Kacper Jaskulski - Boże, jak dobrze, że mamy olimpiady!



Zofia nie myślała, że jej Syn osiągnie kiedyś takie sukcesy. Wolała, żeby uczył się pilniej, a po odejściu jego ojca zajął się porządną pracą, dzięki której pomógłby jej trochę bardziej niż mokrymi koszulkami, ciasteczkowymi medalami nie do zjedzenia i zabłoconymi butami zostawionymi na korytarzu. To ostatnie wiązało się ze szczególnym upodobaniem Syna do biegania w deszczu. Kiedy w dzień robiło się ciemniej niż powinno, kiedy ludzi zaczynało ubywać na ulicach, a z pozostałych powyrastały parasole - jak kapelusze grzybów, ale uprzedzając opady, zamiast w reakcji na nie - on już wiązał sportowe buty i znikał w drzwiach bez słowa. Niewiele osób lubi uczucie kropli deszczu na twarzy, ale nie wiosennej mgiełki czy morskiej bryzy, tylko prawdziwych kropli, zasługujących na tytuł: “Kurwa, ale leje! Biegiem do śmietnika i z powrotem” wydobywającym się spomiędzy zębów zmęczonego mężczyzny na klatce schodowej, ściskającego ze złością worek śmieci. Syn szczególnie lubił taką pogodę. Niezależnie od pory roku, jemu nigdy nie było zimno. Był nieprzeciętnie wytrzymały. Zofia żałowała, że pokazała mu w dzieciństwie Forresta Gumpa, żeby poprawić jego zaniżoną samoocenę przez niepowodzenia w kontaktach z rówieśnikami, a ten, zamiast znaleźć sobie uroczą koleżankę w nie mniejszych tarapatach od niego, zaczął biegać i to tak zawzięcie, że raz podczas szaleńczego biegu odpadła mu prawie cała podeszwa i wrócił do domu z krwawiącą stopą. Mówił, że nawet nie zauważył.


Teraz nie mógł dostrzec swojej matki na trybunach. Wykręcał szyję we wszystkie strony, rozpaczliwie poszukując tej jednej głowy o ciemnych, kręconych włosach, bo miała być. I rzeczywiście była na tym stadionie. Dostała bilet bezpośredni do Singapuru. Z lotniska pojechała do hotelu zostawić jedną małą walizkę, jedyną jaką wzięła ze sobą, a stamtąd od razu na stadion, gdzie czekała jeszcze przez dwie godziny aż zaczną wpuszczać. Nie zdążyła się wyspać, przebrać ani zjeść - tylko toaleta. Toaleta przed wylotem, w trakcie lotu (wielokrotnie), na lotnisku, w hotelu i przed stadionem (dwukrotnie). Chory pęcherz zmuszał ją do udawania się za potrzebą znacznie częściej niż robiła to wcześniej. Diagnoza lekarza była jak wyrok, albo gorzej - jak proces. Została zmuszona dokładnie planować każdy dzień, uwzględniając dostępność toalet w okolicy. Oszacowała, że przed startem Syna powinna zdążyć obejrzeć wręczanie medali oraz parę nieinteresujących ją dyscyplin. Zresztą żadna dyscyplina nie wydawała jej się interesująca, nawet biegi. Nie rozumiała czym miałoby być współzawodnictwo polegające na doskonałym wykonywaniu jakiejś czynności, jakiejkolwiek czynności. Dla niej równie dobrze mogli konkurować w obieraniu ziemniaków, składaniu mebli, piciu wody czy kręceniu się na fotelu obrotowym, a ekscytowałoby ją to tak samo. Przyleciała tu wyłącznie dla Syna, którego kochała bez względu na liczne różnice między nimi w przeróżnych kwestiach szczerze, a jego występ miał dla niej większą wartość niż cokolwiek, co działo się w ciągu ostatnich lat jej życia.


