozwolić, by zmarnowała się, za przeproszeniem obecnych tu pań, jakakolwiek kupka.

- Czy jednak… - kontynuowałam dyskusję, która wydawała mi się bardzo ożywcza dla intelektu - …każdy kał, o dowolnej konsystencji jest, z ekonomicznego punktu widzenia, tyle samo wart? Czy biegunka winna mieć tę samą cenę, co stolec zwarty, twardy i słusznych rozmiarów?

- Powiedziałbym wręcz, że biegunka winna osiągać na rynkach cenę najwyższą. Łatwo ją bowiem upłynnić, zalać nią rynki zagraniczne. To zupełnie jak niegdyś wysoko ceniona przez naszych rolniczych przodków gnojówka. Zwarte fecesy to ekscesy, że tak sobie filuternie zażartuję.

Wszyscy się roześmiali, tylko mąż mój, rektor Politechniki, miał niewyraźną minę.

- Ludwiczku, a co tobie? – Zapytałam z troską. – Słyszę bulgotanie w brzuszku, powietrze też leciuteńko zepsute się zrobiło. Nie popuszczasz aby? Nie musisz biec na sedesik?

- Tak, tak… - Ludwik z trudem łapał oddech. – Wiesz, że twoje jedzenie… Państwo mi wybaczą…

I wybiegł z pokoju.

- Ach, te jego wypróżnienia! – poskarżyłam się zebranym. – Nieregularne, kapryśne, humorzaste. Albo godzinami siedzi w ubikacji i nic nie może z siebie wydusić, albo biega co chwilę po zjedzeniu byle kąska.

Goście powoli zaczęli się zbierać.

- Doprawdy, będę wspominała ten wieczór przy każdym zatwardzeniu – zapewniła radna Maczkowska, ściskając mnie na do widzenia.

- Prosimy się nie krępować i odwiedzać nas częściej – żegnałam wylewnie mych drogich przyjaciół. – Nasz klozet zawsze stoi dla państwa otworem.



OPOWIEŚĆ WIGILIJNA


Spróbujcie nie spędzić w Polsce Wigilii! Jest to trudniejsze niż załatwienie czegokolwiek w urzędzie. Ostatnio jeszcze trudniejsze, bo przecież wiele spraw urzędowych można już załatwić przez Internet. A jak tu spędzić przez Internet Wigilię?

Starałem się. Naprawdę się starałem. Googlowałem do późnej nocy, szukając odpowiednich stron lub agencji, który pozwoliłyby jednym – no dobrze, kilkoma – kliknięciami załatwić problem znienawidzonego święta. Na próżno! Niestety, nie doszliśmy jednak do takiego poziomu rozwoju cywilizacyjnego.

Dostałem za to mnóstwo mejli, w których proszono mnie, wręcz błagano… co ja mówię - zaklinano, bym nie spędzał tego dnia samotnie, bo nikt nie powinien być w wigilijny wieczór sam, a gdybym, nie daj Boże, nie miał dokąd pójść, to różne domy opieki i fundacje katolickie organizują kolacje wigilijne, więc mam koniecznie się do nich zgłosić i skosztować ich barszczu z uszkami.

Idioci! Czy ja wyglądam na jakiegoś biednego albo bezdomnego?

Wysłałem wszystkim moim, nielicznym na szczęście, krewnym i znajomym SMSy z informację, że, życząc ich najpiękniejszych świąt, wyjeżdżam bardzo daleko, bodaj na Madagaskar, nie będą więc mógł osobiście się z nimi podzielić opłatkiem. W odpowiedzi zostałem zalany stekiem wyzwisk, że jak śmiem opuszczać na Boże Narodzenie Polskę i to na rzecz jakiegoś kraju barbarzyńskiego, zostawiając ojczyznę i rodzinę na pastwę losu i kapusty z grzybami.

Czym prędzej więc odpisałem krewnym i znajomym, że to, oczywiście, pomyłka, że telefon złośliwie przekręca słowa, że nigdzie się z Polski nie ruszam, bo tylko tutaj można poczuć do szpiku kości i po same koniuszki palców magię Świąt, ale, niestety, zapadłem na ciężko chorobę i muszę zostać w wigilię w szpitalu.

