top of page

Maciej Kaczmarski - Widmowa farmakologia

  • 20 cze
  • 9 minut(y) czytania
 grafika, Artur Olszewski
 grafika, Artur Olszewski

Kiedy pisarzom i pisarkom spowszedniało opisywanie prawdziwych narkotyków, z godną podziwu inwencją poczęli wymyślać nowe substancje. Oto krótkie kompendium literackich środków odurzających.



Od somy do prozaku


Prawdopodobnie pierwszą fikcyjną używką była tajemnicza roślina o nazwie moly, która pojawia się w dziesiątej księdze Odysei. Odyseusz otrzymuje od Hermesa zaczarowane zioło, które ma ochronić go przed urokami Kirke: „Dam ci czar, z którym możesz iść do niej bezpiecznie, / Gdyż moc jego od ciebie oddali cios wszelki. / Jednak wyucz się pierwej zdrad tej zwodzicielki: / Choć w jadło wmiesza trutkę, choć wino zaprawi, / Przemienić cię nie zdoła, to ziółko cię zbawi / Od zdradzieckich jej czarów. [(...] Tak rzekł Hermes i ziółko pokazał mi one / Z ziemi wyrwane, dziwną mocą obdarzone: / Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka, / Moly zwie się u bogów”[1]


Zbawienne ziele Hermesa zostało prawdopodobnie zainspirowane pogankiem rutowatym, czyli rutą stepową lub syryjską (peganum harmala). Nasiona tego sukulenta zawierają harmalinę, alkaloid o silnych właściwościach psychoaktywnych, co od wieków czyni zeń istotny element ceremonii religijnych rozmaitych kultur – od krain basenu Morza Śródziemnego (a więc i Grecji, ojczyzny Homera) przez Bliski Wschód aż po Indie i Pakistan. Rutę wskazuje się też jako pierwowzór i składnik somy, napoju wykorzystywanego w obrządkach zaratusztrianizmu i hinduizmu. Hymny wedyjskie opiewają niezidentyfikowaną roślinę, której sok dawał szczęście i siłę, lecz nawet wielki bóg Indra miał kaca po jego spożyciu.


Jako człowiek wszechstronnie wykształcony, Aldous Huxley niewątpliwie czytał o somie. Tak samo ochrzcił bowiem narkotyk będący fundamentem jadłospisu społeczeństwa w Nowym wspaniałym świecie (1932). Ta „utopia negatywna”, jak definiował ją sam autor, przedstawia globalną republikę opartą na ideach wspólności, identyczności i stabilności. Eugenika i psychologia warunkują ludzi do odpowiednich kast i zajęć. Konsumpcjonizm odbywa się kosztem kultury i życia duchowego. Stara literatura jest zakazana, główną rozrywkę stanowią prymitywne czuciofilmy i przygodny seks. Uniwersalne panaceum to rzeczona soma – centralnie rozdzielany antydepresant, który zapewnia „wakacje” bez kaca („Pół grama na popołudnie, gram na weekend, dwa gramy na podróż na przewspaniały Wschód, trzy na mroczną wieczność na księżycu”)[2]. Ponieważ posiada „wszystkie zalety chrześcijaństwa i alkoholu, żadnej z ich wad”[3], inne środki i religie stają się zbędne. Odstawienie somy skutkuje depresją i zachowaniami autodestrukcyjnymi, a przedawkowanie – upośledzeniem układu oddechowego i śmiercią.


Tytułowa substancja z powieści Karin Boye Kallokaina (1940) również stanowi narzędzie inżynierii społecznej. Opresyjna władza stosuje serum prawdy zwane kallokainą, aby obnażać u ludzi głęboko skrywane, nieuświadomione, buntownicze myśli. Niewiele ponad dekadę po pomysłach Boye (która popełniła samobójstwo, połykając tabletki nasenne) CIA zaczęło testować psychodeliki na ludzkich świnkach doświadczalnych w ramach tajnych badań nad kontrolą umysłu pod kryptonimem MK-Ultra. Z kolei Huxley (który poprosił o LSD tuż przed śmiercią) i jego soma wyprzedzili swoje czasy o ponad pół wieku – pod koniec lat osiemdziesiątych przemysł farmaceutyczny opatentował prozak, a potem ambien, zoloft i inne rzekome pigułki szczęścia.



