Kamil Figas - To jest kraj dla techno wierszy
- 2 godziny temu
- 7 minut(y) czytania

Posłużę się pewnym truizmem: wszystko trzeba zaczynać od początku. Takie motto nieoficjalnie obrał sobie Szymon Bryzek w tomie przejściowe. „Po bożemu” przeszedł przez kolejne szczeble literackiego „podziemia”: od wysyłania i publikowania w czasopismach pokroju „Tlenu Literackiego” czy „Strony Czynnej”, przez konsekwentne działania w polu, aż po udział w konkursach, które ostatecznie otworzyły mu drogę do „legalnego” debiutu. Zaliczył tym samym wszystkie nieformalne etapy prowadzące do jak najlepszego wejścia książki w obieg. W otwierającym przejściowe wierszu [usłyszałem]* autor ponownie wraca do początku, tym razem rozumianego już ontologiczne, próbując dookreślić, czym jest logos – zasada kierująca światem. „[L]oop rodził logos. / logos kręcił loopem” (s. 8) – stwierdza Bryzek, z czego można wnioskować, że świat to dla niego wieczny powrót, ciągłe stawanie się od nowa, napędzane samoistnie. Szybko jednak od metafizycznych tez o strukturze rzeczywistości, od „mgławicy rozprzestrzeniającego się świata” (s. 9), przenosimy się na poziom cyklu, po którym „wonderujemy” (s. 8) aktualnie – do obrazów tego, co społeczne, tożsamościowe, kulturowe.
Następnie Bryzek zabiera nas do klubu techno – loop znów stanowi więc główną zasadę porządkującą, tym razem muzyczną – w którym „manekiny po bokach ścieżki / […] szybko przyswajalna meta i post” (s. 19) mieszają się z językami biblijnymi i przemyśleniami o losie niższych warstw społecznych. Autor wskazuje na dwie z pozoru przeciwstawne możliwości wprowadzenia podmiotu w stan mistyczny. Pozbawione aspektu metafizycznego, ciągle jednak posiadające powidok „duchowości”, zremiksowane fragmenty dyskursu religijnego („rzucą losy / o ich szaty albo rozedrą ich szaty” [s. 11]) zostają wyczerpane i zamknięte w figurze „szokuladowego jezuska” z wiersza delikates. Możliwość wyjścia poza świat Bryzek odnajduje zatem w psychodeli, objawiającej się w tomie choćby poprzez jukstapozycyjność w warstwie językowej („pulsuje się w rzece / a pod murami pęcznieją lustra, powieki” [s. 35]), ale też stopniowym rozmyciu się podmiotu („odchrząkiwać purpurowe mgły // stopić się” [s. 10]). Ten temat zdarza się również poecie artykułować wprost, gdy wprowadza do swoich utworów figury narkotyków, choćby wspomnianą już „metę”. Ostatecznie na kartach przejściowego, podobnie jak w kontrkulturowych ruchach lat 60., zawiązuje się pewna wspólnota, wyrażona nie tylko poprzez zamiłowanie do podobnego rodzaju muzyki, lecz do całości związanych z nią doświadczeń kulturowych. Stanowi ona troszczącą się o drugiego człowieka przeciwwagę dla tych, którzy na „mur[ach] ostrzegają: czuli narratorzy – kapłani szatana” (s. 14), nie odbierając jednak miejsca tym po drugiej stronie barykady. Nie jest to zresztą novum w polskiej poezji. Olga Rembielińska w tomie Klaster, w którym „psylocybinki utkane w komorach emigrują w obiegu”[1], również postulowała „łączność skłóconych frakcji”[2]. Podobnie zdaje się myśleć Bryzek, pisząc w wierszu down by the riverside: „Pan nas powołał / by zwiastować groove” (s. 34). Istotna dla obu poetyk jest próba wytworzenia egalitarnych techno-rzeczywistości oraz chęć dotarcia za pomocą języka do pewnej formy ekstazy, unikalności chwili (u Bryzka będzie to choćby wiersz wakacyjna walka klas), antysystemowości i indywidualnej ekspresji. Albo jeszcze inaczej: chodziłoby o wytworzenie formy wspólnotowości bliskiej początkom (datowanym na wczesne lata dziewięćdziesiąte) kultury techno w Polsce. A z nią nieodłącznie związane są używki, wprowadzające podmiot w stan psychodeli.
