Oleksandra Radchenko - Kunickiego – to stolica...
- 20 cze
- 7 minut(y) czytania
Esej o Ulicy, której prawie nie ma, i o mnie, która wciąż tu jest
Opowieść ta będzie o jednej z najważniejszych arterii Lublina – ulicy Kunickiego. Nie jest to po prostu długa, głośna ulica, tylko inna rzeczywistość, niewymiarowy świat, pełen sprzeczności, ale i zwyczajności, brzydoty, ale i piękna, nowości, ale i historii. Jest ona miejscem przemian społecznych, gospodarczych i urbanistycznych, jakie dokonywały się w Lublinie od XIX wieku aż po dziś. Wybuchowa plątanina losów mieszkańców, narodzin i śmierci lubelskiego przemysłu, zabytków architektury i urbanistycznych przestępstw deweloperów – to jest moja Ulica.
***
W pierwszej połowie XIX wieku przez podlubelską wieś Dziesiąta biegła w kierunku Bychawy droga otoczona polami, sadami i nielicznymi zabudowaniami. Nikt wtedy nie przypuszczał, że zagra ona główną rolę w ustanawianiu lubelskiego przemysłu. Był to po prostu jeden z głównych wyjazdów z miasta.
Nadszedł rok 1877. 17 sierpnia Warszawę z Kowlem połączyła Kolej Nadwiślańska, co zapoczątkowało szybki rozwój przemysłowy i urbanistyczny. Stacja Lublin Główny stała się węzłem strategicznym, łączącym kluczowe kierunki kolejowe. W okolicach stacji zaczęły powstawać zakłady przemysłowe, magazyny i warsztaty. Wspomniana droga otrzymała nazwę ulica Bychawska, a jej znaczenie zaczęło rosnąć. Wzdłuż ulicy zaczęły powstawać kamienice czynszowe, niewielkie zakłady rzemieślnicze, sklepy i gospody. Ulica stawała się coraz bardziej miejska, choć wciąż zachowywała charakter przedmieścia.


Właśnie w tym okresie zaczęła się kształtować specyficzna tożsamość tej części Lublina – tożsamość robotnicza. Bliskość kolei i rozwijającego się przemysłu przyciągała ludzi szukających pracy, a ulica Bychawska stawała się ich codzienną przestrzenią życia. Na polecenie c.k. generał-gubernatora austriackiego w dniu 15 października 1916 r. włączono ją w granice administracyjne miasta Lublina.
W 1928 roku ulica Bychawska otrzymała nowe imię – Władysława Kunickiego – nauczyciela, członka Polskiej Partii Socjalistycznej, który był właścicielem i dyrektorem Gimnazjum Żeńskiego Matematyczno-Przyrodniczego w Lublinie.
W okresie międzywojennym ulica Kunickiego stała się jedną z najważniejszych arterii południowego Lublina. Rozwijała się zabudowa mieszkalna, powstawały sklepy, warsztaty, a także instytucje społeczne. Ulica była żywa, głośna, pełna ruchu – stanowiła kręgosłup dzielnicy Dziesiąta.
Okres okupacji niemieckiej przyniósł ulicy Kunickiego trudne doświadczenia. Jej położenie w pobliżu dworca kolejowego sprawiało, że była miejscem wzmożonej aktywności wojskowej. Wzdłuż ulicy działały punkty kontrolne, posterunki i magazyny. Mieszkańcy byli narażeni na częste rewizje i represje. Jednocześnie Ulica stała się przestrzenią konspiracji – w okolicznych domach działały punkty kontaktowe podziemia. W pamięci najstarszych mieszkańców zachowały się opowieści o ukrywaniu broni, przerzutach ludzi i dramatycznych akcjach sabotażowych.
Po II wojnie ulica Kunickiego stała się symbolem codzienności PRL: zapełniona sklepami spożywczymi, zakładami fryzjerskimi, warsztatami, kioskami i barami mlecznymi, była miejscem spotkań, zakupów, spacerów i rozmów. Jej charakter robotniczy utrzymywał się.
Po 1989 roku, w wyniku tak zwanej transformacji ustrojowej, ulica Kunickiego weszła w kolejny etap swojej historii: mniejsze zakłady przemysłowe, warsztaty i przedsiębiorstwa nie wytrzymały konkurencji rynkowej, co doprowadziło do ich likwidacji. Na początku XXI wieku nastąpiły zamknięcia dużych zakładów przemysłowych. Wieloletnie niszczenie podstaw istnienia tej części Lublina doprowadziło do potężnych fal bezrobocia, biedy i rozpaczy. Wielu byłych robotników nie potrafiło znaleźć się w nowej rzeczywistości i doświadczyło degradacji ekonomicznej i społecznej. Twarz ulicy Kunickiego zmieniła się po raz kolejny: wyglądała jak schorowany organizm, zbyt zmęczony, by walczyć, ale zbyt uparty, by umrzeć. Fabryki, które kiedyś tętniły życiem, stały teraz puste, patrząc na mieszkańców czarnymi oczodołami wybitych okien. Ludzie krążyli między fabrykami bez celu, jakby wciąż czekali na początek dnia pracy, który nigdy już nie nastąpi. W powietrzu wisiała beznadzieja tak gęsta, że można było ją jeść łyżką. Nie była to tylko katastrofa ekonomiczna – była to choroba. Przemysłowe serce Ulicy przestało bić. Ulica słabła, traciła swoją tożsamość, rozpadała się na wspomnienia.


