Łukasz Szmaja - Koło sensu, koło gatunku....
- 2 dni temu
- 13 minut(y) czytania

[Wiersz Czekając na barbarzyńców Konstandinosa Kawafisa (1904) i powieść Czekając na barbarzyńców Johna Maxwella Coetzeego (1980)]
W skomplikowanych figurach cywilizowanego i barbarzyńcy być może najbardziej zaskakuje ich komplementarność – wykluczają się i zasadniczo nie mają części wspólnej. Linie oddzielające w tym nierozerwalnym układzie są liczne. Nie są jednak prostymi i ciągłymi, częściej to linie łamane, przerywane, nieregularne. Niektóre zacierają się, inne są widoczne z daleka. Granice. Otwarte, zamknięte, umowne, nieprzenikalne. Między czasem jednego i drugiego, między przestrzeniami, kulturami, historiami.
Granica jest linią zarazem realną i wyobrażoną. Oddziela opanowane, uporządkowane i znajome od niepodległego, chaotycznego, nieznanego. W różnych miejscach linii granicznej pojawiają się znienacka desygnaty nazw rozmytych i ostrych, ścisłych i potocznych. Niezdobyte i oswojone, gościnne i wrogie. Przemiennie. Linia granicy drży niekiedy niby struna. Słyszymy dobywającą się muzykę sąsiadujących kultur. Kiedy indziej napina się niby kolczasty drut, pilnujemy śladów „krwi niczyjej”.
Granica stwarza świadomość – wyodrębnienie, odróżnienie siebie od świata i siebie od innego. Cywilizowany i barbarzyńca, gdy przez granicę, nad jej linią patrzą na siebie, widzą siebie samych takimi, jakimi tylko wydaje im się, że są. Cień czai się za plecami. Granica to linia konieczna dla istnienia struktur dwuwymiarowych, trójwymiarowych i czterowymiarowych – wojen, państw i czasów, to zbiór punktów, lista, wyliczenie.
Wasyl Kandyński pisał wprawdzie przede wszystkim o zagadnieniach teoretycznych budowy obrazu, a nie o kwestiach związanych z narracją literacką, to jednak, wziąwszy pod uwagę właściwe jego czasom myślenie o podobieństwie struktur semiotycznych sztuk, przywołuję go w tym miejscu na świadka przez wzgląd na dramaturgiczność jego wywodów o geometrii i estetyce, niejednokrotnie wychylających się w stronę specyficznie filozofującej literackości i odznaczających się ciekawie poprowadzoną narracją. Punkt, linia i płaszczyzna[1] nie były dla Kandyńskiego wyłącznie kategoriami geometrycznymi. Przede wszystkim określały sytuację podmiotu twórczego w świecie rozszczepionym, a taki świat – prawdopodobnie od zawsze i na zawsze rozdzielony – stanowi podłoże sytuacji egzystencjalnych Konstandinosa Kawafisa w roku 1904[2] i Johna Maxwella Coetzeego w roku 1980[3]:
[Linia] jest śladem poruszającego się punktu, skutkiem jego przesuwania się. Powstaje z ruchu przez zniszczenie bezwładności punktu, absolutnego stanu jego spoczynku, a tym samym przez przeskoczenie ze statyki w dynamikę[4].
W kolejnych punktach: punkcie dojścia, przejścia, odejścia, punkcie obserwacyjnym – z którego wypatruje się celów albo w którym się je przeocza – rozpoznaje się siebie i różnicę, którą podziela się z tym po drugiej stronie. Za każdym takim rozpoznaniem powstaje linia. Statyka zmienia się w dynamikę, wytwarza się twórczy podmiot:
[…] ogólnie rzecz biorąc, można powiedzieć, że „my” stara się ustalić swe miejsce wobec epoki i cywilizacji […], „ja” natomiast określa się, wyłaniając stopniowo pod wielogłosowym naporem tego, co unieważnia zwykły czas historyczny, co jest nie- albo nawet przed-cywilizacyjne, co ma postać demoniczną lub żywiołową, jednym słowem: wobec energii[5].