Tu rozdzwoniły się zewsząd telefony zatroskanych krewniaków, którzy już gnali do mnie z pierogami i mazurkami, by mi osłodzić szpitalną niedolę. Musiałem więc w panice ostrzec, że choroba jest niesamowicie zakaźna, bo przywieziona z kraju barbarzyńskiego właśnie, co natychmiast poskromiło ich filantropijne zapędy. Wszystko ma jednak swoje granice, nawet polska gościnność. Z zakaźnie chorym barbarzyńcą nikt przy jednym stole siedzieć nie będzie.

Udało się! Zostałem w wigilię sam.

O godzinie 17, gdy smród przypalanego barszczu rozniósł się po okolicy, rozparłem się wygodnie przed ekranem laptopa, by sprawdzić nowości na redtubie. Wtem usłyszałem dzwonek do drzwi. Poirytowany zamknąłem wieko komputera, podszedłem na palcach do judasza i zerknąłem.

Za drzwiami stał mężczyzna w garniturze i pod krawatem.

- Kto tam? – zapytałem nieprzyjaźnie.

- Niespodziewany gość – odpowiedział słodko nieznajomy.

Co było robić?! Moje sumienie, poddawane od małego katolickiej indoktrynacji, nakazywało mi przyjąć w wigilijny wieczór pod swój dach niespodziewanego gościa. Kierowany więc odruchem etycznym automatycznie otworzyłem drzwi.

Mężczyzna był wysoki, przeraźliwie chudy w ramionach i znacznie szerszy w biodrach, nadto miał usta wydatne jak siostry Godlewskie i włosy gładko zaczesane do tyłu, lśniące niczym łuska.

Bez słowa wpakował mi do mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi.

- Polikarp Sądecki – przedstawił się, podając mi rękę. – Nabrałem pana. Nie jestem zbłąkanym wędrowcem, lecz przedstawicielem Towarzystwa Zwalczania Samotnych Wigilii. – Machnął mi przed nosem jakąś legitymacją.

- Ale jak mnie znaleźliście – wybąkałem, oblewając się rumieńcem wstydu. – Ja się przecież nigdzie nie chwaliłem, nie mam nawet konta na Facebooku.

- Oko Opatrzności nie potrzebuje Facebooka – odparł Polikarp, patrząc na mnie bezceremonialnie swymi wyłupiastymi ślipiami. – To na początek będzie mandacik 500 zł.

- Za co? – jęknąłem.

- Za obrazę moralności publicznej i pogwałcenie dobrych obyczajów.

- Można kartą?

- Nie można – odparł twardo inspektor Sądecki i wszedł do pokoju. – Idźmy dalej. Stół nie nakryty, brak podstawowych potraw świątecznych, nie ma opłatka ni sianka. Nawet choinki brak. Należą się panu rózgi. Ponieważ jednak żyjemy w XXI wieku i nie uznajemy już kar cielesnych, to będzie następne 500 złotych. Zna pan jakieś kolędy?

- „Cicha noc, święta noc…” – wyjęczałem.

- Niemiecka. Nie liczy się. 500 plus.

- Ale ja nie mam! – Byłem bliski płaczu.

- No właśnie. Zapewne nie ma pan tam także dzieci, które powinny biegać radośnie po mieszkaniu, wyglądając Świętego Mikołaja. Przynosi pan wstyd całej chrześcijańskiej wspólnocie. Wybiera się pan chociaż na Pasterkę?

- Wybieram się – zapewniłem.

- Za późno na kłamstwa. W tym stroju… - spojrzał pogardliwie na moją przetartą tu i ówdzie bawełnianą piżamę w biało-czerwone paski i narzucony nią niedbale szary, wystrzępiony szlafrok ze zwisającym smętnie paskiem - … i tak nie ma pan szans na odkupienie win. Proszę natychmiast oddać mi całą gotówkę, jaką pan dysponuje, a także pokazać dowód.

Odwróciłem się, by posłusznie wykonać jego polecenie. Portfel z pieniędzmi i dokumentami miałem schowany w szufladzie biurka.

Ledwo zrobiłem dwa kroki, gdy poczułem, że w plecy wbija mi się nóż.

- Ha! - usłyszałem triumfalny głos Sądeckiego. – Znowu dał się pan nabrać, jakby to był jakiś Prima Aprilis. Nie jestem funkcjonariuszem. Jestem Poli-karp, duch wszystkich karpi. Przyszedłem się zemścić za wszystkie stulecia naszych cierpień.

- Ale dlaczego na mnie? – Poskarżyłem się, padając na kolana i zwracając z niejakim trudem głowę w stronę mego oprawcy. – Jestem weganinem i ateuszem, a na domiar złego homoseksualistą. Poza tym to nie nasza, Polaków wina. To wszystko przez Żydów. To oni nauczyli nas jeść karpie.

