Marcin Wilkowski - Muzeum Męczeństwa Dzieci Polskich



Stefan ma metr dwadzieścia, chudy, oczy duże. Jest środek lata, więc tylko koszulka i krótkie spodenki. Po placu zabaw biega na bosaka, obok rozbiórka resztek i gruzów jakiegoś bloku, dzieciaki przekrzykują się, a w tle te wszystkie odgłosy. Sąsiadka z dołu nie może się skupić na służbowym odbieraniu maili i obieraniu słów ze znaczeń, przez co cierpi wizerunek tego i owego.


Następnego dnia, mimo wszystko, przedszkole na całodniowej wycieczce nad morze. Autokar jest wielki, nowy i elektryczny, siedzenia duże, głębokie - ledwo widać głowy w oknach, ktoś mógłby pomyśleć, że jedzie pusty. Dwaj żołnierze po cywilnemu wsiadają jako ostatni, przez cały wyjazd robią się na jedynych dorosłych.


Nowa pani zrezygnuje już po tygodniu.


Dwie godziny później: nadmorski las, ciemny, gruby, nie ręką ludzką uczyniony. Autokar zatrzymuje się na resztkach betonowej drogi, dalej jakieś szlabany, dziury i śmieci, przez które nie da się przejechać. Gorąco, drzewa dają cień. Wycieczka powoli schodzi z zalesionego wzgórza na plażę, wąwóz nawet szeroki, ale nie płynie nim żadna rzeka. Okolica pełna wielkich zagłębień, poryta jakby milion lat temu olbrzym w agonii kopał nogami w ziemi.


Niby środek dnia, a nagle niebo zrobiło się ciemne, wiatr nieprzyjemny, bo dziwnie nie od morza. Duszno, gorąco, chyba zbiera się na deszcz, więc trudno wytrzymać. Dzieci idą wąwozem na plażę, jeszcze kawałek drogi przed nimi. Stefan zostaje z tyłu, siada na zaigliwionym piachu, na suchym mchu, i zdejmuje tenisówki, ciężko iść kiedy coś tak drażni. Nogi i ręce chude jak patyki, dłonie i stopy zbyt wrażliwe (jeśli chce coś złapać, to prawie miażdży, paproch w skarpetce kłuje jak kamyk). Wysypuje piasek z butów, głęboko pod sobą ma ciemne warstwy sprasowanej ziemi, w nich sprzączka, kostka, okruch bursztynu. Korzenie drzew jak grube rury przez które płynie ciemna zatruta ciecz, ale też jak rozczapierzone palce albo rozwiane włosy.


Dzieci się śmieją: Stefan, pospiesz się, nie zostawaj w tyle bo cię zjedzą potwory! Gdy ciemniej, można się tu zgubić, nawet jeśli droga wydaje się oczywista, wystawiona ze wzgórza na plażę jak wielki jęzor. Igły i paprochy z lasu przyklejają im się do skóry, na rękach i twarzach tłuste jak klej kremy z filtrem odbijają promieniowanie ze średnią skutecznością. Nie ma prawie żadnych owadów, nie ma żadnych ptaków.


Pół godziny później wciąż jeszcze nie są na miejscu. Wciąż nie pada. Stefan idzie ostatni, ciągnie wielki ciężki kij i rysuje nim ciemny brudny piasek. To szyny tramwajowe albo linia frontu. Kilkanaście metrów dalej kij okazuje się za ciężki, kiedy będą wracać zadepczą tę rysę na piasku. Na razie docierają na pustą plażę.


Woda bardziej zielona niż niebieska - stoi. Bezwzględny zakaz wchodzenia, nieodwołalny zakaz zbliżania się do granicy między lądem a morzem, zaznaczonej linią śmierdzących glonów i zasuszonej żółtej piany. W ciemnoszarym piasku nie można się bawić, kiedy kopiesz tam dół, możesz dokopać się do czegoś złego, mówi pani. Nic nie podnosić z piasku, grudki iperytu wyglądają jak bursztyn, który dawno stąd wypłukano. Ta część morza - pani podnosi rękę i robi duże koło - należy do nas, to Część Naszej Ojczyzny. Za linią horyzontu jest nie wiadomo co, ale na linii horyzontu coś się dzieje.


Są na plaży tylko chwilę, zdrowiej jest w lesie za wydmami, podobno drzewa wyciągają to najgorsze. Zrobiono tam kiedyś miejsce na piknik, drewniany dach i ławeczki, miejsce na ognisko. Najpierw kręcą się tam żołnierze, wszystko musi zostać sprawdzone.


Panie zastanawiają się, czy w końcu zacznie padać. Na razie picie, jedzenie, śmiechy. Pieczenie pajd chleba i pianek, połowa ląduje w ognisku. Zza drzew widać morze, żadna atrakcja dla dzieci. Ich dziadkowie i rodzice nigdy go nie dotykali. Zmienna brudna linia między plażą a wodą oddziela dwie pustynie.


Nagła decyzja o powrocie do domu, szybkie gaszenie ogniska, w stojącym powietrzu głuche dudnienie raz po raz. W autokarze wymieniają wrażenia: las gęsty i dziki, ognisko palące ciepłem, chrupiąca skórka chleba, brudne stopy i ręce porysowane gałązkami. Jednak główna atrakcja - widok na otwartą przestrzeń, na ciemniejącym horyzoncie ogromny okręt wojenny strzela na wiwat albo na postrach. Stefan przekonuje, że wybuchy na niebie da się narysować jak chmurki.