Cywilizacja pod narkozą


Pomysłowości nie zabrakło i rodzimym twórcom. Antoni Lange, prekursor polskiej literatury fantastycznonaukowej, w noweli Władca czasu (1912) pisał o anehaspatii. Te himalajskie jagody wywołują subiektywne rozciągnięcie czasu, dzięki czemu dostrzega się mnogość zjawisk w jednej chwili i rozbiera je „na 4–5 tysięcy oddzielnych momentów, przy czym całość przybiera kształty zupełnie nowe, niespodziewane, odmienne od naszej pospolitej spostrzegawczości”[4]. Działanie jagód jest szczególnie przydatne do przeprowadzania obserwacji pod mikroskopem. Inny nadwiślański fantasta, Władysław Umiński, w Zaziemskich światach (1948) wspominał o kulkach, którymi mieszkańcy Wenus wynagradzają służące im małpoludy. „To jest chyba coś w rodzaju naszej kokainy, ale tysiąc razy smaczniejsze”[5] – konstatują pogrążeni w błogostanie koloniści z Ziemi po zażyciu kulek. Skutki uboczne? Tę kwestię Umiński pominął.


Zgoła inaczej jest u Stanisława Lema, który w Kongresie futurologicznym (1971) zaprezentował groteskowy świat A.D. 2039. Pozornie panuje powszechny dobrobyt, ale realia są zgoła inne – przeludniona cywilizacja zmierza ku zagładzie. Podstawą panującej psywilizacji jest likwidująca wszelkie napięcia społeczne psychemia. Rozpylane w powietrzu maskony sprawiają, że miliardy wegetują w indukowanym chemicznie złudzeniu, nie znając ponurej prawdy. Luksusowe wnętrza mieszkalne to w rzeczywistości nędzne ruiny. Pożywienie składa się z burej papki, która pod wpływem maskonów nabiera odpowiedniego wyglądu i smaku. Poszczególne odmiany zapewniają oczekiwane rezultaty: śnitki stymulują sen, ortografina uczy zasad poprawnej pisowni, transmutyna sprawia zaś, że człowiek współżyjący z kozą jest przekonany, iż romansuje z Wenus z Milo. Symuluje się nawet odkrycia naukowe i loty kosmiczne. Konsekwencje ciągłego kontaktu z chemikaliami są rozmaite, jednak zawsze niepożądane – czerniejące paznokcie, wypadające włosy, zrogowaciałe uszy, to wyrastający, to znów odpadający ogon – zaś ich działanie mogą znieść tylko surowo zabronione ocykany. „Dajemy cywilizacji narkozę, bo inaczej by siebie nie zniosła. Dlatego nie wolno jej budzić”[6] – słyszy Ijon Tichy od Symingtona, jednego z decydentów. 


Lem już wcześniej wymyślał związki chemiczne działające na ośrodkowy układ nerwowy. W opowiadaniu Altruizyna, czyli opowieść prawdziwa o tym, jak pustelnik Dobrycy kosmos uszczęśliwić zapragnął i co z tego wynikło (1965) pojawia się tytułowy preparat empatyczny, zaprojektowany, aby umożliwić współodczuwanie z innymi istotami. Z jakim skutkiem – można się domyślić.


Świat jako halucynacja


W czasach, gdy twórca Solaris snuł swe profetyczne opowieści, po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny toczyła się kontrkulturowa rewolucja obyczajowa, która uczyniła z narkotyków sakrament. Nic dziwnego, że właśnie wtedy nastąpił prawdziwy wysyp wyimaginowanych prochów. Dziennikarz i pisarz Charles Platt zauważył trafnie, że fantastyka naukowa zyskała masową popularność dopiero wówczas, gdy zaczęli narkotyzować się zarówno czytelnicy, jak i autorzy. Flagowy przykład stanowi z pewnością Philip K. Dick – samozwańczy „beletryzujący filozof”, wykorzystujący estetykę science-fiction jako nadbudowę dla problemów filozoficznych i religijnych. W pewien sposób związany zresztą z Lemem – autor Fiaska wywalczył polskie wydanie Ubika w latach siedemdziesiątych i opatrzył je wnikliwym posłowiem, w którym wymienił Dicka wraz z Ursulą K. Le Guin jako jedynych godnych uwagi amerykańskich fantastów.

