Marek Sosnowski - Dykta, trytytki i złociste znieczulenie
- 8 godzin temu
- 8 minut(y) czytania

Miała być, kurwa, oaza. Tak było wyboldowane na tym jebanym, błyszczącym, kredowym papierze. „Osiedle Horyzont – Twój azyl w pędzącym świecie”. Zresztą, kto dzisiaj używa takiego fontu do deweloperki? Typografia w tym prospekcie od początku krzyczała, że to wał. Litery wchodziły na siebie, światło między znakami było tak nienaturalnie ciasne, zupełnie jak odległość między moim przyszłym balkonem a oknem sąsiada, który na śniadanie miksuje jarmuż i własne frustracje. Błędy w kerningu układały się w ukryty, podprogowy przekaz, zapłacisz za to krwią. Akt notarialny złożony był jakimś archaicznym krojem, z sierotami wiszącymi żałośnie na końcach wersów, będącymi ponurą wróżbą mojej własnej, hipotecznej samotności.
Facet, który podsunął mi tę umowę, miał zęby zrobione w Turcji, białe jak muszle klozetowe w pięciogwiazdkowym hotelu, i garnitur w kolorze fałszywej nadziei, uszyty z materiału, który pocił się razem z nim. Uśmiechał się jak rekin, który wyczuł w wodzie krew klasy średniej. Uwierzyłem mu. Byłem frajerem idealnym. Cyrograf na trzydzieści lat, weksel in blanco na moje życie, podpisałem w oparach taniej kawy z ekspresu na kapsułki. Rata, WIBOR, marża banku, magiczne zaklęcia, które zamieniły mnie w niewolnika z kartą dostępu do szlabanu. Teraz stoję na balkonie. Ma on wymiary pudełka po butach zimowych, numer czterdzieści trzy. Zmieści się tu suszarka na pranie typu Vileda, jeden dorosły człowiek i jego gigantyczna, wielopokoleniowa polska depresja, starannie wyhodowana na mżawce i braku słońca. Barierka ze stali nierdzewnej rdzewieje od samego patrzenia, szkło zbrojone rezonuje przy każdym trzaśnięciu drzwiami na klatce. W ręku trzymam mój jedyny oręż przeciwko rzeczywistości: kufel. Jest potężny, waży z pięć kilo. Prawdziwy bawarski artefakt, ceramiczny potwór zdobiony w jakieś przaśne, ludowe wzorki. Wygląda jak nocnik szalonego króla, który abdykował na rzecz alkoholizmu. W środku chlupocze złocisty płyn. Piwo. Moje jedyne znieczulenie, chmielowa lobotomia na ten padół łez i styropianu. Biorę potężny łyk. Chmiel uderza do głowy, piana brudzi mi nos, a w przełyku czuję zimny dotyk chwilowej ulgi.
Patrzę w dół z mojej loży VIP na ten obiecany raj. „Bliskość natury”, głosił drugi punkt w folderze. I oto jest: natura. Zmęczony życiem, wypalony słońcem i moczem kawałek trawnika, wielkości dywanika łazienkowego. Na nim pies. Kundel pospolity, wibrujące skrzyżowanie mopa płaskiego z jamnikiem, błąd genetyczny o smutnych oczach. Zwierzak jest maksymalnie skupiony. Nogi ugięte w idealnych kątach, grzbiet wygięty w pałąk, ogon sztywny jak antena. Klasyczna pozycja, psi paragraf. Pies sra. I robi to z niezwykłą, arystokratyczną godnością. Patrzy mi prosto w oczy, a ja patrzę na niego. Ciche, międzygatunkowe nici porozumienia snują się w popołudniowym smogu. On zrzuca balast fizyczny, ja, oparty o barierkę, próbuję zrzucić ten psychiczny. Jesteśmy braćmi w egzystencjalnej potrzebie. Dookoła unosi się subtelny aromat taniej karmy z dyskontu, rozgrzanego betonu i spalin z samochodów sąsiadów, którzy za punkt honoru postawili sobie dojeżdżanie wszędzie, choćby do pobliskiej Żabki, swoimi blaszano-plastikowymi trumnami wziętymi w leasing. Samochód to przecież status, a autobus miejski to porażka i plebs. Pełna harmonia natury i polskiego kapitalizmu. Biorę kolejny łyk. Piwo jest lodowate, za to rzeczywistość skrzeczy jak zepsute łożysko w pralce.
