Marcin Wilkowski - Wyprawa do wnętrza ryby


moodboard, Mariusz Maślanka




Motylek zamachał skrzydełkami w Chile i wywołał tsunami w Japonii, a ja otworzyłem lodówkę, czemu zawsze towarzyszy potępieńczy jęk wysłużonych zawiasów. Wiadomo, że presja ewolucji, związana z tym, że część zwierząt znalazło się nagle przy brzegu, a okresowo na suchym lądzie, doprowadziła do rozwoju wypustek, które ostatecznie rozwinęły się w kończyny, tymczasem otwarcie lodówki rozwinęło przede mną jakby portal do innej rzeczywistości, może początkowo obcej i trudnej, ale ostatecznie bezpiecznej, a przynajmniej o nieograniczonych dobrych konsekwencjach, czego naturalnie nie da się powiedzieć o “tu i teraz”, nawet jeśli to zawsze ryzykowne wymieszanie się z puli genowej zesłało cię, jak się okazuje, na tę lepszą stronę granicy.


Wyobraziłem sobie, że przepis na spaghetti z sosem z makreli wędzonej mógłby powoływać do istnienia nazwy czynności takie jak “rozwarcie rybiego ciała”, “wydźwignięcie kręgosłupa”, w końcu “plądrowanie w mięsnej plastelinie”, jednak on określał to wytartym “dodaj rybę”, co jest, przyznajmy, bardziej metaforą niż faktem, a nawet metaforą podwójną, jeśli wziąć pod uwagę ten słynny paradoks z Elei, udowadniający, że właściwie żaden ruch nie istnieje, skoro da się go podzielić na nieskończoną liczbę etapów. Zamarzyłem w swojej ignorancji, że dzięki zimnie i wilgoci krajów skandynawskich wyodrębniły się tam czasowniki tak dokładne, że “dodaj rybę” ma tam status taki sam jak, nie wiem, może “bądź grzeczny”, czyli jest jedynie wskazaniem ogólnego kierunku a nie nazwą czynności. Bogactwo języka zaskakuje, mieszkańcy koła podbiegunowego mają mieć przecież różne określenia na śnieg różnego rodzaju, a nawet w kościele katolickim “przeistoczenie” wzmacniane jest “transsubstancjacją”, na wszelki wypadek, gdyby komuś to pierwsze wydało się zbyt banalne lub pojemne albo możliwe do użycia poza sytuacją liturgiczną.


Jasne i ciemnożółte bierki makaronu przeistaczały się właśnie w wilgotne włosy, jakby rozczapierzone wodnym wiatrem, wydawało mi się, że gotowanie ciał skazańców było jedną z kar w dawnych Chinach, o czym wspominać miał Yu Hua w swoim strasznym opowiadaniu o traumach rewolucji kulturalnej, ale jednak nie było, przynajmniej on o tym nie wspominał w upiornym katalogu kar trzech wielkich epok, streszczonym na początku tekstu, mogłem więc teraz rozpocząć coś, co określiłem jako “wyprawę do wnętrza ryby”, także dlatego, że, jak już wspomniałem, urodziłem się ostatecznie po dobrej stronie granicy.


Zanurzyłem więc, jak coś w rodzaju biologicznej koparki, palce w wędzone w sztucznym dymie śliskie i słone ciałko, którego treść przypominała wilgotną plastelinę, a kręgosłup szary brudny plastik, jakby część zepsutej zabawki, dawno zgubioną pod kanapą i tak samo bezużyteczną. Rozsunąłem mięso zręcznie, jak chirurg albo operator drona, rozbebeszone ciało utworzyło teraz dolinę otoczoną szarymi, plastycznymi wzgórzami, w niej możliwa byłaby już ta specyficzna archeologia, którą niektórzy nazywają “uważnym jedzeniem”. Wyobraziłem sobie, że wkopanie się zbyt głęboko otworzyłoby wrota do alternatywnego świata, w którym nie istnieją substancje i przedmioty sztuczne i nieożywione, tak że po wyjściu z oddychającej i chłonącej rosę jaskini, będącej “łącznikiem” między rzeczywistościami, wychodzi się na trawiastą ulicę, po której pędzą organiczne pojazdy. Ekologia w takim świecie musi być częścią etyki, a stwierdzenia “to ubranie rośnie razem z tobą” są jak najbardziej trywialne.


Na rozgrzanej oliwie ujawniały w pełni swoje właściwości strzępki startego imbiru, które, powiedzmy, jeszcze w wieku XVII mógłbym wymienić na szereg drobnych usług albo nawet zużyte, ale dobrej jakości ubrania. Wykonywałem teraz czynność, którą sam nazwałem “posypywaniem rybą”, bo należało wyjąć palcami wilgotne grudki szarej plasteliny i rozetrzeć je nad patelnią. “Ryba”, podobnie jak “kurczak”, jako rzeczownik ma tę wspaniałą właściwość, że równocześnie zawiera w sobie liczbę pojedynczą i mnogą, co jak wiadomo oznacza, że jest raczej substancją niż obiektem, podobne właściwości mają wyrazy takie jak “naród” czy “ludzkość”, chociaż niektórzy naiwnie przyznają im jakąś wspólnotową agencyjność.


Kiedy substancje mieszały się już skutecznie w elektrycznym cieple, przypomniałem sobie frazę z “Pasażera”, w której jest mowa o tym, że “to wszystko zostało stworzone dla ciebie i mnie” i świat wydał mi się specyficzną infrastrukturą dobra, dobra jednak wyłącznie dla wybranych, wziąłem pod uwagę nieuświadamiane poświęcenie ryby oraz ciężką pracę zbieraczy imbiru w Chinach. Na takich dociekaniach spokojnie minęło wczesne popołudnie, ta pora, kiedy już wiadomo, że kolejny dobrze zapowiadający się dzień będzie znów raczej stratą niż zyskiem.


Nagle zmieniła się pogoda, zastanawiałem się, czy A. zdąży złapać trochę deszczu zanim do mnie przyjedzie. Kiedy w końcu zadzwoniła, otworzyłem, chociaż wiedziałem już, że dziś nie jestem gotowy na miłość. Okazało się, że ona też nie jest na nią gotowa, bo nad miastem wisiał, jak koniec miesiąca, dojmujący niepokój, w niektórych dzielnicach przechodzący nawet w czynny strach. Być może wyczuwaliśmy, że wszystkie przepisy i układy, cały schemat porządkujący rzeczy i ruch mógłby się zawalić w ciągu kilku minut, ot tak, tylko z powodu jakiejś niepowstrzymanej złej woli, a może nawet z powodu motyla, który odpowiednio niebezpiecznie machnąłby skrzydełkami. Po obiedzie leżeliśmy i nudziliśmy się, gapiąc się w komórkę powiedziałem, że Jonasz palił ognisko w brzuchu wieloryba. Odpowiedziała, że nie wie o co mi znowu chodzi. Powiedziałem, że znowu o nic. Kolorowe kwadraty w macierzy ekranu układały się w schematy o nieskończonej liczbie wariantów.