- Nie obchodzą mnie pańskie marne wymówki. A wybraliśmy pana, bo spędza pan wigilię sam, więc żaden karpiożerca nie stanie w pana obronie.

Tu wyciągnął ponownie nóż i podciął mi gardło.

Następnie wyszedł, uprzejmie zamykając za sobą drzwi.

Zacząłem rzęzić.

Wiedziałem jednak, że nie ma to najmniejszego sensu. Jest przecież Wigilia. Nikt mnie nie usłyszy.



STREFA WOLNA


Nie wiem, kto złożył na mnie doniesienie, w każdym zapukali do mnie o piątej rano. Najpierw zapukali, a potem zaczęli łomotać. Łomotali, a potem zaczęli cisnąć na dzwonek. To wreszcie wstałem i im otworzyłem.

Było ich dwóch. Jeden wysoki i gruby, drugi niski i chudy. Nie do końca tak jak w kreskówkach. Wysoki i gruby przemówił pierwszy:

- Pan Brzycki? – bardziej stwierdził niż zapytał. - Starszy posterunkowy Mamrociński, a to… - wskazał na chudego – nadaspirant Dowożonko.

Nie czekając na zaproszenie, weszli do mieszkania.

- Gdzie sypialnia? – zapytał Dowożonko.

Ociężałą od snu głową wskazałem im drzwi w głębi pokoju.

- Pan pójdzie z nami – Mamrociński złapał mnie za ramię i powlókł ze sobą.

W sypialni policjanci usiedli na moim łóżku i zaczęli podskakiwać, jakby sprawdzali sprężystość materaca.

- Przepraszam – wybąkałem. – Barłóg trochę. Jeszcze spałem.

- Panie Brzycki… - zawołał Mamrociński i zerwał się na równe nogi. – Pan obywatel gej?

- To znaczy? – Nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem.

- No, że pan tu… z innymi obywatelami płci męskiej – doprecyzował Mamrociński.

- Chyba nie muszę się…

Zaczerwieniłem się i zagryzłem usta.

- Panie Brzycki… - teraz Dowożonko wstał z łóżka -… czy pan wie, że zgodnie z artykułem 32 konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej nikt nie może być dyskryminowany?

Skinąłem potakująco głową.

- Tymczasem… - znowu Mamrociński przejął prowadzenie rozmowy - …dostaliśmy zgłoszenie, że pana łóżko jest strefą wolną od heteroseksualistów. Jak się z tego wytłumaczysz? – Nieoczekiwanie przeszedł na „ty”.

- Ja… Ja przecież nikogo nie sprawdzam. Może trafił się jakiś hetero.

- Nie wciskajcie mi tu kitu, Brzycki. Dobrze wiemy, co i z kim wyprawiacie. Nie będziemy tolerować waszego obrzydliwego postępowania. Heteroseksualiści to też są ludzie.

Prawdę mówiąc, okropnie chciało mi się sikać. Jak to zwykle bywa po przebudzeniu. Przestępowałem więc z nogi na nogę i próbowałem załagodzić sytuację.

- Czy może chcieliby panowie ukarać mnie na miejscu? Chętnie z panami zadośćuczynię za swoje przewinienie.

Nie, żeby mnie jakoś pociągali seksualnie. Ale też o piątej rano nikt nie może być pewny swoich preferencji.

- A skąd założenie, że jesteśmy hetero? – napadł na mnie Dowożenko. – Pan segreguje ludzi. Pan jesteś faszysta z Auschwitz! Panu się jakieś getto marzy!

- Obywatelu! – Mamrociński ponownie przybrał oficjalny ton. – Sprawujemy służbę w imieniu organów Rzeczpospolitej, nie możemy więc być jednocześnie podmiotem i przedmiotem sprawy. Na razie udzielamy panu nagany, ale proszę bezzwłocznie zlikwidować tę strefę wolno od hetero. Wkrótce wpadniemy do was z niezapowiedzianą wizytą, by skontrolować, czy zastosowaliście się do naszych poleceń. Zaznaczam także, że zakaz dyskryminacji odnosi się w takim samym stopniu do mężczyzn, co do kobiet, nie wymiga się więc pan wyłącznie facetami. Kolejną sankcją przewidzianą prawem będzie grzywna w minimalnej wysokości 200 złotych, następnie oddamy sprawę pod nadzór prokuratorski i skierujemy ją do sądu. Pouczamy, a nawet ostrzegamy.

