Szymon Urbanek - Palimpsest ropczycko-sędziszowski
- 8 godzin temu
- 5 minut(y) czytania

Miasto jest bytem amorficznym, trudnym do ujęcia – niełatwo o nim teoretyzować. Dlatego urbanista Steven Pile zaproponował bardzo ogólnikową definicję, według której miastem jest to, co projektuje miejskie zachowania[1]. Takim zaś z pewnością jest bezcelowe błądzenie po plątaninie ulic i celowe gubienie się w znanej lub nieznanej przestrzeni. W nowoczesności (kolejne amorficzne pojęcie) i jej kolejnych instancjach przybierało ono coraz to nowe formy – flâneuryzmu, spacerów sytuacjonistycznych, w końcu – urbeksu.
Eksploracja opuszczonych budynków jest chyba kolejną reinkarnacją romantycznej estetyki ruin. Wyraża potrzebę obcowania z tym, co było, z materialnym nośnikiem przeszłości pozwalającym snuć narrację o niej – a w końcu i o teraźniejszości z niej wyrastającej. Szczególnie można to odczuć, zwiedzając architektoniczne szczątki Krakowa, Warszawy, Poznania czy Łodzi. Unaoczniają one zmieniający się charakter miasta poddanego ciągłej modernizacji.
Miasto zdaje się być centrum nowoczesności. Jak zauważył Marshall Berman „być nowoczesnym to znaleźć się w otoczeniu, które obiecuje przygodę, siłę, radość, rozwój, przemianę nas samych i świata – ale równocześnie grozi zniszczeniem wszystkiego, co mamy; wszystkiego, co wiemy; wszystkiego, czym jesteśmy”[2]. Te obietnice i groźby od zawsze mogły spełnić się tylko w wielkim mieście – z jego przemysłem, szkolnictwem wyższym, instytucjami kultury, centrami administracyjnymi, giełdami, bankami i wszelkimi obrzeżami oferującymi schronienie dla „odrzutków”.
Są jednak miasta, te średnie i małe, które wymykają się jakiejkolwiek narracji, które pozbawione przeszłości tkwią w wiecznej teraźniejszości, które nie obiecują żadnej przygody, ale też niczym nie straszą. Należy do nich z pewnością Sędziszów Małopolski, miasto na Podkarpaciu położone między Rzeszowem a Dębicą. W nim widok opuszczonego, zszarzałego, miejscami już zzieleniałego dworca z epoki gierkowskiej nie budzi estetycznego i poznawczego dysonansu. Podobnie ruiny austriackich koszar z przełomu XIX i XX wieku nieszczególnie nie pasują do pobliskiego McDonalda i Rossmanna. Pozbawione narracji, pozbawione przeszłości są idealnie neutralne – jawią się raczej jako część krajobrazu naturalnego, dziwaczne formacje skalne.
Ciągle teraz jestem w kłopotach, zawsze zatrudnionymi moimi interesami sukcesji, kupnem Sielec i gospodarstwem tu w Krościenku, ciągle muszę pisać listy, odbierać papiery od woźnych, muszę jeździć to do adwokata do Tarnowa, do komornika do Dukli, układać się z posesorem w Sielcach, z sędzią, wiele a wiele mam do myślenia i przy tym wydatków pieniężnych[3].
Pseudo-urbeksowa (bo historyczno-literacka) eksploracja akurat Sędziszowa Małopolskiego nie jest wyłącznie gestem nostalgii za tzw. małą ojczyzną. Przeszłość (ale nie historia, bo ta wymaga narracji) miasta została bowiem uwieczniona w pamiętnikach lokalnego szlachcica, Franciszka Ksawerego Preka, od 1842 roku właściciela pozostającej w granicach gminy wsi Sielec. Swoje notatki prowadził w latach 1818–1855. Dla współczesnego wielbiciela estetyki ruin nie jest istotne, co w nich zawarł, lecz raczej jak to opisał. Był bowiem, choć jedynie z galicyjskiej prowincji, obserwatorem wydarzeń, wokół których powstały liczne literackie, historyczne, artystyczne i polityczne narracje – powstania listopadowego, krakowskiego i rabacji galicyjskiej.
Sam jednak nie potrafił ich opowiedzieć. Jedynie odnotowywał pojedyncze fakty – doniesienia z prasy i od znajomych, rosnące ceny, problemy z wekslami, ruchy wojsk w lokalnych koszarach. Prek, zarówno realny, jak i wykreowany przez samego siebie we własnym tekście, nie jest więc żadną z wielkich figur polskiej literatury nowoczesnej. Daleko mu do miłosnego odurzenia Gustawa, nie ma w nim narodowowyzwoleńczych porywów Konrada i Kordiana, ani kapitalistycznej zapobiegliwości zmieszanej z dekadencką chorobą wieku Stanisława Wokulskiego. Nie przedstawia siebie jako ofiary ani bohatera swoich czasów. Są one bowiem dla niego czymś zupełnie oczywistym, niewymagającym opowieści.