Nagle mrugam. Raz, drugi, trzeci. W głowie coś cicho pstryka, jak przepalający się bezpiecznik. Obraz przed moimi oczami zaczyna falować, trawa z mopa i gówna znika, osiedle wyparowuje, bloki topią się w powietrzu jak lody z automatu. Szok. Zamiast paczkomatu i rzędu zaparkowanych hybryd widzę pustynię. Jasny, wyschnięty na wiór piach, sól pękająca pod stopami i wirujący pył. Skwar leje się z nieba, słońce jest białe i złe. Fatamorgana, brutalna zmiana dekoracji.
W samym środku tego termicznego piekła biegną ludzie. Dwie postaci, chłopak i dziewczyna, ubrani w jakieś modne, termoaktywne szmaty, które teraz kleją się do nich jak druga skóra. Uciekają. Pędzą jak szaleni, przebierając nogami z prędkością światła, zapadając się w piach po kostki. Goni ich coś nienazwanego, ale strasznego. Może to urząd skarbowy ze swoimi wezwaniami, może rosnące stopy procentowe, może widmo bezdzietności albo wręcz przeciwnie, presja zrobienia drugiego dziecka. A może to po prostu ta cholerna, miażdżąca dorosłość, od której nie ma ucieczki. Ich panika jest lepka, namacalna, czuć ją w powietrzu wymieszaną z zapachem potu i taniego dezodorantu. Unosząc tumany kurzu, znikają za horyzontem, którego przecież przed chwilą tu nie było. Stoję jak wryty. Półlitrowy nocnik króla ciąży mi w dłoni, podczas gdy mój przebodźcowany mózg próbuje na nowo zinterpretować błędy w kodzie źródłowym matrixa. To nie są tanie rzeczy, taka halucynacja kosztuje sporo kalorii i neuroprzekaźników. Piję dalej. Może to od tego niepasteryzowanego chmielu, a może deweloper dodał azbestu do tynku. Opary absurdu trują mi umysł równie skutecznie, co paski grozy w wieczornych wiadomościach.
Znowu mrugam, bo słońce wypala mi siatkówki. Pustynia znika z kliknięciem, jak zmieniony kanał w telewizorze. Ziemia pod blokiem nagle pęcznieje agresywną, toksyczną wręcz zielenią. Krajobraz faluje, z betonu wyrastają pagórki, rosną w oczach, pokrywając się trawą z rolki. Robi się sielsko. Zbyt sielsko. Światło zmienia się na ciepłe, brzoskwiniowe, złota godzina, filtry z Instagrama wlane bezpośrednio do oczodołów. Zza sztucznego wzniesienia, tam gdzie zazwyczaj stoją kubły na śmieci zmieszane, wychodzi stado gęsi.
Nie są to zwykłe ptaki. Wyglądają jak wycięte z jakiegoś starego, pożółkłego rocznika „Przekroju”, przerysowane, absurdalne, ociekające vintage’ową ironią. Śnieżnobiałe, czyste i dumnie wypięte. Maszerują w idealnie równym szyku, gęgając z wyższością, a ich głos odbija się echem od moich trzyszybowych okien o rzekomo podwyższonej izolacji akustycznej. Idą pewnym krokiem. To nie jest drób, to jest ptasia arystokracja, gęsi-influencerki. Mają wszystko poukładane. Zapewne mają w gniazdach Thermomixy, dzieci posłane do prywatnych przedszkoli Montessori i zaplanowane wakacje na Zanzibarze. Patrzą na mój balkon z nieskrywanym politowaniem. One wiedzą, dokąd idą. Mają cel, trajektorię lotu, algorytm sukcesu. A ja? Ja nie wiem, co tu robię, zawieszony między czwartym a piątym piętrem własnej porażki. Gęsi mają plan na życie, ja mam tylko ten nieszczęsny kredyt i kufel, w którym widać już dno. Ten ich równy, defiladowy marsz to liść w twarz dla mojej egzystencji. Przechodzą koło huśtawki z atestem i znikają, zostawiając mnie w poczuciu absolutnej, kosmicznej pustki. Pociągam z naczynia. Znieczulenie przestaje działać.
Akcja przyspiesza, świat wokół mojego bloku kręci się jak wirówka nastawiona na tysiąc obrotów. Zza rogu dochodzi mnie dźwięk. Metaliczne, rytmiczne szuranie. Szast-prast. Szast-prast. Regularny, hipnotyczny rytm, dźwięk ostrzenia i cięcia stali. Wychylam się za barierkę, ryzykując upadek w tę deweloperską przepaść. Pod oknem droga, zwykła dwupasmowa ulica, a obok w rowie melioracyjnym faceci. Chłopi. Prawdziwi chłopi, jak z jakiegoś chorego, narodowego obrazka, Reymont na kwasie. Koszule w kratę, uwalane smarem i ziemią, na głowach słomkowe kapelusze. W sękatych dłoniach dzierżą kosy, tradycyjne, długie, śmiercionośne kosy. Machają nimi aż miło, kładąc tę ozdobną, zafoliowaną trawę pokotem. W samym środku nowoczesnego świata, na „Europejskim Osiedlu Przyszłości”, zaraz obok neonu całodobowego monopolowego i paczkomatu, wywijają ostrzami jak wariaci, a pot leje im się po czołach. Zapach ściętej zieleni, zmieszany z aromatem wilgotnej gleby i potu, brutalnie uderza w nozdrza, zabijając zapach spalin.