Poruszający się punkt to energia wytwarzania linii: „Pochodzące z zewnątrz siły, które punkt zmieniają w linię, mogą być bardzo różne. Od ilości tych sił i od ich kombinacji zależy różnorodność charakteru linii”[6]. I dalej:
Jeżeli dwie siły jednocześnie działają na punkt, i to w ten sposób, że jedna z nich nieustannie i stale w tym samym stopniu przewyższa swym naciskiem drugą, powstaje linia krzywa, której podstawowym typem jest 1. łuk. Jest on właściwie linią prostą wytrąconą z normalnego przebiegu przez stały nacisk z boku – im większy jest ów nacisk, tym większe odchylenie od linii prostej i tym większe jej wybrzuszenie skierowane na zewnątrz, kończące się ostatecznie jej zamknięciem [w koło].
[…] Jeżeli obie siły będą w taki sposób dalej przesuwać punkt po płaszczyźnie, powstający łuk, wcześniej czy później, osiągnie swój punkt wyjściowy. Początek i koniec zamkną się i w tym momencie znikną bez śladu. Powstanie najmniej i najbardziej zarazem stabilna płaszczyzna – koło [podkr. Ł.S.][7].
Koło jawi się podmiotowi twórczemu jako symbol wielu zjawisk: zgromadzenia, tortury, antyczności, bezpieczeństwa, lecz również i czegoś, z czego trudno jest się wydostać[8].
1. Zniekształcenie podmiotu. Nieobecność podmiotu. Kawafis.
Kawafis i Coetzee – poeta i prozaik: pochodzące z zewnątrz fabuły siły sjużetów, uruchamiające nacisk na linie wątków. „Czekając” – piszą w tytułach. W imiesłowie przysłówkowym jest stabilność, ale chwiejna, napięcie wychylone w czas, przemijanie, utrata, rozpad, ale i sposób, metoda, przysłowność. Rozpoznanie siebie jako pozostającego w granicznej sytuacji szkicu. Definicję podaje niemiecki psychiatra i filozof:
Granicznymi nazywam takie sytuacje, które polegają na przykład na fakcie, że zawsze jestem wplątany w jakąś sytuację, że nie mogę żyć bez walki i bez cierpienia, że nieuchronnie przyjmuję na siebie winę, że muszę umrzeć. One się nie przekształcają, lecz tylko zmieniają się w swoich przejawach; sprowadzone do naszej kondycji (Dasein), są ostateczne. Nie możemy sięgnąć ponad nie; w naszej kondycji niczego poza nimi nie widzimy. Są one jak mur, o który się obijamy, o który się potykamy. Nie jest w naszej mocy je zmienić, lecz tylko oświetlić, bez wyjaśnienia lub częściowo wyprowadzić z czegoś innego od nich[9].
Podmioty Kawafisa, znajdujące się w sytuacji granicznej, przyjmują postawę, podmioty Kawafisa od początku – pytają: „Na co czekamy zgromadzeni na Forum?”. I jest to zaledwie pierwsze z serii pytań. Zgromadziliśmy się, stoimy i wyczekujemy. Jesteśmy pierwszoosobowym (ale mnogim) podmiotem zbiorowym. Nasze „‘my’ stara się ustalić swe miejsce wobec epoki i cywilizacji”. Siła zewnętrzna, wpływy – już zamknęły nas w „koło” Forum. Jesteśmy zarazem najbardziej stabilnym zgromadzeniem cywilizowanych, w samym centrum imperium, lecz również płaszczyzną najmniej stabilną, rozsadzaną przez „napiętą bezczynność” czekania.
Drugie pytanie w wierszu jest wyrazem zdziwienia oczekiwaniem, sytuacja zapewne wymaga działania: „Dlaczego w Senacie taka bezczynność? / Dlaczego senatorowie siedzą i nie uchwalają praw?”. Funkcja właściwa ciału ustawodawczemu została zawieszona. Ewentualne skutki jakiejkolwiek podjętej czynności zostają unieważnione, bo nie do nas należy już moc sprawcza. W samym centrum naszego chwiejnego koła jak okazuje się nagle – jest marazm, niewiara i rezygnacja, zdanie się na dynamikę akcji zewnętrznych wobec nas.