Ostatecznie w przejściowych nie idzie o to, w jaki sposób doświadczymy absolutu i czym on w ogóle jest. Stawką tomu jest raczej wspomniana wspólnotowość, którą umożliwić może jedynie wyjście poza empirycznie poznawalną rzeczywistość. A w obliczu końca duchowości religijnej funkcje wspólnototwórcze przejąć musi właśnie psychodelia. Wspominany „Pan” nie musi być przecież tożsamy z Chrystusem – może być nim równie dobrze Jah czy inne niedookreślone bóstwo. Ufundowanej w ten sposób wspólnocie blisko już do Fisherowskiej idei kwasowego komunizmu, a w poetycko zjaranym rzemiośle Bryzek stoi obok autorów należących do KSP na czele z Robertem Rybickim, któremu również zdarzało się łączyć wątki muzyczne, religijne i narkonautyczne (np. „Chrystus frunął zbyt wysoko, / żeby czegoś od nas wymagać. // [Był wolno sunącą kometą haszu w lufie/ zgranym jazzem w przestrzeni przesteru]”[3]). W przeciwieństwie do osoby mówiącej w przejściowych, podmiot Ryby dopiero wyłaniał się z utworów, a nie rozpuszczał się w nich. Obu poetów będzie za to łączyć próba wyjścia poza to, co ustalone – przekroczenie konwenansów, przywilejów, ról społecznych i zakazów oraz wynikający z tego ruch ku temu, co w jakiś sposób wspólne.
Kwasowość wiersza jest zatem nie tylko próbą ucieczki z realizmu kapitalistycznego, ale także zachętą do zajrzenia pod jego podszewkę. W tym sensie blisko Bryzkowi do najbardziej chyba znanego narkonauty, czyli Tomka Pułki. Dopiero po uruchomieniu „sprzęgła”, oczywiście tego od bonga, jak w wierszu loop-gryfny-jazz-records, możliwe stanie się nie tylko spotkanie twinków i landlordzich córek, ale też próba dojrzenia tego, czego na pierwszy rzut oka nie widać: „nowoczenoś[ci] w domu i zagrodzie / postmodernizm[u] w komitecie i zakrystii” (s. 29) czy „cip[ek] pulsujących w poliestrze” (s. 31), które obrazują erotyczny wymiar kwasowości, związany ze zwiększonym popędem po zażyciu dragów. Bryzka nie interesuje jednak interwencja i przejrzenie systemów ekonomicznych w ich rozbudowanych, korporacyjnych uniformach. Poeta zagląda raczej tam, gdzie to, co jednostkowe, codzienne, często również zmarginalizowane, zostaje włączone w wymianę towarową i staje się kolejnym, mikroskopijnym elementem ideologicznej nadbudowy. Sięga zatem do „ewangelii sukcesu dla zaawansowanych” (s. 18), po przeczytaniu której „onyksowi stypendyści ważą i cenią foliowe paradygmaty” (s. 19), tak jakby chciał pokazać, że kapitalistyczna obsesja kwantyfikacji wciąż podszyta jest metafizyką (w spiskowym lub newage’owym wydaniu), a sukcesu można się nauczyć, jeśli tylko w to uwierzymy. Tym samym obnaża dwa oblicza kapitalizmu – próbę zawładnięcia rzeczywistością za pomocą mierzalnych danych i imperatyw samorozwoju jednostki, który ostatecznie służy jedynie dalszej akumulacji kapitału. Wywlekanie na wierzch tego, co ukryte, najpełniej widać jednak w utworze rachunki (s. 16):
czy zastanawiałeś się kiedyś
o czym śnią namiestniczki lokalnych lumpeksów?
bo chyba nie
o tym
że nikt nikomu niczego nie?