Choć kojarzony z kontrkulturą, sam przez wiele lat uzależniony, głównie od różnych postaci amfetaminy (do połowy lat sześćdziesiątych dostępnych bez recepty w każdej amerykańskiej aptece), Dick zdecydowanie odcinał się od promowania narkotyków. W pośmiertnie wydanej powieści Radio Wolne Albemuth (1985) pisał otwarcie: „W moich książkach nigdy nie było i nigdy nie będzie żadnego «pronarkotykowego stanowiska». […] Piszę o narkotykach i o braniu narkotyków, ale to nie znaczy, że jestem ich zwolennikiem. Inni ludzie piszą o przestępczości i przestępcach, ale nie czyni to z nich zwolenników przestępczości”[7]. Amerykanin zapełniał karty swoich utworów substancjami rzeczywistymi i samodzielnie wykoncypowanymi, stosując ich niezwykłe i zazwyczaj przerażająco niebezpieczne efekty jako siłę napędową fabuł, unikając przy tym taniego moralizatorstwa.


W książce Teraz czekaj na zeszły rok (1966) obywatele szprycują się JJ-180, czyli frohedadryną – bronią chemiczną, która zyskała popularność jako używka rekreacyjna. Silnie uzależniająca już po pierwszej dawce, po kilku miesiącach prowadzi do demencji i śmierci. Umożliwia jednak przeskoki w czasie, dzięki czemu można podróżować w przyszłość i zdobyć antidotum. Podobne zastosowanie ma KR-3 z fabuły Płyńcie łzy moje, rzekł policjant (1974), specyfik znoszący bariery czasoprzestrzenne i przenoszący do wszechświatów równoległych (Dick posiłkował się osobistym doświadczeniem konsumpcji mocnej meskaliny). Skutki jego działania rozciągają się nawet na tych, którzy go nie zażywali. W rezultacie telewizyjny gwiazdor ląduje w alternatywnym wszechświecie, gdzie jest anonimowym everymanem. Pojawia się tu także wzmianka o frenozynie – nowym leku uspokajającym, który w połączeniu z alkoholem prowadzi do zejść śmiertelnych.


Słynna powieść Trzy stygmaty Palmera Eldritcha (1965), którą swego czasu chciał sfilmować John Lennon, portretuje jeszcze bardziej zdumiewające psychodeliki. Can-D to halucynogen transportowany na pozaziemskie kolonie, gdzie umila życie nieszczęśnikom stłoczonym w nędznych barakach. Przyjmowany kolektywnie przy zestawie lalek Perky Pat, przenosi w nierealny świat zabawek, będący erzacem życia na Ziemi. Konkurencyjny Chew-Z (obydwa zapisywane wielkimi literami jako marki towarów – obrót dragami w naturalny sposób łączy się tu z kapitalistycznym modelem rynku) to sprowadzany z układu Proximy porost o ponoć jeszcze mocniejszych parametrach psychodelicznych, reklamowany hasłem „Bóg obiecuje życie wieczne. My je dajemy”[8]. Jego importerem jest tajemniczy Palmer Eldritch, zaś produktami ubocznymi spożywania są tytułowe stygmaty – metalowa ręka, stalowe zęby i sztuczne oczy – oraz flashbacki, czyli narkotyczne wizje powracające w stanie trzeźwości. Wówczas nie wiedziano jeszcze o podobnych następstwach brania LSD. Dick twierdził, że było to „przypadkowe proroctwo”. 


