Maria Krzywda - Skwar


„Las. Oczy sarny”, 2020, olej/płótno - Karolina Jaklewicz



Jest lato. Osiedle na obrzeżach dużego miasta roztapia się w upale. Powietrze drga od wysokiej temperatury, malwy w ogrodach mdleją. Tanie marketowe wiatraki mielą gorące i lepkie powietrze, wydając z siebie monotonne buczenie. Ich właściciele pochowani w cieniu tarasów i markiz spod na wpół przymkniętych powiek obserwują drogę prowadzącą do tego zapomnianego przez boga i ludzi skrawka przestrzeni gęsto porośniętego szeregowymi domkami.


Jedyny sklepik na osiedlu jest zamknięty – za gorąco na obsługiwanie klientów; lód w kostkach i lody skończyły się już dawno, na samym początku fali upałów. Dzieciaki, zazwyczaj odporne i nieczułe na gorąc, rozdrażnione i ospałe, snują się między domami i unikają swojego towarzystwa. Szurając stopami w poprzecieranych trampkach, wzbijają w powietrze tumany pyłu, który osiada na twarzach, wciska się do oczu i ust, zostawiając w zębach zgrzytający piach.


Na horyzoncie jak fatamorgana faluje pięć pustostanów o różnym stopniu nieukończenia. Nagie zbrojenia i surowe betonowe ściany odcinają się ciemnymi konturami od wyblakłego błękitu nieba. Odkąd deweloper splajtował, a miasto odłożyło projekt przedłużenia obwodnicy na czas nieokreślony, nikomu nie zależy na ukończeniu budowy. Nadzieje mieszkańców osiedla na cywilizowane połączenie z resztą świata rozwiały się i zamieniły we wszechobecny kurz.


Zazwyczaj pustostany szybko stają się królestwami bezdomnych. Tych nikt nie objął we władanie. Młodzież popijająca alkohol i paląca zioło woli zarośnięte chaszczami jeżyn wydmy znajdujące się po drugiej stronie osiedla; dorośli nie mają tu czego szukać.


Mówią, że ktoś kiedyś popełnił samobójstwo w jednym z nieukończonych budynków – skoczył i nabił się na pręty wystające z rumowiska u podnóża. Nikt nie wie, kto to dokładnie był i czy w ogóle istniał. Jedni mówią, że to bezdomny, który pewnego dnia pojawił się znikąd, tylko po to, by ze sobą skończyć. Drudzy, że to właściciel upadłej firmy deweloperskiej. Jeszcze inni twierdzą, że nikt nie zginął – przecież pamiętają, że przyjechała karetka i zabrali go na noszach, a nie w worku. Są też tacy, którzy mówią, że historia z karetką dotyczyła kogoś zupełnie innego. Bo przecież ktoś zginął – mówią, kręcąc głowami i rozkładając ręce w geście bezradności. – Ktoś na pewno zginął.


Mieszkańcy osiedla lubią swoją legendę o samobójcy. Straszą nią przyjezdnych i zagubionych kierowców. Siedząc na werandach i tarasach w upalne dni, opowiadają sobie nawzajem, jak w wietrzne noce można zauważyć męską sylwetkę błąkającą się między pustymi budynkami. Mówią, że szuka drogi na dach i nie może znaleźć – schody oberwały się nie wiadomo kiedy, ze ścian zwisają na prętach spękane i pokruszone stopnie.


Domki i uliczki są tu stare, GPS nie działa prawidłowo. Jeśli nieopatrznie zapytasz o drogę, odpowiedź okupisz wysłuchaniem przynajmniej jednej z wersji tej historii. Nie znając terenu, będziesz kluczył wąskimi uliczkami pełnymi ślepych zaułków, wiat śmietnikowych i wjazdów na posesje. Za każdym razem, kiedy wrzucisz wsteczny, wydawać ci się będzie, że przestrzeń dookoła kurczy się i zazębia, a zabudowania z każdym pomylonym zakrętem przysuwają się do siebie, pochylając się coraz niżej nad przejeżdżającym samochodem. Kiedy wreszcie, porzuciwszy wiarę w nowoczesne technologie, zdasz się na wyczucie droga skończy się okolonym pustostanami placem.


Nawet w środku słonecznego dnia w cieniu pustostanów panuje chłód. Nie wysiądziesz jednak z samochodu, nie wyjmiesz kluczyka ze stacyjki. Gdybyś to zrobił, wszedłbyś do jednego z budynków. Nie wiesz dlaczego, ale wpatrujesz się w czerń otworów, której zachęcający szept niesie wiatr zawodzący pomiędzy budynkami. Po raz kolejny wrzucasz wsteczny, teraz już możesz opuścić osiedle. Jedziesz prosto między szpalerem karnie stojących domków, nie patrzysz na znaki, nie wjeżdżasz w żadną ślepą uliczkę.

Nie oglądasz się. Wiesz, że gdybyś się obejrzał, dostrzegłbyś w jednym z pustych okien sylwetkę szykującego się do skoku.