Pedro Peix - Chłopcy z Memphis, przeł. Maksymilian Gwinciński
- 8 godzin temu
- 7 minut(y) czytania

Polanco „Strzyg” pierwsza baza
Graliśmy w baseball przy morzu, gdy nagle ujrzeliśmy zbliżający się do lądu statek, sunący w naszą stronę niczym szara, monumentalna zjawa. Ja, którego odwaga nie zna granic, stanąłem jak wryty, z otwartymi ustami i kijem na ramieniu. Nie poczułem nawet uderzenia piłki w głowę. Okręt niemal unosił się nad wodą i widzieliśmy go, jak już prawie wślizguje się na boisko. Nikt nie ruszył się ze swojej pozycji, nikt nawet nie drgnął. Morze w oddali zaczęło zapełniać się rozbitkami, a my pozostawaliśmy z rękawicami w dłoniach, myśląc nad innym miejscem do gry.
J. Jansen „Jednoręki dzieciak” środkowy zapolowy
To jego pomysł lub raczej jego śmiałość zachęciła nas do conocnych wypraw na Memphis, statek ugrzęzły sto stóp od wybrzeża. Nie chcieliśmy wracać do domu całkowicie przemoknięci, dlatego chowaliśmy nasze ubrania pomiędzy skałami na skarpach. Pływaliśmy trójkami, szepcząc nasze imiona przy każdym pociągnięciu ramienia. Przodem płynął Jednoręki, pokonując dystans swym jedynym ramieniem, spieniając przy tym wodę swoim kikutem. Poruszał się najszybciej z nas, zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Opowiadał, że rękę odgryzł mu rekin, jednak wszyscy wiedzieliśmy, że stracił ją w prasie młyna trzcinowego. Pomimo tego nadal pozostawał czwartym pałkarzem i kapitanem drużyny. Nauczył się grać w baseball od żołnierzy marynarki wojennej na dziedzińcu Fortu Ozama. Znał ich dobrze i rozumiał ich język. Prawdopodobnie dlatego jako jedyny nie zaniepokoił się pierwszej nocy, gdy podczas pierwszej wyprawy dostrzegliśmy unoszące się obok nas przedramię marynarza z wytatuowaną wielką, fioletową kotwicą. Przedramię płynęło w kierunku przeciwnym do naszego i z całych sił starało się dostać do brzegu.
– To McKenzie Blue... Nie dotykajcie go – powiedział Jednoręki. – Żyje na horyzoncie.
Ravelo „Plaga” trzeci bazowy
Przekazywał nam wszystkie choroby bezceremonialnie. Męczyły nas z tą samą zjadliwością oraz intensywnością, z jakimi doskwierały jemu. Od odry do świnki, włączając w to również bóle zębów i przeziębienie. Nikt nie chciał iść u jego boku ani przechodzić przez jego ulicę. Żyliśmy jednak wszyscy w tej samej dzielnicy i na każdym kroku natykaliśmy się na jego wysypki, flegmy i gorączki. Nie mieliśmy możliwości wykluczenia go z drużyny. Kiedy graliśmy bez niego, jeden z nas łamał sobie rękę lub nogę albo gubiliśmy ostatnią piłkę, albo spadała wielka ulewa, topiąc nasze marzenia w błocie.
– Niech przyjdzie ten nieszczęsny Ravelo – wołaliśmy, a słońce witało nas ponownie.
Początkowo nikt nie chciał zabierać go na Memphis, jednak pewnego dnia pojawił się przed nami, twierdząc, że wybrał się sam i widział syrenę w jednej z kajut.