Kolejne pytania: „Dlaczego nasz imperator wstał tak wcześnie rano / i siedzi w największej z bram naszego miasta / na tronie, uroczysty, uwieńczony koroną?”. Również imperator „tak wcześnie rano” – ironiczne spostrzeżenie, władcy nie budzą się na czas – daje świadectwo bezczynności, siedząc i czekając w największej bramie miasta. Na obwodzie koła, na okręgu – tam, gdzie linia staje się rozmyta, przejściowa, władca trwa z pismem w dłoni, oczekując przypływu własnej siły bądź nacisku sił zewnętrznych, to uroczystość, lecz unurzana w pośpiechu, na skraju miasta, na granicy. Imperator rozpoznał swoje położenie jako słabszego i oczekuje na granicy, która jest tu symbolem jego zamknięcia we własnej władzy, ale też otwarcia, niedostępności, ale i przejściowości, jednoczesności przeciwieństw. Imperator się łudzi, wszakże on sam zaczyna przypominać złudzenie. W piśmie „wypisał liczne tytuły i przydomki” – to punkty rozpoznania i punkty różnicy, które wyznaczyć mają nową linię granicy. Imperator nie chce doprowadzić do powstania linii krzywej, która zwiastuje powstawanie innego, odrębnego koła, lecz pragnie linii łamanej, która zwiastuje układy. Lęk przed pochłonięciem, przygotowanie do poddania się nadchodzącym barbarzyńcom, przenikają cały utwór Kawafisa. Cywilizowany pyta, ale w swoje pytania nie wierzy, cywilizowany jest retorem, deliberuje o liniach, dla niego wykresy retorycznych okresów – znaczą.
Co takiego retorycznie wylicza? Jakie cechy mają ci, którzy „dziś mają przyjść”? Czego dowiadujemy się o tych, których jeszcze nie ma? Trzech rzeczy, co do których cywilizowany podmiot mnogi jest pewny:
a) „sami będą uchwalać prawa”
Barbarzyństwo traktowane jest jako wyzwolenie z konieczności. Barbarzyństwo w utworze Kawafisa to zwolnienie z odpowiedzialności. Senatorowie siedzą, imperator siedzi, impotentni, sparaliżowani energią, którą wyzwoliło kłamstwo o ucywilizowaniu, zarazem energią podboju realnego, choć ta jest już wyczerpana. Powidok podboju, stałego przesuwania granicy, odkształcania podmiotowości, wychylania jej w czas, snuje się za naszymi czynami i gdy tylko znika ów imperatyw, gdy realne wkracza w wyobrażone – następuje załamanie. Tym większe, tym bardziej niepokojące, że realne nadchodzi jako puste, jako niewydarzone. Czekając…
b) „olśniewają ich kamienie szlachetne, srebrne i złote ozdoby”
Najbardziej parodystyczny fragment utworu Kawafisa. Obwieszony ozdobami imperator, „najwyższy ucywilizowany” ma olśnić barbarzyńcę. Fragment bardzo bogaty w paradoksalne znaczenia, rozbłyski, kolory szlachetnych kamieni. Obecna w nim wiara cywilizowanego w niższość i głupotę olśnionego barbarzyńcy, a zarazem wiara przeciwna – najwyższa forma ucywilizowania to… błyskotki. Zwątpienie w podmiot, którym się jest, zniekształcenie, nadmiar przedmiotów, za którymi podmiot się ukrywa. Kawafis spostrzega tyranię ciężkich jak kamienie (szlachetne) punktów różnicy, choć jednocześnie barbarzyńca ma stać się w tej sytuacji – mną, cywilizowanym, który noszę na sobie olśniewające także i mnie przedmioty. Barbarzyńca staje się podmiotem, wskutek deprecjacji przedmiotów, których jedyną funkcją – choć stanowią o bogactwie, wyniosłości, o władzy, powadze („purpurowe, haftowane togi”), wreszcie wyższości technologicznej – staje się nagle wyłącznie „olśniewanie”, świecenie, i które uprzedmiotawiają wreszcie samego barbarzyńcę. U-danie podmiotowości, ażeby uprzedmiotowić. Nie mamy języka. Mamy pytania. Barbarzyńca – ktoś „tylko” zmysłowy, wzrokowiec, prosty w obsłudze mechanizm orientalny, niezdolny do abstrakcyjnych rozmyślań – choć nagle to on ma stanowić prawo. Paradoksy oczekiwania.
c) „męczą ich deklamacje i przemówienia”
Niezdolność do abstrakcji, rozumianej tu jako cywilizowana polityka, a zatem ukierunkowanie na milczenie, monosylabiczność, zwartość komunikacji – oto kolejne cechy barbarzyńcy. Niecierpliwość. Również w tej mierze orientalizujące powidoki. Barbarzyńca jest energią, jest ruchem, nie może długo wytrwać w miejscu, nie może wysłuchiwać, ponieważ jest żywiołem wędrownym, właściwie napastliwym, niszczącym, właściwie bardziej żywiołem natury niż społecznym. Tym razem ukrywamy przed barbarzyńcami naszą cywilizowaną skłonność do egzaltowanego rozgadania. Nie pojawiają się mówcy – co ukazuje tylko, że barbarzyńca w gruncie rzeczy nie jest partnerem do rozmowy, ale kimś, kogo należy przechytrzyć (jakkolwiek, nieudolnie). W tej cesze modernistyczny kryzys języka, powiązany z uprzedzeniem w stosunku do języka nieucywilizowanych. Modernizm elit, nie modernizm awangardy.