***
Właśnie w tym czasie upadku przeprowadziłam się na jedną z małych bocznych uliczek Kunickiego. Drobna blondynka z analogowym aparatem dziwnej konstrukcji w ręku i szkicownikiem wystającym z torby. Latałam po okolicy, dokumentowałam podupadłe domki-meliny, ludzi z flachami pryty o 7 rano, meneli i porzucone kamienice, fabrykę cykorii Chaima Lejby Freitaga, młyn parowy, magazyny i kamienicę dyrektorską gorzelni „Kośminek”, pierwszą elektrownię lubelską… Czasem w kadr trafiała latarnia, która gasła i zapalała się w rytmie oddechu, albo koty, które ustawiały się w geometryczne formacje, jakby próbowały przekazać jakąś wiadomość. Zdarzało się, że uchwyciłam cień, który nie należał do żadnej widocznej postaci, a jednak był wyraźny, jakby miał własną świadomość. Świat Kunickiego był pełen rzeczy, które domagały się uwiecznienia.
Nikt nie wiedział, skąd przyszłam. Jedni twierdzili, że wysiadłam z tramwaju, którego nigdy w Lublinie nie było. Inni – że po prostu wyłoniłam się z mgły, która czasem spowijała ulicę o świcie. Najbardziej polubiłam tych, co przysięgali, że byłam tu zawsze. Nie szczerzyli zębów, nie przytulali, ale spojrzenia ich nie miały w sobie twardej, oceniającej ostrości zarezerwowanej dla przyjezdnych. Kunickiego przyjęła mnie natychmiast – tak jak przyjmuje się swoją rękę lub ucho. Nieufna wobec obcych, zaufała mi. Ulica, ta dziwna żyjąca istota, ukazała mi swoje sekrety.
***
Pewnego popołudnia na wykładzie w świetlicy zauważyłam, że moi uczniowie są dziwnie milczący. Siedzieli w półkolu, patrząc na mnie z niepokojącą uwagą, jakby oczekiwali, że coś powiem. W końcu jeden z nich – chłopak o twarzy tak bladej, jakby nigdy nie widział słońca – podniósł rękę.


– Pani już wie, prawda?
Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, co właściwie powinnam powiedzieć. Chłopak skinął głową, jakby moje milczenie było potwierdzeniem.
– Ulica panią wybrała. A jak Ulica wybiera, to znaczy, że coś się zmienia.
Po tych słowach wszyscy wrócili do pracy, jakby nic się nie wydarzyło, ale wiedziałam, że coś się zaczęło.
***
Mieszkańcy patrzyli na moją pracę z fascynacją i zrozumieniem – wiedzieli, że pokazuję coś, czego nie potrafią nazwać. Kunickiego, choć wciąż pogrążona w kryzysie, zaczęła jakby oddychać lżej. Nie dlatego, że fabryki wróciły do życia – nie wróciły, ale ktoś wreszcie potrafił zrozumieć ją i nie odwracał wzroku. Weszłam w rezonans z moją Ulicą.
Ulica Kunickiego zaczyna się nagle i równie nagle się kończy, jakby ktoś narysował ją jednym pociągnięciem węgla i zapomniał opracować resztę planu miasta. Ludzie mieszkający tu od pokoleń nie pamiętają swojego dzieciństwa, bo od urodzenia są staruszkami. Kamienice stoją tu blisko siebie, jakby bały się, że ktoś zajrzy między nie i odkryje coś, co warto ukrywać. Okna są wąskie, często zasłonięte, odsłaniane tylko po to, by móc obserwować ulicę z nieruchomą uwagą. Mieszkańcy Kunickiego mają dar rozpoznawania swoich – wystarczy jeden krok, jeden oddech, jedno spojrzenie. Swoi są tu bezpieczni, jakby Ulica ich otulała. Obcy natomiast czują, że z każdym krokiem powietrze staje się cięższe, a bruk pod stopami bardziej chropowaty – jakby chciał ich zatrzymać. Ta nieufność, jest tak stara, że nikt już nie pamięta jej źródła. Przypuszczam, że kiedyś, dawno temu, pojawił się tu ktoś niepożądany, ale nikt nie potrafi powiedzieć, kim był, ani co zrobił. Gdy obcy tu trafiają, czują się obserwowani: każdy krok odbija się echem, powietrze pachnie siarką, a cienie są zbyt długie… Gdy próbują zostać, szybko odkrywają, że Ulica ich nie chce. Drzwi nie otwierają się, okna parują, a przeciągi wygrywają smutek Chopina. Ci, komu starczy jednak odwagi zostać, po pewnym czasie stają się tacy jak reszta – czujni i całkowicie pogodzeni z tym, że Ulica żyje własnym życiem.