Tancredo Rondon „Płaczek” lewy zapolowy
Byłem bardzo nerwowy, to prawda. Mój tata kupił właśnie Forda T, najnowszy model 1916, i zdecydował się zabrać mnie na klif, aby oświetlać reflektorami miejsce katastrofy. Na plaży, a nawet i na skarpie, zaparkowanych stało wiele samochodów rzucających światła w stronę statku w poszukiwaniu jakiegoś rozbitka lub ocalałego. Tata jeździł oświetlać miejsce tragedii jeszcze nawet tydzień po tym, jak Memphis osiadł na mieliźnie. Przez pierwsze dni wierzyłem, że naprawdę przejmuje się zniknięciem ponad czterdziestu marynarzy. Pewnej nocy usłyszałem jednak mamę, kiedy mówiła mu, że dobrze zrobił, prezentując samochód. Teraz już cały świat go zobaczył i wiedział, że to pierwszy Ford T krążący po ulicach Santo Domingo. Nie przejmowałem się akcjami ratunkowymi, jednak czułem strach, że mogą one zaskoczyć chłopaków płynących do Memphis lub wracających z niego podczas któregoś z bezwstydnych i wandalskich abordaży, w których też brałem udział.
Mustafa Rangel „Turek Midas” łącznik
Pomysł szabru wyszedł od niego, to nie ulegało wątpliwości. Nazywał to „królewskimi resztkami”. To właśnie Mustafa Rangel zaproponował nam, abyśmy zabrali ze statku wszystko, co możliwe do przetransportowania przy pomocy ludzkich rąk.
– Nawet złom jest na sprzedaż – mówił, patrząc z zachłannością na ogromny, pęknięty kadłub Memphis.
Rozpoczął od otwarcia porzuconych kufrów oraz waliz i powybierał z nich mundury i stuptuty. Zasugerował nam, żebyśmy pozbierali wszystkie pozostałe na krążowniku wojennym kamizelki ratunkowe.
– Kupi je każdy obdartus – mówił bezczelnie, przypuszczając, że kamizelki ratunkowe są bardziej praktyczne i wytrzymałe, aniżeli jakakolwiek konwencjonalna odzież.
Potem wpadł na pomysł, aby zdemontować wszystkie kabiny. Wybierał przy tym najlepszej jakości kołdry i prześcieradła, by sprzedać je chińskim hotelom. Nienasycony, wszedł do kabiny dziobowej i zawłaszczył telegraf. Wymienił go potem na dwa kije i sześć rękawic bejsbolowych. Później widzieliśmy go transportującego narzędzia naprawcze, a następnie wpisującego i wymazującego podejrzane obliczenia w dzienniku pokładowym. Na sam koniec, kiedy pokazaliśmy mu ciężki kabinet, w którym znajdowały się flagi Stanów Zjednoczonych, powiedział z pogardą:
– Rozwińcie je... Sprzedamy to jako dywany.
Lupo Navarro „Marzyciel” miotacz
W naszej dzielnicy wołali na niego „Podrób”, być może dlatego, że dorastał blisko dzielnicy Matadero, niedaleko miejsca, gdzie graliśmy w bejsbol. Nasi rodzice pracowali jako sprzedawcy mięsa, ubojowcy, oprawcy skór czy handlarze podrobami. Nie wszyscy. Mieliśmy w drużynie dwóch lub trzech mieszkających przy Alei Niepodległości. Nasi zespołowi bogacze. Ich rodzice posiadali samochody, domy z balkonami oraz ogrody rozciągające się do morza. Nie srali w latrynach, tylko w przenośnych toaletach, które wedle ich słów zakupili od żołnierzy marynarki. Nie stanowiło dla nikogo tajemnicy, że te dzieciaki nie włóczyły się po Matadero. Jeśli przychodzili zagrać z nami w piłkę, robili to, by uciec ze swoich domostw. Później pokusa syreny stała się silniejsza niż wizja jakiejkolwiek kary. Stanowiła wtedy dla nas jeszcze limbo przyjemności, obcy dla miasta mech. Słyszeliśmy, jak śpiewa, jednak nie wiedzieliśmy, skąd dochodzi jej głos, który zdawał ukrywać się w ciszy Memphis. Śpiewała jakby była zakochana, a capella, lecz przy akompaniamencie uderzających fal. Przemierzaliśmy statek wzdłuż i wszerz, nie odnajdując jej. Rozdzielaliśmy się i nurkowaliśmy między rafami, szukając jej imienia na ustach topielców. Organizowaliśmy morskie serenady i pytaliśmy ptaki, czy oddała swe ciało blaskowi. Tylko dla uczczenia jej, wychowaliśmy w naszych dłoniach mnóstwo ryb i mimo że przeczuwaliśmy jej delikatność w ciemności, czekaliśmy aż wstanie z porankiem. Pewnego wieczoru napisałem dla niej długi wiersz na piasku, jednak stado jaskółek rozwiało go, szykując się do lotu.