Barbarzyńcy nie mają ani języka, ani nawet monosylabicznej mowy. Nie pojawiają się. Fakt wtrąca ludzi w głęboką zadumę: „szybko pustoszeją ulice i place”. Cywilizacja chowa się, unieruchamiają się jej żywotne elementy, ulice – to linie, linie stają się... puste. Tkwienie w miejscu wywołuje u cywilizowanego niepokój, następuje „zamieszanie”, ponieważ nic się nie wydarza, a czas bez wydarzeń to czas nieucywilizowany, czas barbarzyński, czas marazmu, luka w historii, którą cywilizacja, horror vacui, zawsze pragnie sobą wypełnić, zasłonić sobą. Umknęliśmy ruchowi, stajemy się na powrót punktem. Regres. Nie-pokój jest naszą wszechobecną realnością właśnie wtedy, gdy pokój zapanowuje wszędzie, gdzie jesteśmy. Emil Cioran w znakomitym eseju Portret cywilizowanego pisze o nas: „Zainteresowanie, jakim człowiek cywilizowany darzy ludy zwane zacofanymi, jest nad wyraz podejrzane. Nie mogąc już dłużej siebie znieść, usiłuje ulżyć sobie i zwalić na nie nadmiar własnych, gniotących go schorzeń”[10]. Tymi schorzeniami są upodobanie do zbytku i upodobanie do „deklamacji i przemówień”. Cywilizowani u Kawafisa ani przez chwilę nie pragną rozumieć, znajdują się w tym fatalnym momencie, gdy nie mogą wyjść z narcystycznego koła, w którym torturują się strachem przed regresem i co gorsze – torturują się nudą, czyli przesytem, nadmiarem pustki. „Cóż za ulga patrzeć, jak wikłają się w te same co on [cywilizowany] problemy i chwiejnie ruszają ku tej samej fatalności! Uczynić z nich istoty skomplikowane, trapione obsesjami i niezdrowymi maniami – oto cała jego ambicja”[11]. Cywilizowany oferuje barbarzyńcy wyłącznie obsesję samego siebie.
„Cywilizacja, z całym swym imponującym wystrojem, ma za fundament naszą skłonność do tego, co nierzeczywiste i niepotrzebne”[12]. „Cóż teraz poczniemy bez barbarzyńców? / Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem”. Skłonność do nierzeczywistego zagrożenia, do egzaltacji na punkcie nadchodzącej katastrofy. Wszystko to u Kawafisa zniekształca podmiot, choć podmiot to odległy od peryferii, podmiot, który spodziewa się przyjścia, ale znajduje się daleko od granic, znad których kilku ludzi przybyło z wiadomością, że barbarzyńców już nie ma. To oddalenie podmiotu, wyobrażającego sobie barbarzyńców, jest znaczące. Wymusza myślenie w prostych kategoriach, wymusza katechizmową listę pytań i odpowiedzi, którą jest ten wiersz.
2. Zdeformowanie przedmiotu. Nieobecność przedmiotu. Coetzee
Minęło 76 lat. Niemal wiek. Dwie światowe wojny. Powieść to jednak wielogłos, mniej lub bardziej uporządkowany zbiór spostrzeżeń, które mogą się wzajemnie wykluczać. Nawet jeśli w powieści Coetzeego mamy do czynienia z pierwszoosobową narracją personalną, można odnieść wrażenie, że to, co czytamy, to dziennik bezimiennego urzędnika placówki (nie)funkcjonującej na obrzeżach organizmu państwowego, który w powieści nosi po prostu nazwę „Imperium”. Dziennik spostrzeżeń wielu osób, zapis wielu głosów, choć zawsze powracających do autora i przezeń filtrowanych, trawionych, rozkładanych. Akcja zawiązuje się w momencie, w którym na placówkę przybywa pułkownik Joll, wysłannik władzy centralnej, wprowadzający na terenie peryferyjnego miasteczka stan wyjątkowy w związku z pogłoskami, że barbarzyńcy (miejscowa ludność z przygranicznych terenów pustynnych) szykują się do ataku. Niech świadczą nam tutaj dla celów porównawczych jedynie powieściowe początki, by nie przytłoczyć poety Kawafisa, choć sam wybór formy powieści i nadanie jej identycznego tytułu (nie podobnego, lecz identycznego) zdaje się mieć niemałe znaczenie.
