Marcin Kurek - Ciary Poety





7599


Żadnego wiatru, na zatoce ledwie parę zmarszczek. Ciemna woda w oddali połyskuje na zielono, dziesięć kroków od ciebie fale bezgłośnie rozlewają się po piasku. Bierzesz głęboki oddech, zamykasz oczy i długo patrzysz w słońce. Jest koniec marca. Francuski poeta, którego książkę przetłumaczyłeś i który właśnie w tej chwili powinien spotykać się ze studentami w Gdańsku, nie przyjechał. Nawet nie odpowiedział na zaproszenie festiwalu. „Nie napracuje się pan – mówi dzień wcześniej Adam Michnik. – Niech pan korzysta z okazji i jedzie rano do Sopotu”. A więc siedzisz na drewnianym tarasie kawiarni, odchylasz się w tył na krześle i wpatrujesz w srebrną linię horyzontu. Zamawiasz kieliszek Carlo Rossi. Wiesz, że jest kiepskie, ale to jedyne wytrawne, jakie mają w karcie.


Ziemia zamienia się w

wodę Mleko nie odgrywa

lustra Za sprawą słońca

szkło przekształca się w ogień

Oczy mają tę właściwość


Znów przymykasz powieki, od morza dobiega zapach słonej wody. Ciepło przenika przez skórę, a mięśnie twarzy łagodnieją. Nie rozumiesz, dlaczego, ale odczuwasz spokój i przedziwne szczęście. Cudowna chwila trwa.


W poniemieckim mieście, wśród peerelowskich mebli, dorastałem w bezrefleksyjnym kulcie Drugiej Rzeczpospolitej. Kiedyś sądziłem, że – niezupełnie z premedytacją, ale dość skutecznie – wpoili mi go dziadkowie. Wszystko, co polskie i przedwojenne, zwłaszcza kresowe, a więc utracone i zakazane, zdawało mi się jaśniejsze, prawdziwsze, bardziej żywe. Jak wyschnięta gruda ziemi z Łyczakowa, którą znajoma rodzina w połowie lat osiemdziesiątych eksponowała na meblościance w stołowym, niczym złoty samorodek. Wyobrażenie Drugiej Rzeczpospolitej olśniewało jak hasło w przedwojennej encyklopedii, wedle której nasz kraj to „kapitalistyczna republika parlamentarna w Zachodniej Europie”.

Moja młodzieńcza fiksacja domagała się pokarmu. Zamiast proporczyków i puszek, zbierałem przedwojenne banknoty i znaczki. Na targach staroci wygrzebywałem czarno-białe pocztówki, medale z Piłsudskim i guziki z orłem w koronie. Ludzie, którym choć przez chwilę dane było zaznać wolnej Polski, wydawali mi się szczęśliwsi. Bohaterem mojego dzieciństwa był dziadek, który przeżył piętnaście lat jako obywatel Cekanii i doczekał wyboru Wałęsy na prezydenta, ale we wspomnieniach wciąż wracał do Dwudziestolecia, z całkowitą naturalnością posługując się przy tym czasem zaprzeszłym. Wtedy wydawało mi się, że mówi o złotym wieku, kiedy polska trawa była zieleńsza, a obłoki prawdziwie białe. Wiele lat później zrozumiałem, że po prostu opowiadał mi o swojej młodości.


Natręctwa pozbywałem się powoli, przez jakiś czas nakładając na upływające lata Trzeciej Rzeczypospolitej siatkę zdarzeń sprzed wojny. W dniu bitwy warszawskiej rozwiązał się Sejm kontraktowy. Trzy dni po zamachu majowym Wisława Szymborska odebrała Nobla. W dniu śmierci Piłsudskiego polscy siatkarze zostali wicemistrzami świata. Nic nie zapowiadało, że historia Dwudziestolecia powróci jako tragedia, a tym bardziej jako farsa.

Któregoś razu, na początku nowego wieku, wpadłem na pomysł, aby obliczyć, ile trwała Polska przedwojenna, licząc od 11 listopada do 1 września. To było 7599 dni. Policzyłem też, kiedy ten sam wiek osiągnie Polska, w której żyję od 4 czerwca, ale zapomniałem zapisać datę. Pomyślałem tylko, że otworzę wtedy wielkie wino, żeby uczcić dzień, w którym przełamaliśmy jedną z naszych klątw.


10 kwietnia 2010 ktoś zadzwonił do mnie tuż przed dziesiątą. Włączyłem telewizor i poczułem na plecach to, co wszyscy. A chwilę później coś jeszcze.

Na myśl, że tego dnia upłynęło 7599 dni od początku Trzeciej Rzeczpospolitej i że właśnie oglądam jej koniec, nie mogłem przełknąć śliny. Pobiegłem do komputera, żeby to sprawdzić. Zobaczyłem datę i odetchnąłem.

1 września 1939 wypadał 25 marca, szesnaście dni przed katastrofą w Smoleńsku. Tego dnia na plaży w Sopocie, nie wiedząc o tym, słabym winem wzniosłem toast za nasze Dwudziestolecie.


Nie przeczuwałem, że nachodzi nowa rzeczpospolita smutnych szarlatanów, sezon sprzedawców taniej Schadenfreude.

Ze świecą szukać kraju naszych marzeń.

Święty Jacku, wisielcze, nie módl się za nami.