Bodaj najczarniejszy obraz narkomanii ukazał Dick w gorzkiej książce Przez ciemne zwierciadło (1977). Jej bohaterowie są uzależnieni od wyniszczającej Substancji A, zwanej potocznie Agonią, która rozszczepia mózg na dwie rywalizujące ze sobą połowy. W rezultacie handlarz Bob Arctor szpieguje samego siebie jako tajny agent policyjny Fred, ale o tym nie wie, bo jego umysł ulega nieodwracalnej dezintegracji. Agonia, otrzymywana z niebieskiego kwiatka mors ontologica (śmierć ontologiczna), występuje w postaci pastylek i jest nielegalna. W powieści brak opisów stanu pod jej wpływem – pisarz prawdopodobnie nie chciał zachęcać do sięgania po środki odurzające. Ta przejmująca książka, która płynnie przechodzi od czarnego humoru do czarnej rozpaczy, została zadedykowana zmarłym i schorowanym w wyniku uzależnienia przyjaciołom. Przez ciemne zwierciadło stanowi ostateczny głos Dicka w sprawie narkotyków.


Horror szoł


„To co teraz, ha? Byłem ja, to znaczy Alex, i trzech moich kumpli, to znaczy Pete, George i Jołop, a Jołop to znaczy po nastojaszczy jołop, i siedzieliśmy w Barze Krowa zastanawiając się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukin kot, choć suchy. [...] Więc w tym pabie sprzedawali mleko z dodatkiem czegoś jeszcze. Na spirtne nie mieli pozwolenia, ale jeszcze nie wyszedł ukaz, że nielzia robić tych nowych sztuczek, co je dobawiali do regularnego mleczka, więc mogłeś sobie w nim kazać na przykład welocet, albo syntemesk, albo drenkrom, albo jeszcze jeden czy drugi taki maraset, że miałeś od niego rozkoszne, ujutne piętnaście minut sam na sam podziwiając Pana Boga i Wsiech Jego Aniołów i Świętych w lewym bucie i do tego błyski wybuchy na cały mózg, no po prostu horror szoł!”[9] – tak rozpoczyna się osadzona w niedalekiej przyszłości Mechaniczna pomarańcza Anthony’ego Burgessa (1962). Młodociany gang pod wodzą Alexa, rozkochanego w Beethovenie i przemocy nastolatku, faszeruje się koktajlem mlecznym zawierającym odpowiedniki adrenochromu, meskaliny, valium i amfetaminy. Kiedy chłopak zostaje poddany eksperymentalnej terapii, nieustępującej swą brutalnością jego własnym wyczynom, wstrzykuje mu się specyfik wywołujący niepokój, mdłości i ból.


Równie posępny obraz nakreślił Kurt Vonnegut w noweli Witajcie w małpiarni (1968). Aby utrzymać populację na stałym poziomie, światowy rząd nakłania do samobójstwa w państwowych ośrodkach eutanazji i promuje pigułki etycznej kontroli urodzeń, które odzierają seks z jakiejkolwiek przyjemności. Tabletki, pierwotnie używane jako remedium na publiczny onanizm wśród małp w zoo, powodują odrętwienie ciała od pasa w dół. Nie mają jednak działania stricte antykoncepcyjnego, ponieważ jest to sprzeczne z etyką i religią. W opowiadaniu Jutro Vonneguta (1954) króluje antygerason – eliksir wiecznej młodości. Owocem jego stosowania jest przeludniony świat cierpiący na braki żywności i zasobów naturalnych.


Swego rodzaju przeciwwagę dla tych chemicznie niezrównoważonych dystopii zaproponował Frank Herbert w Diunie (1965) i jej kolejnych częściach. Przesiąknięta filozofią zen i motywami ekologicznymi wielowątkowa saga stała się dla fantastyki tym, czym Władca pierścieni Tolkiena dla fantasy. Centralnym elementem jest tutaj melanż – życiodajna przyprawa produkowana przez gigantyczne czerwie na pustynnej planecie Arrakis, najdroższa i najbardziej pożądana rzecz we wszechświecie. Ten słodkawy, mieniący się błękitem proszek umożliwia dalekie podróże międzygwiezdne, poszerza świadomość, wydłuża życie i wyostrza zdolności profetyczne. Ale i on ma skutki uboczne – zbłękitnienie źrenic i gałek ocznych (tzw. „spojrzenie Ibada”[10]), dozgonną dependencję i zgon przy odstawieniu. Amerykański mykolog Paul Stamets twierdzi, że podczas pisania Herbert inspirował się własnymi eksperymentami z grzybami psylocybinowymi.