Celso Pumarol „Tarka” druga baza
Sprzedaliśmy już prawie wszystko – po umówionej cenie i bez targowania – jak rozkazał nam Mustafa Rangel. Do tego momentu uzbieraliśmy flotę łodzi ratunkowych, które wynajmowaliśmy rankami i zabieraliśmy ciekawskich na Memphis. Wraz z nadejściem zmierzchu zamykaliśmy interes, ponieważ nocą statek zamieniał się w nasze prywatne schronienie, unoszący się na wodzie dom, w którym miejsca starczyło wyłącznie na miłość. Chociaż Ravelo „Plaga” utrzymywał, że jako jedyny widział syrenę, pierwszy pokazał nam ją stróż z kapitanatu. Pewnej nocy, otwierając i zamykając włazy, prowadził nas tam, gdzie nigdy wcześniej nie dotarliśmy. Do skalistego serca Memphis. Nauczała nas, leżąc na penetrujących wrak statku koralowcach i gronorostach. Rozebrana i uśmiechnięta, o skórze wyglądającej jakby obmywało ją wyczerpanie bezsennych. Prawie nie zdając sobie z tego sprawy, Ponciano namawiał nas, abyśmy posiedli ją jeden za drugim i ile razy chcemy. Tamtej nocy byłem pierwszym, przed którym roztoczyła swój zapach i ostatnim, który ja opuścił.
Czarny Benitez „Plebs” prawy zapolowy
– Kiedy to w końcu za-zatonie? – powtarzał w kółko, jąkając się, Czarny Benitez.
Tylko jego irytowała widmowa postać z Memphis. Można powiedzieć, że nienawidził tego statku od pierwszego dnia, gdy dostrzegliśmy go, grając w piłkę. Nie tylko statku, ale także całej ocalałej załogi. Kiedy obserwowaliśmy, jak rozbiera zwłoki marynarza, wszyscy przymknęliśmy oko. To zdarzyło się pierwszej nocy, gdy eksplorowaliśmy Memphis, kiedy jeszcze inni próbowali ratować żołnierzy marynarki wojennej. Zdarłszy z marynarza odzienie, zacząć kopać i policzkować zwłoki, krzycząc przy tym:
– Ma-mamy was ratować, g-g-gdy wy przybyliście nas pierdolić!
Przypuszczalnie dlatego najrzadziej pojawiał się na statku. Podczas pierwszej nocy z syreną jako jedyny wyrzekł się dotknięcia jej.
– Znam ją – powiedział sarkastycznie. – To dziwka z Matadero... przesiąknięta brakiem moralności.
Benjamin Ogando „Gwinea” łapacz
Trzymaliśmy w tajemnicy odkrycie naszej syreny, jednak po kilku tygodniach Ponciano, stróż z kapitanatu, zaczął zapraszać chłopaków z innych dzielnic.
– Syrena jest jak skarb – mówił nam. – Należy się nim dzielić.
