Konrad Knapek - On był chłopakiem z krwi i kości, a ona dziewczyną z cegły
- 7 godzin temu
- 3 minut(y) czytania

Maku szedł ścieżką między lasem a szkolnym boiskiem. Choć o tym nie wiedział, zmierzał ku Meli. Był to dzień kwietniowy, sprzyjający spotkaniom. Rytm godzin wyznaczył rozkład niepowiązanych, choć korzystnych zdarzeń, mających szansę ziścić się wyłącznie w warunkach nieco nieprzewidywalnej wiosennej pogody. Nawet o tej porze cytrynowożółte słońce bombardowało granicę lasu intensywnym żarem, aczkolwiek dość powierzchownie i bez szans w boju z kapitałem chłodu ulokowanym w przemrożonej glebie oraz pniach starych drzew.
Maku, mimo zgromadzonej od czterdziestu wiosen bazy ludzkich doświadczeń i przeżyć, był to w głębi serca ledwie chłopaczyna, choć pod przykrywką ogorzałej twarzy kołyszącej się nad przygarbionym grzbietem mieszczucha, a do tego z wierzchu przyprószony siwizną. Za plecami Maka, jak rozgotowane spaghetti w improwizowanym sosie, plątały się przestrzenie wyrwane z odrębnych, niekompatybilnych historii: strzeliste konstrukcje z betonu i blachy ułożone w osiedle domów studenckich, wciśnięte po gierkowsku między ruiny szlacheckich dworków, z których część odrestaurowano na użytek klinik oraz kancelarii. Z wolnych przestrzeni wyzierały historyzujące wille wieńczone ostrymi szczytami, spowinowacone z piętrzącymi się po sąsiedzku krzywiznami zalesionych wzgórz. Na lewo od bramy wjazdowej dawał się słyszeć szum setek niewidzialnych wentylatorów, niby znikąd, a faktycznie pochodzący ze szkliście bezbarwnego pawilonu po dawnej świetlicy, opatrzonego logiem technologiczno-medialnego konglomeratu zrodzonego parę dekad wcześniej w tymże budynku na podwalinach z nepotyzmu i młodocianej przedsiębiorczości. Utrzymując pawilon na chodzie, obecny zarząd korporacji łagodził późnokapitalistyczną tęsknotę za utraconymi pozorami niewinności.
Nieco dalej, na skraju doliny, którą ponoć niegdyś przechadzał się sam król, wypatrzeć można fragmenty betonowych murków i schodów, kąty proste w ziemi osiadłej na śladach zapomnianych parceli, rowki wyżłobione w nagrobnym kamieniu, podbite przez łakomą treści zieleń puszystych mchów do społu z brodatymi porostami.
Minąwszy te niejednoznaczne obrazy czy senne bajania nietrwałych ustrojów, Maku parł przed siebie, mrużąc oczy od słońca przeskakującego przez sieć gałęzi i drobnych liści z lewej, dłonią zasłaniając się od powiewów wiatru wypadających sporadycznie z ogrodzonej płyty Orlika po prawej. Wraz z biegiem ścieżki boisko podstawówki ustąpiło technikum ekonomicznemu w banalnym pudle pod popękaną polewą beżowego tynku, a następnie szkole muzycznej w secesyjnym pałacyku z zaśniedziałej cegły. Tablica pamiątkowa informowała, że do niedawna funkcjonował tam dom dziecka, w wyobrażeniu Maka pełen cieni i ech po umazanych sadzą wygłodniałych wiktoriańskich sierotkach.
A Mela czekała, wciąż niewidoczna za pastelowym osiedlem z przełomu tysiącleci i nieforemnych domków ogrodzonych sznurami zszarzałych prześcieradeł i kolorowej bielizny.
Jako człowiek, ssak z rzędu naczelnych, kręgowiec i zwierz, Maku stanowił stosunkowo późny produkt procesów biologicznych, zmian środowiskowych oraz ślepego przypadku od setek milionów lat przepoczwarzających kolejne pokolenia stworzeń w to mniej, to bardziej złożone formy. Choć nie myślał o tym często, stanowił nierozerwalną kolekcję cech przydatnych oraz odziedziczonych atawizmów.
Z kolei Mela urodziła się jako owoc linii życia biegnącej niezależnie, chwilami równolegle do ludzkiej. Linii fundamentalnie odrębnej, choć zawsze na wyciągnięcie ręki. Zanim łańcuchy organicznych kwasów po raz pierwszy skopiowały swój kod, zanim banda przedsiębiorczych organelli schowała się pod błoną z aminokwasów, przodkowie Meli królowali pod powierzchnią gęstych wód, a także na surowej powierzchni.
Tamte prymitywne formy przypominały Melę tylko w zgrubnym zarysie. Nawisy z zastygłej magmy wyrzuconej przez dziewicze wulkany, przypadkowe konstrukcje luźnych głazów spiętrzone w spazmach na granicy płyt tektonicznych, wczesne odmiany erozji praktykowane przez wciąż jeszcze młode żywioły. Wraz ze złożonością minerałów poszerzał się zakres możliwości. Krystaliczne fasety, wapienne jamy, wypieczone słońcem gliniane bryły. A gdy stało się życie, nazwało te formy schronieniem. Odkryte wzory powielano, modyfikowano, nieudolnie odtwarzano. Młode pokolenia wiotkich ziemianek i efemerycznych szałasów wychodziły spod ludzkich palców oraz narzędzi. Dynastie zamków i lochów dały początek przeciwlotniczym schronom i atomowym bunkrom, a z gotyckich katedr wyrosły szklane drapacze skłębionych chmur.
Mela zmaterializowała się na początku dwudziestego wieku jako dynamiczna strzelista bryła restauracji, blankowana wieża, a na niej geometryczny detal, symetryczne rzędy okien, przeszklony taras widokowy. Kolejna inwestycja rodziny szanowanych restauratorów.
Kwietniowego ranka na skraju królewskiego lasu Maku zastał Melę naznaczoną zębem czasu. Profesjonalnie wykonane żółto-czarne i czerwono-białe tablice zakazywały wstępu, grożąc uszczerbkiem na zdrowiu czy odpowiedzialnością karną. Pilśniowe płyty zakrywały drzwi oraz okna, barierki przy schodach rozkradziono, sprejem nakreślono enigmatyczne symbole, sekretne słowa zaklęć w zapomnianych językach oraz imiona poślednich demonów, duchów i żywiołaków. Pod podeszwami Maka trzeszczało szkło, kruszył się beton rozsadzany ciśnieniem turgurowym wszechobecnego mniszka lekarskiego. Mimo umocnień osunęły się przybudówki i nadbudówki z kolejnych epok, gdy restaurację zastępowały biura, redakcja rozgłośni radiowej, studio telewizyjne, magazyn staroci. Teraz Mela pełniła istotną funkcję opuszczonej rudery, czekającej na przypadkowe zaprószenie ognia, popiół, a wreszcie proch.
Maku nie chciał jej zmieniać, a tym bardziej naprawiać. Przywitał się, a po otrzymaniu bezwarunkowej zgody zerwał tablice, wywarzył drzwi, odgarnął okruchy szkła. Zassał w płuca zatęchłe powietrze.
Uśmiechali się oboje, tak jak uśmiechać się mogą przedstawiciele dwóch obcych kultur na trajektorii wzajemnego poznania. On włóczęga, spacerowicz i ona – opuszczony budynek na skraju lasu, pełna piwnicznych labiryntów, masońskich tajemnic, azbestu w ścianach, opuszczonych gniazd w szczelinach pod parapetami i zatkanych kominach.