Szacunki Zofii były wystarczająco dokładne. Byłyby, gdyby nie pomyłka realizatora dźwięku, który dostał plik z pełnymi wersjami hymnów. Podczas wręczania medali kolejne zwrotki wybrzmiewały ze stadionowych głośników, a sportowcy i kibice nie chcąc psuć podniosłej atmosfery przepełnionej narodową dumą, wyprostowani poruszali ustami, udając że znają i ósmą zwrotkę hymnu swojego państwa, a ich oczy błądziły tylko błagalnie po niebie nad odkrytym stadionem. Minuty mijały na udawanym śpiewaniu, a pęcherz Zofii z każdym powtórzeniem refrenu był coraz bardziej przepełniony. Już powinien startować - pomyślała analizując jednocześnie, czy zagęszczenie ludzi w przejściu nie jest zbyt duże, żeby udało jej się bez większych przeszkód wydostać z trybun. Część osób wpadła na pomysł sprawdzenia ile zwrotek ma hymn Grecji, więc od dobrych dwudziestu minut reprezentant tego kraju męczył się na podium bardziej niż podczas samych zawodów. Zofia i Grek wyglądali teraz podobnie: spoceni, z trzęsącymi się nogami i wytrzeszczonymi oczami wyczekiwali końca tej męki. Kobieta poddała się pierwsza. Nie była skłonna do rywalizacji, a w sportowca było wycelowane kilkanaście kamer transmitujących milionom widzów zbliżenie jego twarzy w najwyższej możliwej rozdzielczości, więc ciężko tu mówić o jakkolwiek równym pojedynku. Ze sporą dozą niepewności Zofia ruszyła w kierunku wyjścia z trybun i włączając się w nurt ludzi opuszczających sektor. Strumień kibiców płynął powoli, a z powodu niewielkich odstępów między rzędami, niemożliwe było wyprzedzanie. Gdy po paru zwrotkach udało jej się dostać na korytarz prowadzący do toalet, slalomem puściła się w kierunku strzałki pod wielkim, niebieskim napisem “WC”; napis ten wydawał jej się jeszcze większy, niż był w rzeczywistości. Niedużymi kroczkami omijała zagradzających jej drogę ludzi, czasem dotykając czyjegoś ramienia bądź pleców i dając do zrozumienia, że musi jak najszybciej przejść, co nie zawsze spotykało się ze zrozumieniem i zostawiła za sobą parę nieprzyjemnie brzmiących okrzyków w nieznanych jej językach. Potrzeba nagliła już naprawdę bardzo, co zaskoczyło Zofię, bo przed wstaniem z dopasowanego do każdych pośladków plastikowego krzesełka. Myślała że ma znacznie więcej czasu. Każdy większy krok stanowił teraz poważne zagrożenie. Zofia zwróciła uwagę, że z głośników wydobywa się inna melodia. Wiedziała, że syn startuje zaraz po wręczeniu medali, ale nie miała pojęcia ile to jeszcze może potrwać.


Syn był już przy blokach startowych: stukał czubkami butów o ziemię, kręcił ramionami, podskakiwał aż skóra trzęsła się na jego chudych policzkach. Przeczesywał lękliwym wzrokiem trybuny chcąc dojrzeć matkę, ale nawet jakby ją mógł rozpoznać z tej odległości, pośród tysięcy innych podobnych sylwetek, to jej tam nie było. Stała właśnie naprzeciw masywnych drzwi damskiego WC, oddzielona od nich kilkuosobową kolejką - nie straszną w zwykłych okolicznościach, teraz jednak przerażająco długą. Wysoki, szczupły facet w granatowym swetrze wyszedł obok z męskiej, wycierając ręce w spodnie. Drzwi zamykały się automatycznie, bardzo powoli, z dużym trudem, jakby zachęcały do przyjrzenia się co jest za nimi. Zofia skorzystała z okazji: wygięła tułów z kolejki, pozostawiając w niej tylko nogi i zerknęła do męskiej - nikogo tam nie było.

“Zdarta podeszwa. Zdarta pięta.” - pomyślał ojciec, siedząc w kuchni ze spuszczoną głową, a Syn krzątał się wokół, myjąc naczynia po kolacji. Młodszy mężczyzna zostawiał na podłodze czerwono-czarne ślady - podłużne, zakręcające i urywające się nagle.