- Ale… - próbowałem oponować - …moje łóżko jest niewielkie. Gdzie ja tu jeszcze wcisnę hetero?

- A w nogach, na przykład – Dowożenko wskazał na skraj łóżka. – Zresztą, to już problem obywatela. My nie wtrącamy się do życia płciowego podatników. Miłego dnia!

I wyszli, nie domykając zresztą za sobą drzwi.

Już nie zasnąłem, lecz od razu wziąłem się do roboty. Zamówiłem w drukarni naklejki „Nie dla stref wolnych od hetero” z numerem telefonu i adresem. Gdy przyniósł je kurier, zapytałem go, czy jest hetero i czy nie chciałby - oczywiście, po pracy - zagościć w moim łóżku. Ucieszył się, bo akurat miał jakieś problemy lokalowe. Co prawda, jak mi wyznał po cichu, tak naprawdę jest biseksualny, ale może da się to zatuszować albo nagiąć. Nie posiadałem się z radości i nawet zmieniłem pościel.

Rozlepiłem naklejki, gdzie się tylko dało: na drzwiach do klatki, na drzwiach mieszkania, na poręczy łóżka. Na ulicznych latarniach też. Ze smutkiem stwierdziłem, że większość tych, które przylepiłem w miejscach publicznych, została następnego dnia zerwana. Jakie to społeczeństwo jest nietolerancyjne!

Zwierzyłem się ze wszystkiego zamężnej przyjaciółce, która obiecała, że może przyjść i się w moim łóżku wytarzać. Nie byłem jednak pewny, czy samo wytarzanie się wystarczy, choć przecież można je nagrać i przedstawić potem to nagranie jako dowód.

- Kochany, zrobiłabym dla ciebie wszystko, ale mam męża, a nawet dzieci. Nie mogę się wprowadzić do twojego łóżka na stałe.

Następnie przysposobiłem małżeństwo z dwójką dzieci; akurat skończyła im się umowa najmu. Dzieci, co prawda, były malutkie – jedno miało dwa latka, drugie sześć miesięcy – nie sposób więc było określić ich orientacji, liczyłem jednak na to, że urzędnicy państwowi założą ich heteroseksualność apriorycznie.

Przyjąłem pod swój dach szerokie grono imigrantów – z Ukrainy, Białorusi, Turcji, Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Indii, Wietnamu i Chin. Wszyscy mnie gorąco zapewniali, że są heteroseksualni. Ba! Że tak naprawdę żadnej innej orientacji nie znają. Wiedziałem, że nie mówią do końca prawdy, pochodzą przecież z kultur opresyjnych pod względem obyczajowym. Nieważne, grunt, żeby w moim łóżku zachowywali pozory.

Wieść o tym, że szukam hetero, rozeszła się po całym Poznaniu. Nie wiem, jakim sposobem, ale tak to już bywa w miastach średniej wielkości. Zaczęły się zgłaszać do mnie dziesiątki osób, musiałem robić castingi, nie byłem bowiem w stanie przyjąć wszystkich. Niektórych zresztą dyskwalifikowałem od razu, znałem ich bowiem z gejowskich portali randkowych, a nawet z własnych seksualnych przygód. Próbowali się bronić, mówiąc, że założyli tam sobie konto wyłącznie z ciekawości, ale tak naprawdę lubią wyłącznie po bożemu. Gdy i w to nie chciałem uwierzyć, przyznawali z niechęcią, że są gejami, tym niemniej heterooptycznymi.

Miałem z tym werbowaniem i odmawianiem mnóstwo roboty. Aż musiałem wziąć urlop bezpłatny w firmie. Koniec końców, po dwóch tygodniach od wizyty policjantów moje łóżko wypełniło się po brzegi heteroseksualistami. Zalegali w nim wzdłuż i wszerz, poziomo i pionowo, prosto i w poprzek, w stertach i supłach. Moje łóżko jest jedno…, nie może półtoraosobowe, ścisk więc się zrobił potworny.

Nadto okazało się, że część moich osobistych heteryków ma ksenofobiczne poglądy. Ktoś nie chciał spać z „czarnuchami” i próbował ich, mniej lub bardziej ostentacyjnie, zrzucić na podłogę. Turcy unikali Hindusów, Hindusi Chińczyków, a kobiety wciąż podnosiły lament, że mężczyźni ich podglądają. Dziwiło mnie ich oburzenie, do tej pory bowiem byłem przekonany, że podglądactwo to niezbywalna część zjawiska heteroseksualizmu.