„Nigdy dotąd nie widziałem czegoś podobnego: przed oczyma ma zawieszone dwa niewielkie szkiełka w drucianej oprawie. Czyżby był niewidomy?” (s. 5). Kółka okularów przeciwsłonecznych, przedmiotu, którego urzędnik nie zna. Największa stabilność koła – leczniczość, medycyna, technika, zaawansowana cywilizowana moda, zbytek (w przypadku pułkownika Jolla, który wyjaśnia, że „całe Imperium je nosi” i że chronią przed zmarszczkami), zarazem ponownie chwiejność koła – znak chorobliwości, konieczność ochrony wzroku, przesada, znowuż nadmiar – przynajmniej z perspektywy prowincjusza, choć również cywilizowanego. Kółka, służące również ukrywaniu prawdziwych intencji. Ciemność tych kół – znaczy tu jeszcze więcej. Narrator-urzędnik natychmiast porównuje pułkownika Jolla do ślepca, którym ten jednak nie jest. Joll przybywa działać, choć działanie nie jest wcale potrzebne. Cywilizowany nie widzi własnej zbędności. Pytania, które zadaje, jawią się jako wstęp do obsesji, nacisk na linię, by ponownie zacząć zamykanie koła.
„Siedzimy w najlepszym pokoju oberży, oddzieleni od siebie flaszką i miseczką orzechów” (s. 5). Sytuacja wyjściowa to sytuacja oczekiwania, spokoju. Nic się nie dzieje, trwa rozmowa, oprowadzanie pułkownika po placówce, wskazywanie na punkty żywotne, strukturalne uwarunkowania, to już koło – rutyna. Cywilizowanie to inwentaryzowanie, umiejscawianie w strukturze, odnośniki, nadmiar ideologiczny, punkty, listy, pisma, które przedstawiciele władzy trzymają w dłoni Różni się jednak to oczekiwanie od oczekiwania u Kawafisa. Tam jest pasywne, centralne, w punkcie, w który wbija się kolec cyrkla, żeby rysikiem zakreślić okrąg. U Coetzeego to już ściganie, szukanie, czekanie aktywne. Lub może wyłącznie odległy skutek tego centralnego oczekiwania – wizyta, kontrola na peryferiach, zbieranie danych czy wytwarzanie fikcji. Nie mogę się doczekać barbarzyńców. „Ja” określam się, „wyłaniając stopniowo pod wielogłosowym naporem tego, co unieważnia zwykły czas historyczny, co jest nie- albo nawet przed-cywilizacyjne, co ma postać demoniczną lub żywiołową, jednym słowem: wobec energii”. Spokój urzędnika na prowincji zostaje zakłócony. Przypadkowych drobnych złodziei czeka oczywiście naznaczenie jako barbarzyńców. „cywilizacja, nadwątliwszy własne wartości, załamuje się wraz z nimi i zaczyna się rozpuszczać, degenerować, popada w stan, w którym jedynym ratunkiem zda się jej barbarzyństwo”[13]. Metodą cywilizowanego – barbarzyństwo, paradoksalne uwikłanie funkcjonariusza, który ma rozkaz – znaleźć, choćby nie istniało. „Siwa broda zlepiona jest krwią. Wargi zmiażdżone i rozchylone, powybijane zęby. Jedno oko przewrócone do góry, oczodół drugiego jest krwawą jamą” (s. 13). Po przeprowadzeniu wstępnego „śledztwa” ujawnia się twarz barbarzyńcy, odmiennie niż u Kawafisa – barbarzyńca, naznaczony na takiego, skatowany w celi. Broda (łac. barba) zlepiona krwią. Twarz zniekształcona, nim jeszcze zdążyliśmy poznać imię, zęby wybite, zanim wypowiedział choćby słowo. Cywilizowany – ciemne okulary. Barbarzyńca, niespójność: jedno oko wywrócone do góry i „krwawa jama” w miejscu drugiego oka. Brak, niezdolność dostrzeżenia oprawcy, zniekształcenie przedmiotu, w którego posiadaniu się jest (w posiadaniu uprzedmiotowionego człowieka), by odpowiadał nieobecnemu przedmiotowi (czyli przedmiotowi całej pułkownikowej sprawy).