Przez jedną, kurewsko dziwną sekundę czuję się jak dziedzic. Pan na włościach, spoglądający z góry na pańszczyźnianych chłopów, dzierżący w dłoni swój kufel-berło. Patrzę na ich organiczny trud. Praca ludzkich rąk na tle styropianowej, taniej elewacji ocieplonej na dziesięć centymetrów. Zgrzyt epok, czołowe zderzenie cywilizacji, aglomeracja połykająca wieś, która teraz mści się w postaci powidoków. Chłopi koszą równo i ani myślą przestać.
Nagle ziemia drży tak mocno, że piana z piwa kapie mi na kapcie. Szyby brzęczą w ramach, dudnienie narasta, a basowy ryk silnika zagłusza moje własne myśli. Zza rogu ulicy, po nowiutkim asfalcie, wyłania się potwór. Gigantyczna maszyna, czerwony Bizon, niczym wyrwany z radzieckiego plakatu propagandowego, wielkości małego bloku. Sunie środkiem osiedla z gracją czołgu. Wielkie, uwalane błotem koła miażdżą progi zwalniające, heder obraca się z morderczą prędkością, gotowy ściąć każdą głowę, która wystaje ponad przeciętność. Maszyna pożera niewidzialne łany pszenicy wyrastające wprost z asfaltu. Obok niej twardo jedzie traktor, a na nim przyczepa wielka jak miejski basen. Z grubej rury kombajnu pod ciśnieniem sypie się złote ziarno. Deszcz ziaren odbija się od masek zaparkowanych aut. Kurz i plewy zasłaniają zachodzące słońce. Piekielny, industrialny hałas. Środek miejskiej dżungli, a ja mam tu, kurwa, żniwa. Pełen agro-industrialny wpierdol pod własnym oknem. Kombajnista w przeszklonej kabinie, w słuchawkach na uszach, pije kawę i ma moje luksusowe osiedle w głębokim, rustykalnym poważaniu. Zbiera plony, nawożąc tę ziemię resztkami mojego zdrowego rozsądku.
Mój mózg powoli paruje, zwoje przepalają się od nadmiaru niemożliwych bodźców. Stoję, patrzę, a szczęka opada mi luźno na klatkę piersiową. Podnoszę kufel obiema trzęsącymi się rękami i wlewam w siebie resztkę letniego piwa. Przełykam ślinę, chmiel i narastającą zgrozę. W tym samym momencie świat gaśnie. Robi się ciemno. Noc spada nagle, brutalnie, bez żadnego ostrzeżenia, bez szarówki i zmierzchu. Jak czarna, ciężka kurtyna w tanim teatrze po wyjątkowo beznadziejnym akcie, z którego publiczność dawno już wyszła. Ostatni akord.
Spoglądam w gęstniejącą dal. Tam, gdzie powinna być neonowo oświetlona stacja benzynowa i szumiący transformator, wokół którego zawsze kręciły się osiedlowe koty, wyrasta nowa budowla. Potężna, ociekająca złotem, oświetlona tysiącem ciepłych, halogenowych lamp. Kopuły błyszczą w mroku jak wypolerowane hełmy, a w niebo, obok żurawi budowlanych dewelopera, wbijają się strzeliste wieże. Minarety. Wysokie jak pycha zarządu banku, w którym brałem kredyt. Meczet. Ogromny, wspaniały, zjawiskowy meczet, architektoniczna baśń z tysiąca i jednej nocy zaparkowana bezczelnie na moich podmiejskich rubieżach. Koronkowa robota w szlachetnym kamieniu, zero styropianu, zero gipsu. Multikulti w wersji de lux. Ludzie w długich, białych i czarnych, szatach spacerują wokół wolnym, odprężonym krokiem. Ich sylwetki odbijają się w ciepłym świetle rzucanym przez witraże. Słyszę śpiew. Przejmujące, melodyjne nawoływanie muezzina w obcym, gardłowym języku. Dźwięk niesie się po betonowym osiedlu, wibruje na klatkach schodowych, przenika przez ściany z kartongipsu, by na koniec wirtuozersko, w jakimś popieprzonym remiksie, zmieszać się z wyciem syren policyjnych gdzieś na pobliskiej obwodnicy. Totalny odlot. Lewitacja. Kosmos, orient i kebab z podwójnym mięsem na jednym przaśnym podwórku. Złota architektura na tle szarej, beznadziejnej polskiej płyty.
