Marek K.E. Baczewski - jeden wiersz


fot. Jacek Świątek



Mind the gap


Hej, ty, z drugiej strony wiersza, jesteś?

Dziś dobra pogoda na spotkanie.

Przygotowałem dla ciebie tekst z zakresu poezji.

To nie jest zwykły wiersz, dlatego nie spodziewaj się

zbyt wiele. Oczekujesz czegoś od lektury? Inni ludzie stawiają

wymagania. Czy nie dlatego istnieje literatura, żeby człowiek

nauczył się spodziewać zbyt wiele? Ale zakładam,

że przebyłeś drogę powrotną od ostatniego rozczarowania

i jesteś gotów czytać. W przeciwnym razie nie czytaj. Nie czytaj,

jeśli chcesz się tylko upewnić w goryczy. Ja piszę wiersz

i mam nadzieję, że ty przeczytasz, a nie czytałbyś, gdybyś

nie oczekiwał, że coś w tym jest. Oczekiwanie jest ważniejsze niż to,

czego się oczekuje. Dlatego jesteśmy tutaj, ty i ja, w dwóch różnych

miejscach, w dwóch różnych czasach, w jednym tekście.


„To jakieś zawracanie dupy”, myślisz przelotnie i cokolwiek teraz

bym napisał, wiem, że nadeszła chwila, kiedy czytelnik odrywa wzrok

od tekstu i zastanawia się, czy nie ma czegoś pilnego do załatwienia.

To też jest uczucie i autor może mieć prawo do dumy,

ponieważ udało mu się wywołać uczucie. Ale uczucia

powstają i giną, żadne uczucie nie jest prawem przyrody.


Chwila, w której się pisze, należy do przeszłości. I to też jest okej.

Układ jest czysty: ja piszę, a ty czytasz. Tak działa publikacja.

Nie czytasz w nadziei, że ja przeczytam w zamian twoje. To byłaby

korespondencja. Spędzimy razem parę minut, to musi wystarczyć.

W przeciwnym razie trzeba byłoby spodziewać się czegoś,

co nie mogłoby nas czekać. Umówmy się, że na tę krótką chwilę

jesteśmy sobie bardzo potrzebni, mimo że tak wiele

nas dzieli. Nie oferuję lepszego brania na imprezach

ani dostępu do łatwych pieniędzy. Nie proponuję przedłużenia kutasa.

To jest wiersz. Wiersz nic takiego nie mówi. Chce tylko powiedzieć,

że jesteś tu potrzebny. Nieważne jaki. Ty, który czytasz

i zostawiasz na boku ważniejsze sprawy.


Ja piszę, a ty czytasz; dopóki układ między nami jest czysty,

wszystko może się wydarzyć. Tak się składa, że przepływ słów

wiedzie akurat w tym kierunku. Jutro może być inaczej.


Nie chcę przez to powiedzieć, że nic nas nie łączy.

Na przykład ty chciałbyś przeczytać coś lepszego,

ja chciałbym coś takiego napisać. W każdym

dającym się wyobrazić sensie w wierszu

powinno być raczej więcej niż mniej.

Takie jest ogólne prawo życia.


Ty myślisz: „Boże Święty, spójrzmy prawdzie w oczy,

ten tekst jest niewart złamanego grosza”. I to

też jest prawdą, tak jak prawdą jest to,

że pozbawiłem cię okazji do złożenia takiej deklaracji.


To nic, że nie ogarnia cię żadne wzruszenie.

Prawdziwe światy stwarza się właśnie z niczego.

Jeśli czujesz jakieś ciarki na grzbiecie,

spróbuj się podrapać. Tam naprawdę może coś łazić.


Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam cię za kretyna,

który traci czas na czytanie marnej literatury.

Chciałem tylko przypomnieć, że nie wszystko

musi być cholernym arcydziełem.

Pewnie, że zasługujesz na coś lepszego.

Może jutro trafi się okazja.


Spytasz pewnie – po diabła za pisanie wierszy

bierze się ktoś tak pozbawiony talentu. No widzisz,

wspominałem już, że nurtują nas podobne pytania.

Po prostu jesteśmy normalnymi ludźmi, a pisanie wierszy

jest po prostu normalną ludzką rzeczą.