Harmider panował okropny. Ciągle się kłócili, jeden drugiego wyzywał od „pedałów” i „asfaltów”. Przycupnąłem w nogach łóżka i próbowałem wyłączyć się z otoczenia, czytając Prousta. Ale napierali na mnie ze wszystkich stron, przyciskali do ściany, mieli do mnie jakieś pretensje jako do właściciela łóżka. A gdy starałem się nie reagować, rozpoczynali bójkę między sobą.

Czekałem. Czekałem na ponowną wizytę mundurowych. Gdy zobaczą, że moje łóżko nie jest już strefą wolną od hetero (wręcz jest strefą zniewoloną przez hetero) i odnotują to w swoim protokole, to może potem uda mi się jakoś pozbyć nieproszonych… no, niepożądanych gości. Na przykład, chyłkiem wyrzucając od czasu do czasu któregoś przez okno. Rozwiązania bardziej siłowe nie wchodzą w grę, bo jestem pacyfistą i to w dodatku wątłej kondycji.

Ale policjanci nie przychodzili. Minął miesiąc, potem następny i kolejny…

I tak zostałem z tymi heterykami. Liczę ich przed snem. Jeden hetero, drugi hetero, trzeci hetero…. Zazwyczaj zasypiam już przy ósmym.



REKONSTRUKCJA


- Nie, nie, nie! To było inaczej!

Aktor Nienacki padł bez tchu na deski. Aktor Dąbkiewicz mruknął pod nosem: „A chuj ci w dupę!”, i zniknął za kulisami.

Dyrektor Majewski złapał się za swą łysą głowę, a reżyser Starowiejski rzucił z wściekłością na podłogę notatki. Zaczął je wgniatać w ziemię jak niedopałek papierosa.

- Przecież już wszystko ustawiliśmy!

Krzyk Starowiejskiego odbił się echem od balkonów Teatru Polskiego w Poznaniu; zdawało się, że za chwilę odpadną od nich sztukaterie.

Kamil pozostawał niewzruszony.

- Ja nie usiadłem na nim w takiej pozycji – oświadczył. – I nie tak się to wszystko skończyło.

- Prze…praszam… - aktor Nienacki ledwo mógł z siebie cokolwiek wydusić. Wziął głęboki oddech i dokończył: - Ja dzisiaj robię to piętnasty raz. Trudno, żebym za piętnastym razem kończył tak samo jak za pierwszym.

- Ale kierunek się nie zgadza – odpowiedział mu Kamil. – Upadło nie na podłogę, a na siedzenie samochodu. O! Dokładnie w tym miejscu. – Wskoczył na scenę i postukał w ustawiony na niej fotel.

- A jakie to ma znaczenie?! – wrzasnął reżyser.

- Ogromne! Bo spływało. Białe z czarnego fotela. Pan jest pozbawiony zmysłu estetycznego – Kamil skierował oskarżycielsko palec w stronę Starowiejskiego.

- Panowie, proszę o spokój! – do akcji wkroczył dyrektor Majewski. – Wszyscy jesteśmy trochę podnieceni… to znaczy, zdenerwowani, ale musimy wziąć się w garść. Zostały nam trzy godziny do premiery. Będzie prezydent, marszałek, będą radni. Panowie, to jest wielki historyczny moment, a wy się tu kłócicie o jakieś duperele.

Kamil tupnął nogą.

- Ja nie pozwolę gwałcić faktów!

- Fuck-tów! Fuck-tów! – Zza kulis wychylił się aktor Dąbkiewicz.

- A pan też nie lepszy! – Krzyknął w jego stronę Kamil. – Przecież wyraźnie mówiłem, jak tamtemu wyglądał. Pana nie dorasta mu do pięt. On był jak ta butelka.

Tu Kamil sięgnął po pustą flaszkę po piwie, najwyraźniej pozostawioną na scenie przez któregoś z technicznych.

– Wąziutki na szczycie, a potem znienacka robił się pękaty.

Z wyraźną lubością przeciągnął dłonią po butelce.

– A pan to masz ampułkę!

- Ampułkę! Skąd ty znasz takie słowa, kelnerze – Dąbkiewicz próbował jakoś obrazić Kamila, ale wyraźnie stracił animusz. Schował się więc znowu za kulisę.