Stoję na swoim prywatnym metrze kwadratowym wolności. Ręce mi opadają wzdłuż tułowia, pusty, pięciokilowy kufel stuka głucho o barierkę. Nie mam już siły pytać. Nie mam już w sobie zasobów na jakiekolwiek zdziwienie. Zrozumiałem. Kupiłem bilet w jedną stronę do wariatkowa na przedmieściach. To w ogóle nie jest osiedle mieszkalne, to nie jest miejsce do życia. To jest pęknięcie w czasoprzestrzeni, portal do innego wymiaru, ziemia niczyja pomiędzy snem, jawą a halucynacją wywołaną przedawkowaniem rat kredytowych. Tutaj czas nie ma znaczenia, chronologia umarła, a przestrzeń w ordynarny sposób żartuje sobie z ludzi. A ja, ja jestem w samym, absolutnym centrum tego kosmicznego żartu.
Patrzę na ten błyszczący meczet, patrzę w miejsce, gdzie zniknęły wycięte z „Przekroju” gęsi, na tę niewidzialną, gorącą pustynię, która pożarła biegaczy, i przypominam sobie tego srającego kundla. Wszystko to łączy się i miesza, tworząc wspaniały, popękany witraż absurdu. Moje własne, prywatne kino iluzji z biletami za milion złotych plus odsetki. Jutro pewnie z nieba przylecą kosmici w spodkach z Ikei. Wylądują miękko na dachu dyskontu, podejdą do kasy, poproszą o ogień w języku suahili i polecą dalej, w stronę Radomia. A ja będę tu stał, oparty o rdzewiejącą barierkę, z tym samym, bawarskim kuflem. Będę napełniał go na nowo – z kranu, z butelki, czymkolwiek się da, bo na trzeźwo, na sucho, tego świata po prostu nie można już znieść, a tym bardziej zrozumieć. Trzeba permanentnie znieczulić korę mózgową, zalać synapsy płynem, pozwolić, żeby ten deweloperski cyrk toczył się sam, na własnych absurdalnych zasadach.
Surrealizm to nasza nowa wspaniała codzienność. Płyniemy w tej gęstej, letniej zupie z resztek marzeń i plastiku, kompletnie bez ładu i składu, łapiąc tylko krótkie, chciwe oddechy między jedną wizją a drugą. Patrzę w niebo. Oczywiście gwiazd nie widać, zabiło je zanieczyszczenie światłem. Widać za to smog, żółtawy dym ze wspomnień po żniwach i pomarańczową łunę bijącą od strzelistych minaretów.
Uśmiecham się do siebie w ciemności. To taki powolny, bardzo gorzki uśmiech faceta, który właśnie uświadomił sobie, że sromotnie przegrał w grę zwaną rzeczywistością. Ale jednocześnie, jako esteta, docenia bezczelny, genialny styl, w jakim został na tej planszy rozegrany i pokonany.
Deweloperze, ty turecki rekinie. Byłeś, kurwa, jebanym geniuszem zła. Nie skłamałeś w ani jednym słowie ze swojego luksusowego, źle złożonego folderu. Sprzedałeś mi lożę VIP. Z widokiem na sam koniec świata.
Kurtyna w mojej głowie opada ostatecznie, a ja zostaję. Z pustym kuflem, pustym kontem i głową pełną szumiącego hałasu pędzącej cywilizacji. Biorę głęboki, świszczący wdech zanieczyszczonego powietrza i odwracam się na pięcie. Wracam do środka. Trzeba dokładnie sprawdzić, czy w okolicach pralki nie wyrosła mi tropikalna dżungla, a w przedpokoju nie rozbiły obozu koczownicze plemiona. W tym mieszkaniu wszystko jest możliwe, prawa fizyki i logiki dawno już tu zdechły i gniją pod panelami o klasie ścieralności AC3. Został mi tylko ten potężny nocnik króla i wielka, niekończąca się wibracja absurdu, która rezonuje w moich kościach z każdą kolejną, opłaconą minutą spędzoną na tym wymyślonym osiedlu, gdzie sny stają się ciałem, a ciało ma ochotę wziąć nogi za pas, uciec na pustynię i nigdy, przenigdy nie wracać do rzeczywistości, która okazała się jedynie bardzo słabym, nieśmiesznym żartem stwórcy, mającego ewidentnie wyjątkowo ponury dzień w swojej boskiej korporacji.
Zamykam drzwi balkonowe. Przekręcam zamek. Oby wytrzymał do rana.