***
„Jezusie brodaty, mieszka Pani na Kunickiego?! Byłem tam raz: kolega zaprosił do siebie na piwo. Jak się skończyło, poszedłem do osiedlowego po kolejne – taki dostałem wpierdol, że wylądowałem w szpitalu. Jak tam można mieszkać??” – pyta mnie klient mojej pracowni foto.
***
Kunickiego to jest świat równoległy, a nawet prostopadły. Dzieją się tu rzeczy niewidziane i niesłychane. Drzwi czasem prowadzą do innych mieszkań, a czasem do kamienic wcale nie sąsiednich, a okna samowolnie zmieniają kolor szyb. Mieszkańcy nie zwracają na to uwagi. Dla nich to naturalne, jak naturalne jest to, że ktoś znika na kilka dni, a potem się pojawia udaje, że nikt tego nie zauważył. Nikt nie pyta, nikt nie komentuje. Ulica ma swoje prawa i nikt tego nie podważa. O świcie Ulica wygląda jakby nocą ktoś ją lekko przestawił, zmienił kąt nachylenia, przesunął kilka kamieni, dodał nowe pęknięcia na murach. Ludzie przyjmują to do wiadomości i idą dalej.
***
Ulica ma swoją religię. Nazywa się ona Motor. Nie ma tu znaczenia żużel to czy piłka nożna:
– Kto wygra mecz?
– Motor!!!!!!!!!
Oglądają wszyscy: na boisku, na podwórku, przed telewizorem, w pubie. Nie da się tego przegapić, bo w dni meczów Kunickiego przeistacza się w koryto żółto-biało-niebieskiej rzeki z dopływami w każdej tutejszej knajpie i osiedlowym. Świętowanie lub rozpacz trwa do rana, tak głęboka jest wiara w Motor. W te magiczne dni każdy kibic lubelskiej drużyny jest na Kunickiego swój.
***
Tego wieczoru nie mogłam zasnąć. Szkicownik leżał na biurku, otwarty na pustej stronie, choć byłam pewna, że go zamknęłam. Aparat stał na parapecie, skierowany obiektywem w stronę drzwi, jakby czekał na coś. Powietrze było ciężkie, gęste, naelektryzowane.
Wyszłam na ulicę.

Mgła była tak gęsta, że widziałam tylko na kilka kroków przed sobą, ale bruk pod stopami prowadził mnie pewnie, jakby znał moją drogę. Szłam powoli, czując, że każdy krok jest częścią jakiegoś rytuału, którego zasad nie pojmowałam, ale którego przerwać nie mogłam.
Zobaczyłam drzwi. Stały na środku ulicy – samotne, drewniane, lekko uchylone. Podeszłam, drzwi skrzypnęły, weszłam. Po drugiej stronie był korytarz – długi, wąski, oświetlony światłem bez źródła. Na ścianach wisiały fotografie. Moje fotografie, lecz przedstawiały rzeczy, których nigdy nie widziałam: ludzi o twarzach bez oczu, domy z oknami otwartymi jak usta, cienie, które poruszały się niezależnie od postaci… Zatrzymałam się przy jednym zdjęciu. Przedstawiało mnie. Stałam na środku ulicy, ale nie była to moja Ulica. Była inna – bardziej surowa, pierwotna, jakby pozbawiona wszystkich warstw i śladów. Wyglądałam na starszą – jakbym wiedziała coś, czego jeszcze nie wiem. Pod zdjęciem widniał podpis:
Ta, która widzi.
Na plecach poczułam czyjeś spojrzenie, odwróciłam się i zobaczyłam lustro. Nie odbijało mnie – odbijało Ulicę, która nie była już miejscem, tylko istotą w koszulce Motoru. Byłam jej oczami.
***
Ten esej jest krzykiem o pomoc. Krzykiem ludzi Ulicy, która z wiejskiego traktu stała się miejską arterią, przetrwała dwie wojny, okupację, zmiany ustroju, a teraz jest zagrożona. Przez swoje położenie w centrum miasta stała się celem dla deweloperów, którzy bezwzględnie niszczą nasze zabytki, ścierają naszą historię, niszczą geometrię starego miasta. Nieuczciwe władze Lublina są głuche, konserwator zabytków ślepy. W miejscu starych fabryk powstają betonowe bliźniacze bloki, kamienice wyburzają, ludzi przesiedlają. Giniemy.
W cieniu ogromnych deweloperskich pieniędzy możemy tylko poinformować świat, że byliśmy, jeszcze jesteśmy, lecz niekoniecznie będziemy.




