Weronika Mamuna - Nowe budownictwo
- 30 minut temu
- 2 minut(y) czytania

Wykluczenie
Miasto odwróciło się do nas plecami. Pochrapuje przez sen i drapie się pod pachą. Przemykamy na palcach przez zaułki i tylne wyjścia, byle tylko go nie obudzić. Architektura robi się nam wroga. Ławki uwierają w siedzenie, ulice otrząsają się z nas jak psy. Nie dla nas już pasaże i promenady: kelnerzy przestają nas rozpoznawać, żądają przepustek, haseł i pozwoleń, zamiatacze ulic przeganiają nas miotłą, kiedy przysiadamy na gzymsie. Pożywiamy się pospiesznie w bramie. Nasze klucze nie pasują już do mieszkań; za drzwiami przesuwają się inne cienie, słychać inne głosy. Gardzą nami nawet rozdawcy ulotek w centrum, niepotrzebni im tacy klienci.
Przysnąć możemy tylko na karuzeli; wtulamy twarz w plastikową grzywę, czerwone dłonie przywierają do słupka.
W przejściu
Mieszkamy w przejściu podziemnym. Odłożone na chwilę bagaże okazały się zbyt ciężkie, żeby znów je podnieść. Kalendarze są zabronione. Kiedy chcemy się rozerwać, obserwujemy ludzi z zewnątrz, przechodzących z jednej strony na drugą. Zastanawiamy się, czy trawa naprawdę jest tam zieleńsza. Po deszczu przysiadamy na schodach, na zalanej wodą posadzce urządzamy regaty papierowych łódek. Nocą zza ścian z lastryko woła do nas ziemia – zatykamy wtedy uszy gumą balonową. Może jutro stąd wyjdziemy, ale nie jesteśmy pewni. Żyje się nieźle.
Rewitalizacja
Tamtej zimy przyleciały kormorany, a potem zaczęło padać. Miasto rozmywało się w szarudze, gubiło kontur. Początkowo poruszaliśmy się, przeskakując z samochodu na samochód, ale stopniowo ograniczyliśmy wychodzenie z domu. Jedzenie przesyłaliśmy po sznurkach z balkonu na balkon, dryfujące w dole paczki łowiliśmy na wędkę. Wiliśmy gniazda w coraz dłuższych brodach.
W tym czasie niepostrzeżenie zarastały, zabliźniały się wszystkie wyrwy i szczeliny w tkankach miasta. Kiedy się przejaśniło, oślepił nas blask katarakt.
Superksiężyc
Wiało cały dzień i posiniałe, stęchłe miasto oddychające przez siatkę na głowie znowu zaczęło przypominać siebie. Rzeka zaszła bielmem, uwięzione jak lodołamacze łabędzie trzepoczą skrzydłami. Między nimi kręcą się łyski, mewy gdzieś poznikały. Bulwary są puste, ale po drugiej stronie mostu widzę lśniący okrąg. To księżyc. Mężczyzna w koszu zbiera się do odlotu. Pytam, czy weźmie mnie ze sobą. Tygodnie spędzone w bezdechu prowadzą do obumierania wyobraźni, mam spuchnięte myśli. Wznosimy się wysoko nad miasto, patrzymy na sploty ulic tętniące światłami. Zimne powietrze zdziera ze mnie odęte, zatrute tkanki, gwiżdże między żebrami. To jeszcze nie koniec, ale zaczynam mieć nadzieję, że coś tu jeszcze zakwitnie.
Kiedy chcę wracać, mężczyzna krzywi się, ale obniża lot. Daję mu wszystkie stare bilety do kina, które trzymam w kieszeniach. Wracam do domu i opowiadam ci wszystko. Nie wierzysz mi, ale się uśmiechasz.