Urzędnik jest człowiekiem nastawionym bardzo refleksyjnie (poszukuje artefaktów starej cywilizacji w ruinach opodal fortu) – trudno mu pojąć, że ktoś z samej stolicy wypuścił się aż tutaj wiedziony wyłącznie pogłoskami. Urzędnik nie potrafiący zrozumieć urzędu. Choć to człowiek o na ogół trzeźwym osądzie, sytuacja graniczna zmusza go do przyjęcia postawy wobec wydarzeń. Siły zewnętrzne zniekształciły już linię granicy, o której już nieomal zapomniał. Uczyniły ją ponownie ostrą tam, gdzie już zasypywał ją piasek, nanoszony z pustyni wraz z pogłoskami, że zbroją się barbarzyńskie plemiona. Urzędnik również siebie rozpoznaje jako uprzedmiotowionego, traci prestiż, władzę, traci możliwość zachowania etycznego, choć nie traci ostatniej możliwości cywilizowanego – sceptycyzmu.
Co do mnie, nic z tego, o czym mówią, nie dostrzegłem. Na własny użytek zaobserwowałem, że w każdym pokoleniu nieuchronnie dochodzi do wybuchu histerii z powodu barbarzyńców. Nie ma takiej kobiety w pasie nadgranicznym, która oczyma wyobraźni nie widziałaby wynurzającej się spod jej łóżka czarnej ręki, chwytającej ją za łydkę, ani takiego mężczyzny, którego nie prześladowałaby wizja pijanych dzikusów hulających w jego domu, tłukących talerze, podpalających firanki i gwałcących jego córki. Te majaczenia wynikają ze zbytniego spokoju. Niech mi pokażą zbrojnych dzikich, wtedy i ja uwierzę (s. 15–16).
Naturalnie urzędnik, zapomniany przez stolicę, „przyłapany” na tym, że źródła jego rozsądnej władzy są zatrute, przyjmuje postawę sceptyka. Jest człowiekiem wrażliwym, oczytanym, ceni spokój i miseczki z okrągłymi orzechami. Coetzee wystawi wszystko, co w nim podoba się cywilizowanemu czytelnikowi, na wiele prób, które ujawnią, że rewersem dobra jest może tylko małostkowa tchórzliwość i obawa przed utratą nawet niezbyt wysokiej pozycji, nawet niezbyt przemocowej władzy. Przyjęcie do prywatnej kwatery (urzędnik jest nieżonaty) barbarzyńskiej kobiety, opieka nad nią, uczenie jej, uprzedmiotowienie wskutek nieobecności przedmiotu pożądania, potem wykorzystywanie seksualne, odrzucenie. Kobieta tym częściej będzie milczeć, im częściej będzie rozpoznawać mowę cywilizowaną.
Nierówna zaiste jest walka między ludami rozdyskutowanymi a milczącymi, tym bardziej że pierwsze, strwoniwszy swe siły żywotne na roztrząsania subtelności, są pod urokiem nieokrzesania i milczenia tych drugich. […] Toteż nie powinniśmy się dziwić, widząc, jak właśnie on [sceptyk], specjalista od wszelkich subtelności, który dotarł do ostatniego już kręgu osamotnienia, brata się z barbarzyńską hordą, staje się jej wspólnikiem[14].