Prek stanowił więc niejako uosobienie tego charakterystycznego dla małych i średnich miast ahistoryzmu. Na swoją współczesność patrzył jako na pozbawioną przyczyn i celu, dążącą jedynie do zachowania samej siebie we względnej stabilności.
W Sędziszowie, małym miasteczku o pół mili ode mnie, stojące szwoleżery są na wielkiej baczności, konie zawsze osiodłane, broń nabita i zawsze gotowi na rozkazy, maszerują nawet ku Rzeszowu, gdzie nie wolno gasić światła po domach […].
Usłyszawszy to oczekiwałem co moment tego samego losu i pozbierawszy, co tylko miałem, udałem się do Sędziszowa, wziąwszy wszystkich dworskich ludzi. Przejeżdżając koło mego polowego, ten wykrzyknął ze śmiechem: „O! jak surdutowi uciekają!”. Ekonomowa tylko sama została, aby utrzymać porządek, lecz i ta z żoną mego lokaja ubrała się w płachtę i kożuch ze strachu, aby ją nie obdzierano[4].
Nawet rabacja galicyjska, wydarzenie zdające się być na wskroś nowoczesnym, domagającym się literackich i historycznych syntez, stanowiła co najwyżej niedogodność w codziennej egzystencji prowincji. Właściwie chłopskim rozruchom z roku 1846 Prek nie nadał w swoich pamiętnikach żadnej nazwy, traktował je raczej jako dalekie pogłosy powstania krakowskiego. Dzisiaj, po szwolożerach patrolujących okolice pozostały tylko niszczejące ruiny koszar. Symptomatycznie zresztą Prek kończy swoje rozważania o chłopskim buncie, konstatując tylko:
Mieszkając w oberży w Sędziszowie ciągle spostrzegałem latające sztafety, przechodzące wojsko, konnicę, piechotę, armaty, amunicje, wszystko spieszące ku Krakowu, gdzie – mówią – jest punkt powstania i połączenia[5].
„Wszystko spieszyło ku Krakowu” – to dobra metafora nowoczesności widzianej oczami galicyjskiej prowincji. W końcu polskiej wielkiej literaturze nowoczesnej dobrze myślało się równie wielkimi miastami. Warszawą z Lalki Bolesława Prusa i Dziecięcia Starego Miasta Józefa Ignacego Kraszewskiego. Łodzią z Ziemi obiecanej Władysława Stanisława Reymonta i Bawełny Wincentego Kosiakiewicza. Równie dobrze myślało jej się opozycją miasto – wieś, chociażby Krakowem i Bronowicami z Wesela Stanisława Wyspiańskiego czy Kalińcem i Serbinowem z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej. Tak właściwie, nie najgorzej myślało jej się też samą wsią, ale rozumianą nie swoiście, lecz negatywnie, jako nie-miasto – choćby Lipcami z Chłopów Reymonta.
Za to nigdy nie myślało jej się najlepiej (czy też wcale) małymi i średnimi miastami. Pozbawione wielkiego przemysłu, kultury i administracji nie stanowiły zrębów modernizacji, a co najwyżej jej peryferia ze swoimi przesiadkowymi węzłami kolejowymi, magazynami, handlem detalicznym, niewielkimi koszarami, lokalnymi oddziałami banków i całymi zastępami urzędników niskiego szczebla oraz wiecznych, demiurgicznych burmistrzów. To nie jest dogodna sceneria dla wzniosłych życiorysów i wybujałego życia emocjonalnego flâneurów, voyeurystów, arystokratów zdegradowanych do roli kapitalistów, tragicznych powstańców i rewolucjonistów. Tak zwane miasteczka stały się co najwyżej neutralnym obiektem oglądu lokalnych, statecznych pamiętnikarzy. Jeden chyba tylko Bruno Schulz potrafił z niewielkiego Drohobycza uczynić centrum nowoczesnej wyobraźni. Nie było jednak w historii i nie ma w naszej współczesności tylu Schulzów, ile jest Drohobyczów. Jest i było pewnie wielu Preków – kto jednak chciałby czytać ich nudne szpargały zestawiające wielką historię z cenami zbożami i nieopłaconymi wekslami jako rzeczami równie istotnymi? Lepiej udać się na urbeks i nasycić estetyką ruin – równie ahistorycznych, jak ich otoczenie – i próbować dostrzec palimpsestowość małych miast. Tej chyba jednak nie opowiedzą milczące resztki budowli, a raczej pozbawione narracji, suche, faktograficzne pamiętniki. Może „miasteczek” w ogóle nie da się opowiedzieć, a urbeks w nich jest niemożliwy – tylko spacer wśród resztek traktowanych jak część krajobrazu naturalnego?
[2] M. Berman, „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Rzecz o doświadczeniu nowoczesności, tłum. M. Szuster, Kraków 2015, s. 15.