Język, którym posługuje się Bryzek, nie rości sobie praw do nazywania go awangardowym czy innowacyjnym. W tym jednak tkwi jego największa siła. Próba ukazania tego, co subiektywne, dostępne tylko jednostce osiągającej „sztuczne raje”, przy jednoczesnej chęci zawiązania wspólnoty, w procesie komunikacji wymusza wyzbycie się indywidualności, na którą nacisk kładą inni narkonauci, choćby przez konsekwentne burzenie składni i zacieranie zasad gramatyki. Bryzek wybiera inną drogę. Ustanawia dwa poziomy mówienia. Pierwszy głos przynależy do rzeczywistości, której doświadczamy na co dzień. Drugi, zaznaczony kursywą, to głos z zewnątrz tej rzeczywistości, z tego, co wykracza poza nią, albo z wnętrza samego kwasowego podmiotu, bo obie te realności instancji mówiących się nie wykluczają. Interpunkcja w tomie zostaje sprowadzona do niezbędnego minimum, co wraz z pozostałymi cechami z poziomu prozodii i konstrukcji nadaje tym utworom transowy sznyt. W językowej potyczce o to, co wspólne, Bryzek nie zapomina jednak o takiej indywidualności, która powiązana jest z tożsamością pisarza. Wszelkie naleciałości z języka śląskiego („boroki”, „elwry”, „hinterhausy” itp.) co chwilę przypominają czytelnicze o tym, że pomimo prób uniwersalizacji, mamy jednak do czynienia z doświadczeniem subiektywnym, ale takim, które wymyka się zawłaszczonej przez kapitał indywidualizacji. Ostatecznie Bryzek, za pomocą języka, przedstawia paradoksalność doświadczenia psychodelicznego, które jest jednocześnie wspólnototwórcze i jednostkowe.
Aspekt wspólnotowy przejawia się w przejściowych poprzez czającą się w cieniu liczbę mnogą. Podejmowane przez podmiot działania są zatem w większości działaniami wspólnymi – charakterystycznymi dla pewnej grupy. Zauważyć to można choćby w liryku szczelina istnienia rozkwita i wydaje owoc (tak, Bryzek sięga – już w motcie – po patronat Jolanty Brach-Czainy). Jak zauważa osoba mówiąca w tym wierszu, „[r]ewerberujemy kombinacje” (s. 23), kładąc nacisk na więzi, charakteryzujące subkulturę techno. Wspomniana fraza unaocznia nam, że z jednej strony nasze działania intensyfikują się, wzmagają sprawczość, z drugiej jednak narażamy się na komunikacyjne niezrozumienie, jeśli dobiegający z wnętrza pogłos stanie się nadmierny. Możemy oczywiście w tym wypadku mówić znów o psychodeli opartej na paradoksie wspólnotowości i jednostkowości, jednakże w tym wypadku poeta podsuwa nam nieco inne rozwiązanie. Szybko okazuje się, że rewerberacji podlega dyskurs religijny po tym, jak współczesność coraz bardziej wycisza/tłumi jego głos. Odchodząc od sfery sacrum, „[…] dzieci wróżą z okruszyn / teraz ojcowie czytają z gwiazd” (s. 23), a człowiek porzuca hierarchiczną i stabilną wspólnotę, zdeterminowaną przez działania Boga, i kroczy w stronę tego, co niepewne, oparte na przypuszczeniach, jednostkowe. A stąd blisko już do ideologii New Age, do ucieczki od racjonalizmu, skupienia się na samorozwoju (wspomniane wyżej „ewangelie sukcesu dla zaawansowanych”), afirmowania irracjonalnego podejścia do rzeczywistości („wdychać monsun / wydychać zefir” [s. 13]) i przepisywania elementów pożyczonych z religii wschodu (karma). Konglomerat ten ma nas zaprowadzić do prawdziwego oglądu świata, w którym rzeczy jawią się nam takie, jakie są, a rozumowanie i wychodzące z niego przeciwieństwa zacierają się.