Walka jest nierówna. Minęło 76 lat. Niemal wiek. Dwie światowe wojny. Coetzee świadomie uzupełnia refleksję Kawafisa o nowe, nihilistyczne, nadmiarowe myśli, choć na fundamentalnym poziomie rok 1980 przypomina wciąż 1904 – kategoria „barbarzyństwa” wciąż pozostaje rozwiązaniem, wymówką, wygodną ucieczką. Nieobecność podmiotu (barbarzyńcy idącego) zostaje przekształcona w nieobecność przedmiotu (barbarzyńcy realnego, tu i teraz). Barbarzyńca powstaje ze zdeformowania przedmiotu, będącego już w posiadaniu cywilizowanego (starzec „z brodą”), należy sprokurować „barbarzyńcę”. Nie mają znaczenia różnice, lecz klucze do krat, władza nad siłami, które naciskają na linie i zamykają je w koła. Wybór formy powieści przez Coetzeego to wybór wielu możliwości nihilistycznej, cywilizowanej konfabulacji, to zaledwie tekstowe uobecnienie się wyobrażeń cywilizowanego, widoczne zwłaszcza, gdy jako czytelnicy brniemy przez fatalistyczne opisy rozemocjonowanego urzędnika, skrupulatnie odnotowującego własne reakcje na wydarzenia (również przez niego samego prokurowane) i nie mamy pojęcia, czy mu współczuć, czy nim pogardzać. Nie dowiadujemy się niemal niczego o ludziach z pustynnych plemion. Prawdopodobnie nie bez przyczyny forma powieści zaczyna szerzyć się w historii literatury europejskiej wraz z rozwojem polityki kolonialnej. Czy zatem wyobrażenie sobie barbarzyńcy – Coetzee nie daje jasnej odpowiedzi – to jednak raczej wyraz lęku o własną cywilizowaną integralność, aniżeli wyraz aksjologicznej otwartości na inność?
– Jedno z was musi przynieść coś na usta, nos i oczy – mówi dziecko, które jest tu przywódcą. Przychodzi mi nagle na myśl, że bałwanowi potrzebne będą także ręce, nie chcę się jednak wtrącać. Osadzają głowę na ramionach i wciskają kamyki w miejscach, gdzie mają być oczy, uszy, nos i usta. Jedno z dzieci uroczyście wkłada bałwanowi własną czapkę (s. 234).
[1] W. Kandyński, Punkt i linia a płaszczyzna. Przyczynek do analizy elementów malarskich, przeł. S. Fijałkowski, Łódź 2019.
[2] K. Kawafis, Czekając na barbarzyńców, w: Kanon. 154 wiersze, przeł. J. Hajduk, Wrocław 2014, s. 44–46.
[3] J.M. Coetzee, Czekając na barbarzyńców, przeł. A. Mysłowska, Kraków 2019.
[4] W. Kandyński, Punkt…, s. 58.
[5] A. van Nieukerken, Czesław Miłosz wobec tradycji europejskiego romantyzmu, „Teksty Drugie” 2001, nr 3–4, s. 42.
[6] W. Kandyński, dz. cyt., s. 58.
[7] Tamże, s. 83, 85.
[8] Zob. W. Kopaliński, [hasło:] Koło, w: Słownik mitów i tradycji kultury, Warszawa 1987, s. 502–503.
[9] K. Jaspers, Filozofia, t. 2: Rozjaśnianie egzystencji, przeł. M. Żelazny, red. nauk. M. Żelazny, R. Specht, Toruń 2020, s. 203.
[10]E. Cioran, Portret cywilizowanego, w: Upadek w czas, przeł. I. Kania, Warszawa 2008, s. 32.
[11] Tamże, s. 36.
[12] Tamże, s. 40–41.
[13] E. Cioran, Sceptyk i barbarzyńca, w: Upadek w czas, s. 75.
[14] Tamże, s. 79.
Bibliografia
Kawafis Konstandinos, Czekając na barbarzyńców, w: Kanon. 154 wiersze, przeł. J. Hajduk, Wrocław 2014.
Cioran Emil, Portret cywilizowanego, w: Upadek w czas, przeł. I. Kania, Warszawa 2008.
Cioran Emil, Sceptyk i barbarzyńca, w: Upadek w czas, przeł. I. Kania, Warszawa 2008.
Coetzee John Maxwell, Czekając na barbarzyńców, przeł. A. Mysłowska, Kraków 2019.
Jaspers Karl, Filozofia, t. 2: Rozjaśnianie egzystencji, przeł. M. Żelazny, red. nauk. M. Żelazny, R. Specht, Toruń 2020.
Kandyński Wasyl, Punkt i linia a płaszczyzna. Przyczynek do analizy elementów malarskich, przeł. S. Fijałkowski, Łódź 2019.
Kawafis Konstandinos, Czekając na barbarzyńców, w: Kanon. 154 wiersze, przeł. J. Hajduk, Wrocław 2014.
Kopaliński Władysław, Słownik mitów i tradycji kultury, Warszawa 1987.
Nieukerken Arent van, Czesław Miłosz wobec tradycji europejskiego romantyzmu, „Teksty Drugie” 2001, nr 3–4.