- Panowie, jeszcze raz proszę, opamiętajcie się! – Zawołał Majewski i dla wzmocnienia efektu wyrwał sobie resztki włosów z głowy. – Wiecie, ile zachodów i pochodów kosztowało mnie to, żeby władze Poznania zgodziły się na tę rekonstrukcję historyczną. Pierwszą w dziejach Polski rekonstrukcję historyczną pierwszego razu zwyczajnego polskiego geja. Przygotowywaliśmy ten spektakl przez trzy miesiące, wszyscy włożyliśmy w niego mnóstwo potu… etcetera. Panie Kamilu, przecież scenariusz opiera się na pana przeżyciach, więc konsultowaliśmy go z panem w najdrobniejszych detalach. Nie może pan teraz sabotować owoców naszej wspólnej wytężonej pracy. To będzie także pana wielki sukces. Politycy wszystkich opcji i wszystkich szczebli z entuzjazmem będą oklaskiwać pana historię. Panie Kamilu, cały świat na pana patrzy!

Kamilowi nieco zmarkotniał.

- Ja nie sabotuję – zaczął się tłumaczyć, już bez wcześniejszego zacietrzewienia. – Nie zgłaszam przecież zastrzeżeń do pierwszej części. Wszystko się w niej zgadza. Że siedziałem w domu i czatowałem, i że znalazłem tego kolesia, i że się wymknąłem z domu jak matka poszła spać, i że on podjechał po mnie samochodem… Ale ta akcja w samochodzie. Oni nie są w stanie zapamiętać najprostszych pozycji. Aktorzy prowincjonalni! – Kamil znowu podniósł głos.

- Sam jesteś z Kutna – krzyknął z zaplecza Dąbkiewicz.

- On był prawdziwym topem, a nie takim kryptopasywem jak pan – odpyskował mu Kamil.

- Czy ja mogę na chwilę ubrać majtki? – Zapytał wciąż osłabionym głosem aktor Nienacki, który chciał choć chwilę odsapnąć, zanim będzie musiał szczytować po raz kolejny w roli Kamila.

- Żadnych majtek, zaraz jedziemy od początku – wrzasnął Starowiejski i zwrócił się z wściekłą miną do Kamila: – To jest teatr, a nie reality show. Chce pan ze mną dyskutować o różnicach między sztuką a tzw. żyćkiem? Ja od czterdziestu lat znam te różnice, bo tyle pracuję na scenie. A pan jesteś dyletant!

Zdawało się, że Kamil za chwilę się rozpłacze.

- Ja nie… nie chcę o niczym dyskutować. – Spuścił głowę. – Prawda, ja się nie znam. Ja mam tylko prawo do własnych wspomnień.

- Ale podpisaliśmy już stosowne umowy, w tym także umowę o prawie do dysponowania pana wspomnieniami – uprzejmie przypomniał dyrektor.

- Ja tylko proszę o uszanowanie…

Kamilowi załamał się głos.

- Co uszanowanie?! Jakie uszanowanie?! – Starowiejski wpadł w furię – Co mi pan tutaj wygadujesz?! Jak pan chce uszanowania, to niech pan idzie do opery! Tu jest Teatr Polski, tu nie ma uszanowania!

- Naprawdę chciałbym założyć majtki – wpadł mu w słowo Nienacki. – Muszę iść do łazienki.

- Nie ma majtek! Nie ma łazienki! Porządek ma być, bo inaczej wszystkich wypierdolę! - wrzeszczał Starowiejski, wymachując na wszystkie strony rękami.

Majewski pochwycił w locie dłoń Starowiejskiego i złożył na niej pocałunek.

- Reżyser ma zawsze rację – oznajmił. – Panowie, wracamy do pracy.

Kamil w milczeniu zszedł ze sceny.

Rekonstrukcja okazała się olbrzymim sukcesem. Prezydent Poznania miał łzy w oczach, Marszałek Województwa Wielkopolskiego wyściskał wszystkich aktorów na scenie, radni klaskali na stojąco.

Nienacki był trochę tym sukcesem oszołomiony.

- To tylko kreacja sceniczna – tłumaczył gościom popremierowego bankietu. – Prywatnie jestem bardziej dominujący.

Natomiast Kamil dał się jakoś udobruchać, a nawet widziano, jak wyszedł po bankiecie z Dąbkiewiczem.

Spektakl zagrano 376 razy przy pełnej widowni.

A Teatr Polski żył jeszcze długo i szczęśliwie.