Ja piszę, a ty czytasz. To jest naprawdę w porządku. Spójrz,

jak delikatny to związek, jak niewiele od siebie oczekujemy.

Na dobrą sprawę to jest jak spóźniona miłość, która przychodzi

z domu czystego zła. I taka jest jej robota, że niszczy wszystkie

skarby świata i pokazuje drogę do śmierci. Z ludzkiego życia

zostaje wtedy jedno wielkie rzygowisko i czujesz,

że zaczynasz zalatywać truposzem.


Czytasz jeszcze? Dobrze się składa, bo ja jeszcze piszę.

Chcesz wiedzieć, kim jestem. Ależ to proste! Autorem słów,

które czytasz. Urodziłem się i umieram dla ciebie

tego samego dnia, pod identycznym parasolem nieba,

a między mną a mną nie stoi łańcuch pożytecznych idiotów

podających sobie z namaszczeniem skomplikowaną ludzką anatomię:

dziecko, mężczyzna i starzec. Czujesz już chyba, że za tym wierszem

stoi rzeczywisty facet, a ty coraz lepiej znasz jego myśli.

Jeśli czymś jest, on, podmiot, to tym, o kim napisano,

tym, o kim cały czas się mówi, tym, o kim czytasz właśnie ty.

On nie miał w tym wierszu zniżonego nastroju. On musiał

mieć kupę wolnego czasu, inaczej zająłby się czym innym.


Ten wiersz przepaja ciekawość drugiej istoty, ciekawość

nie do zaspokojenia. Dlatego autor pozostawia cień

na napisanych słowach. Być może jutro nie będzie ciepełka

i ukochanego Talmudu. Żyjemy w krótkiej przerwie

między pierwszym a ostatnim bólem,

wszystko inne jest łgarstwem i nie ma sensu

przedzierać się przez mgłę, bo człowiek jest częścią mgły.


Czytasz jeszcze? To znakomicie. Wobec tego będę pisał dalej.

Ja już długo żyję i napisałem całkiem sporo rzeczy. Trwało to

mnóstwo czasu i teraz zaczęło mnie to wszystko niepokoić.

Zapewne można było robić co innego.

Kiedyś siedziałem długo w nocy nad wierszem i nagle pomyślałem:

„Chryste Panie, tak późno, a ja wymyślam sobie człowieka,

który usiłuje powiedzieć prawdziwe kłamstwo. Nie znam się

na tym, ale lepiej już chyba zdechnąć”.

I zaraz potem pomyślałem: „Boże, chyba kojfnę,

jeśli śmierć będzie mi tak kręciła tyłkiem przed oczami.

Z życia naprawdę nic nie wynika, a ta wariatka

kręci napalonym dupskiem i w kółko jęczy, żeby ją rżnąć”.


Nigdy nie traktowałem literatury w kategoriach profesjonalnych.

Literatura jest dla mnie żarciem, oddychaniem, chodzeniem

po wodzie, och, czasem nawet oddawaniem moczu.

Rzucam się na to wszystko tak po prostu, jak kot na surowe mięso,

choć wiem, jak to się skończy. Że będę wyganiał jeden ból

drugim bólem. Aż w końcu życie stanie się nie do wytrzymania

i nie dam głowy, czy w tej w historyjce fraza „po prostu”

nie jest najważniejsza. Uwierz mi, rzuciłbym raz na zawsze

tę fuchę w galanterii papierowej, gdybym w końcu zrozumiał,

o co w tym chodzi.


Nie oszukujmy się – ja piszę, ty czytasz. To jest bardzo w porządku.

Dwaj ludzie twarzą w twarz z jednej i z drugiej strony wiersza.

A między nimi jest coś, a jednym z nich jesteś ty. Ktoś szurnięty

gada do ciebie, ktoś inny, też szurnięty, słucha wewnętrznego głosu.

A przecież tu chodzi o tak cholerną intymność, że nie wiem

zupełnie, jakie dać jej miano. Wiesz, mówi się, że świeżo

zakochani paplają w kółko o swym gówno wartym życiu.

Na dobrą sprawę od pewnego czasu nic innego nie robię.


Dwaj ludzie patrzą na siebie zamkniętymi oczami;

wiersz między nimi jest mostem i przepaścią.

Niech to zostanie między nami.

Mind the gap.