Nie czuliśmy się z tym komfortowo, ponieważ spędzaliśmy już całe noce, stojąc w kolejce na pokładzie, a gdy przychodziła nasza kolej, musieliśmy płacić. Ponciano brał po pięć centavos za oglądanie jej, a dziesięć za położenie sięz nią. Wydawała nam się bardziej stanowcza i cielesna. Nadal naga, jednak z piersiami zakrytymi kamizelką ratunkową, leżącą na brezentowym płótnie i popalającą papierosy Lucky Strike. Później oglądanie jej stało się niemożliwe, nawet z daleka, ponieważ dorośli pracujący w okolicach portu również ustawiali się w kolejce, by ją poznać. Kiedy Ponciano zwiększył opłatę – „akceptuje tylko dolary” – żołnierze marynarki wojennej, którzy zdążyli już opanować miasto i cały kraj, wyparli miejscowych swą ciekawską lubieżnością. W wigilię Bożego Narodzenia dowiedzieliśmy się, że syrena została znaleziona martwa pośród raf. Ponciano poinformował mnie pierwszego, pewnie dlatego, że byłem najstarszy w zespole. Niezwłocznie przekazałem tę informację chłopakom. Tamtej nocy wszyscy popłynęliśmy do raf. Obserwując sylwetkę syreny zabalsamowonej w swe koralowe mleko, bardziej niż same zwłoki, zapamiętaliśmy komentarz rzucony przez Czarnego Beniteza, który pierwszy raz w życiu powstrzymał swą ordynarność:
– U-u-umarła w swoich woda... sama z siebie... Nie mówiliście przypadkiem, że jest syreną?
Lepe Lizardo „Strzała” miotacz zamykający
Mieliśmy już wracać, gdy pośród nocy dostrzegliśmy nagle przedramię marynarza na środku morza.
– To McKenzie Blue! – krzyknęliśmy wszyscy.
Przedramię kluczyło między rafami, pulsując na deszczu, wynurzając się spomiędzy fal silniejsze i zwinniejsze niż kiedykolwiek. Olbrzymie i błyszczące, przy każdym zagarnięciu wody ukazując tatuaż z naszą syreną uczepioną jego kotwicy.
Camarena Son „Bobas” trener
Minęło dwadzieścia lat, odkąd Memphis osiadł na mieliźnie. Nigdy do końca nie zatonął i nigdy nikt nie przywrócił go do użytku. Nawet żołnierze marynarki, gdy jeszcze stacjonowali, nie zaprzątali sobie tym głowy. Spacerujący po bulwarze odbierali wrak statuku jako pretensjonalny i odarty z chwały, niczym twarda skorupa o miękkim sercu. Wielu obserwowało go z obojętnością, inni z pogardą, a niektórzy nawet ze wstrętem i oburzeniem. Przede wszystkim ci, którzy wiedzieli, że z biegiem lat Memphis zmieniło się w złodziejską dziuplę, kryjówkę dla cwaniaków i stręczycieli, którzy spotykali się tam o świcie, by dręczyć i deprawować słabszych, by dzielić zdobyte łupy, by porywać i torturować przeciwników reżimu. Ostatnie zdanie jakie usłyszałem za plecami brzmiało:
– Memphis stało się siedliskiem szumowin.
Salcedo de Jesus „Śmierdzistopa” nosiciel kijów
Każdego kolejnego dnia Memphis nawiedza trujący, siarkowy, mdlący zapach. Szczury krążą po rozpadających się burtach, po kotłowni i maszynowni, wędrują pomiędzy kabinami. W czasie pełni księżyca rozświetla się nowa zgnilizna jego mieszkańców: obłąkanych żebraków, donosicieli, szpicli, zepsutych kobiet i cuchnących prostytutek czekających na swoją kolej do aborcji nim wstanie dzień.
Memphis jest wysuszoną kloaką, w której pełzają najbardziej zdeprawowani i sadystyczni przestępcy. Margines społeczny naszego miasta – tak nas teraz nazywają i mają rację.
Zapominają przy tym, że kiedyś byliśmy niewinni, wiele czasu temu, zanim napadli na nasze boisko. Kiedy byliśmy chłopakami i graliśmy w baseball przy morzu.