O całym tym newage’owskim podejściu do rzeczywistości Bryzek wypowiada się jednak jedynie w sposób ironiczny („najpierw wstąpić w siebie // a potem się zobaczy / a potem już jakoś” [s. 22]). Ma bowiem świadomość, że takie wyjście poza empirię nie jest rozwiązaniem. Może ono jedynie stanowić krótkotrwałą formę ucieczki od alienującej rzeczywistości lub być katalizatorem pewnych zmian, jak to się dzieje w przypadku psychodeli, lecz samo z siebie nie jest jeszcze odpowiedzią na bolączki współczesności. Bryzek próbuje obnażać formy wyzysku charakterystyczne dla realizmu kapitalistycznego (również tego peryferyjnego, rodem z Tarnowskich Gór), zawiązując jednocześnie wspólnotę, która fundowana jest wokół indywidualnego doświadczenia – nie ważne, czy wywoływanego przez dragi, czy przez szeroko rozumianą muzykę elektroniczną. W ten sposób, przez kolejne powroty do stanów anarchicznej i egalitarnej ekstazy (dostępnej każdemu chętnemu, z poszanowaniem jego indywidulanej formy ekspresji), połączonej z wyjściem poza empiryczną rzeczywistość, a następnie zjazdy w empirię, mamy odnaleźć sposób na skuteczne kontestowanie, a może (nie wiem, czy nie wybiegam za daleko) na wspólnotowe zniesienie kapitalizmu. I w tym miejscu muszę zaprotestować. W końcu, i tu wracamy do początku tomu, „loop rodził logos” (s. 8), który tym razem rozumiany jest już nie tylko w sposób filozoficzno-religijny, ale również zgodny z etymologią – jako „wiedza”, „nauka”, a więc struktura poznawcza. Tylko w ten sposób w świecie nastawionym na skrajny indywidualizm, w którym nasze interesy są często sprzeczne, możemy nawiązać jakąś nić porozumienia i na chwilę poczuć się częścią społeczności. Zatem „[z]amiast starać się po prostu przezwyciężyć kapitał, powinniśmy […] skupić się na tym, co kapitał przesłania – na kolektywnej zdolności do wytwarzania, do opiekowania się sobą nawzajem i do przeżywania radości”[4]. Taka jest idea kwasowego komunizmu i fundowanych na nim wspólnot. Tożsamość zbudowana wokół pewnego doświadczenia nie wystarczy jednak do obalenia morderczego systemu. Do tego potrzebna jest bowiem świadomość klasowa i oparta na niej wspólnota, która stanowić może rewolucyjny zapalnik. O tym Bryzek w swoim tomie zdaje się nie myśleć. Może jednak z tą naszą współczesnością nie będzie aż tak źle, skoro nawet „gdańska scena atari nigdy nie miała się tak dobrze” (s. 15). Czytajmy więc techno-kwasowe wiersze Bryzka, zwłaszcza że nadchodzi lato, a „latem techno brzmi najszczerzej” (s. 31).
Szymon Bryzek, przejściowe, Muzeum Narodowe w Lublinie, Lublin 2025. Kup na stronie wydawcy.
[1] O. Rembielińska, Klaster, Kraków 2023, s. 42.
[2] Tamże, s. 12.
[3] R. Rybicki, Kotlet frazy, Poznań 2024, s. 22.
[4] M. Fisher, Kwasowy komunizm. Nieukończone wprowadzenie, przeł. P. Kaczmarski, „Praktyka Teoretyczna” 2021, nr 2, s. 178.