Inne specyfiki w uniwersum Diuny to m.in. elakka (wyciąg z drzewnych popiołów, paraliżuje instynkt samozachowawczy i zabarwia skórę na marchewkowy kolor; podawany gladiatorom przed walką), semuta (otrzymywana z popiołów drewna elakka, poprzez atonalne efekty dźwiękowe wznieca nastrój określany jako „nieustająca, bezgraniczna ekstaza”[11]), safo (wysokoenergetyczny sok korzenny, pity przez mentatów w celu usprawnienia umysłu; przyjmowanie skutkuje rubinowymi plamami na wargach i w jamie ustnej), woda życia (rozszerzająca świadomość płynna wydzielina utopionego czerwia, wykorzystywana „podczas siczowej orgii tau”[12]), rachag (kofeinopodobny środek pobudzający otrzymywany z jagód akarso), verita (środek zabijający wolę, „czynił człowieka niezdolnym do kłamstwa”[13]) oraz trans prawdy (wywołany przez narkotyki półhipnotyczny stan, w którym rozpoznaje się przejawy świadomego łgarstwa). 


Tancerz Chmur i Smętny Anioł 


W późniejszych latach, kiedy kontrkulturowa fala załamała się i cofnęła, wypluwając na brzeg niezliczone ofiary wolnej miłości i kwasu dla każdego, prochy w literaturze utraciły nieco na znaczeniu. Do wątpliwych łask przywrócił je dopiero William Gibson w swoim pełnowymiarowym debiucie pt. Neuromancer (1984) – biblii cyberpunku. Nie byłoby bez niego Matrixa ani seriali pokroju Black Mirror i Mr. Robot, a i technologiczna nomenklatura wyglądałaby zapewne inaczej – wszak to Gibsonowi przypisuje się ukucie terminu „cyberprzestrzeń”. Główna postać Neuromancera, haker Henry Case, tkwi w ciężkim uzależnieniu krzyżowym. W akcję wpleciono opisy odmiennych stanów świadomości. I choć Gibson wykorzystuje prawdziwe środki – alkohol, kokainę i marihuanę (pod wpływem tej ostatniej koloniści-rastafarianie kierują statkami kosmicznymi Marcus Garvey i Babylon Rocker) – to dorzuca też kilka autorskich, takich jak Tancerz Chmur i Niebieski Dziewięć znany też jako Smętny Anioł, niebezpieczny środek wywołujący paranoję i mordercze psychozy u większości zażywających.


To najbardziej prominentne, lecz oczywiście nie wszystkie przykłady farmakologii funkcjonującej w literaturze. Jest ich znacznie więcej – clithni, mnophka i plutonium (The Plutonian Drug Clarka Ashtona Smitha), adrenochrom (Lęk i odraza w Las Vegas Huntera S. Thompsona, niezwiązany z istniejącą substancją o identycznej nazwie), hazia (Najdalszy brzeg Ursuli K. Le Guin), Lot Sześć (Podpalaczka Stephena Kinga), pigułki z suszonej żaby (seria Świat Dysku Terry’ego Pratchetta), dylar (Biały szum Dona DeLillo), DMZ (Niewyczerpany żart Davida Fostera Wallace’a), cyklomit (Against The Day Thomasa Pynchona), narkotyczne mikstury (Ten wspaniały dzień Iry Levina), chemia wywołująca niepłodność (Cylinder van Troffa Janusza A. Zajdla), koktajle energetyzujące (trylogia Apostezjon Edmunda Wnuka-Lipińskiego) i wiele innych. Przykłady można mnożyć, ale nie ma takiej potrzeby, ponieważ rzeczywistość zdążyła dogonić fikcję, przemieniając dawne presumpcje w kronikę teraźniejszości. W świecie pełnym wszelkiej maści dopalaczy, zamulaczy i nieustannego bombardowania uporczywymi reklamami powszechnie dostępnych leków na wszystko – wizje roztaczane przez pisarzy w coraz większym stopniu materializują się jako codzienność.


ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page