Patrycja Psuj - Trzeba wiedzieć, gdzie nie skręcać
- 7 godzin temu
- 4 minut(y) czytania

Na ulicy Wiśniowy Sad nie ma ani jednego drzewka wiśni.
Jeżeli kiedyś tu rosły, musiało to być długo przed powstaniem Huty Lenina. Nie pamiętała ich ani stara Baranowa z czwartego, która podobno przeżyła w życiu wszystko, ani woźna spod dziewięćdziesiątki jedynki, a ta znała wszystko i wszystkich. Na osiedlu Kolorowym nic nie było kolorowe. Ani ściany bloków, ani wypalona od słońca niecka basenu, ani sny mieszkańców.
Ukryte poziomy
W dzieciństwie myślałam, że osiedle jest nieskończone. Że jeśli minie się przystanek i CPN, skręci za kiosk, przejdzie przez trawnik, wejdzie w bramę bez numeru, to trafi się do następnego poziomu. Jak w grze, o której nikt nie powiedział dorosłym. Nasza Nowa Huta miała takich poziomów bez liku. Niby logicznie rozplanowana, szeroka, monumentalna, z alejami rozpisanymi jak równanie i blokami ustawionymi tak równo, jakby ktoś miał tu wychować pokolenie odciśnięte od tej samej formy. Ale wystarczyło zejść z tej pocztówki. Wystarczyło skręcić za wcześnie. Albo za późno.
A w Hucie ciągle ktoś skręcał nie w porę. A to za sklepem mięsnym, za kioskiem z gazetami, za pawilonem, w którym sprzedawano wszystko i nic. Wszędzie tam piętrzyło się szkło z rozbitych butelek. W bramę, w której pachniało piwnicą i kocimi sikami. Jeżeli nie było się tutejszym, można było stracić portfel, jedynki i odrobinę godności. W przejście między blokami, gdzie asfalt zamieniał się w ubity piach, a echo niosło krzyki ojców i wymierzane razy. Na plac, który nie był placem zabaw, chociaż dzieci bawiły się na nim w policjantów i złodziei. Wtedy nikt nie chciał być policjantem, bo policjanci byli tutaj tymi złymi. Na klatkę schodową, która widziała i słyszała już wszystko, a przez to oddychała ciężko, jak chory człowiek.
Kiedy byłam mała, nie wiedziałam, że miasto ma dwa ciała. Jedno, z którego korzystali wszyscy: zieleńce, ławki, aleje, lody, oranżada w proszku, trzepak, który był sceną, statkiem i wieżą obserwacyjną. Drugie – ukryte, posiniaczone, z pręgami na tyłku, z podbitym okiem, znikające na kilka dni i wracające tak odmienione i obce, jakby podmieniono mu skórę. My, dzieci, przechodziliśmy między tymi ciałami bezszelestnie. Byle tylko nikt nie zwracał na nas uwagi. Byle tylko można byłoby siedzieć do zmroku na huśtawkach.
Pokolenie z chowu klatkowego
W Nowej Hucie mojego dzieciństwa wszystko miało smak metalu. Rano powietrze potrafiło być ostre jak zapach nieprzetrawionego alkoholu. W południe ręce śmierdziały łuszczącą się farbą z drabinek albo rurkami trzepaka. Wieczorem klatki schodowe zamieniały się w gar gotowanej kapusty, a nocami w popielniczkę i słodkie, tanie wino, które kleiło trampki. Nocami dorośli mówili półgłosem, ale ściany i tak niosły każde słowo. Pieniądze. Dług. Komornik. Praca na nockę. Zabrali. Siedzi. Wrócił. Znowu. Te słowa brzmiały jak zaklęcia w obcym języku. Powtarzaliśmy je w głowach, niewiele z nich rozumiejąc, jednak wiedzieliśmy, że lepiej nie pytać.
Dwie klatki dalej w moim bloku mieszkał Remik. Tata Remika siedział w więzieniu, potem też brat Remika. Długo się zastanawiałam, czy mieli wspólną celę. Naprzeciwko mnie pod jedynką Jędrek, a pod dwójką Basia. Chodziłam do niej czasem oglądać żółwia. Prawie w ogóle się nie ruszał, ale nie licząc szczurów Kingi, był jedynym zwierzątkiem, które mieli nasi rówieśnicy. Patrzyłam więc na żółwia Basi godzinami. Dopóki tata Basi nie wracał z pracy. Wtedy musiałam szybko wracać do domu, a Basia biegła do biurka, żeby tata myślał, że cały czas siedzi nad zeszytami.
Za blokiem Kingi mieszkał Kuba, który miał bogatą mamę, ale wcale jej nie widywał, i Agata, której tata był taksówkarzem. Gdy Monika nie chciała się przebrać na kolejnym wf-ie, zrobiło się w szkole zamieszkanie, bo okazało się, że Monika ma blizny od kabla. Podobno tata nie mógł sobie poradzić po śmierci mamy Moniki. I ten kabel jakoś mu w tym pomagał.
Dalej mieszkały Madzia, której zawsze strasznie burczało w brzuchu, bo nigdy nie miała kanapek do szkoły, i Marzenka, której mama zatrzaskiwała klapę od fortepianu na rękach, gdy Marzenka za wolno grała mazurki. Wszyscy chodziliśmy do tej samej klasy.
Wszyscy teraz nosimy podobne ślady po Hucie.
Dzikie gruszki
Były miejsca, do których nie wolno było nam chodzić, więc chodziliśmy tam najchętniej. Pusty basen na końcu ulicy, wokół którego rosły dzikie grusze. Kiedyś się tak ich najadłyśmy z Kingą, że rzygałyśmy całą drogę do domu i jeszcze pół nocy. Pamiętam, bo babcia siedziała przy moim łóżku i całą noc głaskała mnie po głowie. Wiem, że Kingi nikt nie głaskał, bo rodzice pracowali w nocy i do szkoły budziła ją sąsiadka.
Najbardziej jednak lubiliśmy pustostan przy Spółdzielczym. Dom bez ludzi wydawał się martwy. Był jak ciało bez oddechu. Niepokojący, fascynujący, kuszący. Okna wybite, framugi obłupane, firanki już dawno zabrane, ale w środku wciąż znajdowaliśmy ślady po czyimś życiu. Krzesło bez oparcia. Szafa, której nikt nie domknął do końca. Szara ścierka w haftowane jabłka. Na ścianie prostokąt jaśniejszej farby po zdjętym obrazie. Jeden dziecięcy but.
Wchodziłyśmy tam z koleżankami jak do nawiedzonego zamku. Szeptałyśmy straszne historie, bo strach też był zabawą. Liczyłyśmy pokoje, zaglądałyśmy do szuflad, oglądałyśmy ściany zapisane długopisem. Ktoś kogoś kochał, ktoś komuś groził, ktoś zostawił datę. Wtedy wydawało mi się, że ludzie mogą̨ zniknąć tak nagle, tak po prostu, w środku obiadu, w połowie kłótni, między jednym a drugim oddechem. Dziś wiem, że nie znikali. Byli wyrzucani, uciekali, przegrywali, ratowali się, jak mogli. Mieszkanie nie pustoszało z kaprysu losu, tylko z biedy, przemocy, eksmisji, choroby, długu, alkoholu, wstydu. Jeżeli za wcześnie źle się skręciło, to zostawał po człowieku prostokąt jaśniejszej farby, jeden but i kubek bez ucha.
Papierosy nasze powszednie
Mama paliła złote marlboro w domu. Ale zawsze w kuchni i przy otwartym oknie. Nie narzekałam, bo tata Kingi papierosy gasił na jej nogach. Albo rękach. Zależy, jaki miał utarg po nocce na Placu Centralnym.
Papierosy to chyba w ogóle każdy wtedy palił. Wuefista w kantorku, w którym dym z kapitanów wisiał ciemną chmurą, pan z ksero na Handlowym, starszaki w podstawówce w kiblach, pani z kiosku ruchu, babcia Dawida i nawet moja babcia. Ale moja babcia paliła jakoś tak dostojniej. Potrafiła palić, rozmawiać przez telefon na długim kablu i mieszać zupę pomidorową, do której zawsze dawała mi kromkę chleba grubo posmarowaną masłem.
W ogóle ten chleb to był w domu ważny. Mama mówiła, że babcia dawniej spała z nim pod poduszką. Czasami widziałam, że jadła takie krzywe kromki. Jakby zgniecione. Mówi się, że, nawet gdy wojna się skończy, to nie da się jej wydłubać z człowieka.
Mówi się też, że Nową Hutę można opuścić. Ale Huta nigdy nie opuszcza człowieka. Ja zostawiłam w niej kawałek siebie. Pochowany w korzeniach wiśni za blokiem nr 7.