- Co zrobiłeś z butami? - spytała gniewnie Zofia, trzymając oba buty w rękach. Były w fatalnym stanie. Białe i granatowe wykończenia ledwo się przebijały spod błota, a gdzieniegdzie było widać ślady krwi na lewym bucie, który pozbawiony był podeszwy, a postrzępione włókna i resztki gumy zwisały złowieszczo. Ciemna ciecz ciekła na ubrudzone już kafelki. Syn zatrzymał się, odwrócił szybko głowę w kierunku matki i spróbował się uśmiechnąć. Już od wczesnego dzieciństwa, przy każdym kontakcie z kimkolwiek, twarz chłopaka przybierała wyraz przerażenia, ewentualnie skrajnego zaskoczenia, a zazwyczaj można było się dopatrzeć jednego i drugiego. Nieraz słyszał w sklepie, szkole czy gdziekolwiek indziej, żeby “się uspokoił”, że “przecież nie ma się czego bać”, “czy wszystko w porządku?”, a bardziej empatyczne osoby spuszczały wzrok, zniżały ton głosu i wypowiadały niezrozumiałe “bardzo mi przykro”, jakby wiedzieli coś, o czym Syn zdawał się nie mieć pojęcia. Nie czuł, że się boi, ani że jest zdziwiony. Twarz jednak reagowała na każdą nawet znaną już osobę, jak na ekstremalnie niepokojącą sytuację, z którą styka się po raz pierwszy i należy dać temu wyraz. Zwyczajowe reagowanie przerażeniem dotyczyło także rodziców. Ci zdali się przywyknąć już do szeroko wytrzeszczonych oczu i lekko rozwartych ust. Kiedyś nawet próbowali podejrzeć jak wygląda, kiedy nikt na nikogo nie patrzy. Ciężko im było uwierzyć, że ten spokojny, poważny, a nawet zamyślony (Zofia dopatrzyła się także niezwykle głębokich refleksji), sześciolatek siedzący na krawędzi piaskownicy i wpatrujący się ze skupieniem w betonowe schodki, jest ich dzieckiem. Na zmianę przykładając lornetkę do oczu, mieli teraz wyrazy twarzy przypominający twarz Syna w reakcji na nich.

Chłopak uśmiechał się nieczęsto, wyłącznie w nerwowych sytuacjach. Jeśli jego rozmówca do tej pory ignorował niecodzienną (dla Syna bardzo codzienną) minę, tak gdy zaczęły pojawiać się nerwy, okazywało się to niemożliwe. Dotychczasowe napięcie wokół oczu nie malało, a nawet jeszcze nieco przybierało na sile, kąciki ust oddalały się od siebie, następnie szły nieco w górę, a na koniec poważnie już zaniepokojonemu nieszczęśnikowi ukazywały się zęby. Na domiar złego, chłopak wydawał wówczas z siebie chrypliwe sapanie, będące w rzeczywistości śmiechem, ale nie znalazła się jeszcze osoba, która odnalazłaby się w tej rzeczywistości.


Uśmiech Syna wzbudził w Zofii w pełni uzasadniony lęk. Wiedziała, że sprawa musi być poważna, a nie było poważniejszych spraw niż bieganie i wszelkie pochodne tej aktywności kwestie. Cofnęła się o krok i spojrzała na podłogę. Były na niej wymalowane wzory, w których można by doszukiwać się celowości, ale rezultaty byłyby bardzo rozczarowujące. Syn odwrócił twarz i przestał dyszeć, ale mięśnie wciąż miał napięte. Zofia opanowała się już wystarczająco, by wymknąć się w szumie ponownie puszczonej z kranu wody i wyrzucić truchła butów. Ojciec zawiesił wzrok na bosych stopach Syna, wyglądających niewiele lepiej niż zniszczone obuwie: pełnych starych blizn, świeżych otarć i zadrapań, pokrytych błotem, zakrzepłymi, miejscami jeszcze wilgotnymi śladami krwi. Taniec zaczął się na nowo. Pociągłe, koliste ruchy stóp zostawiały już coraz mniej wyraźne ślady. “Zdarte” - pomyślał po raz ostatni.


Zofia postawiła stopę w drzwiach, w ostatniej chwili uniemożliwiając ich zamknięcie, po czym wskoczyła do środka. Znalazła się w stosunkowo, jak na toaletę, wąskim i długim pomieszczeniu. Przez pstrokatą tapetę ze sportowcami z różnych dziedzin pokrywającą całą ścianę, klamki od kabin były ledwo widoczne. Przy umywalce z lewej strony stał jakiś mężczyzna, nie dostrzegła go z zewnątrz. Mył ręce, a może chciał żeby ktoś tak właśnie myślał. Przy hałasie dobiegającym z zewnątrz ciężko było określić, czy słychać strumień wody. Zofia wstrzymała oddech i odczekała chwilę. Postać wciąż stała lekko pochylona nad umywalką, wykonując nieznaczne ruchy rękoma. Nic się nie działo. Zdezorientowana kobieta wiedząc, że pewnie i tak nie mówi po polsku i nie mogłaby wyjaśnić dlaczego tu jest, zbliżyła się do drzwi najbliższej kabiny, wymacała klamkę na trudnym do zidentyfikowania kawałku tła między pływakiem a skoczkiem i weszła.

Poczuła się jak u siebie. To nawet nie było znajome - to było TO miejsce, jej miejsce. Poczuła zapach, którego nie czuła od wielu lat - ostatnio jako dziecko u dziadków, kiedy rodzice nie mieli co z nią zrobić i spędziła całe wakacje na obrzeżach małego miasteczka w starym domku z odpadającymi dachówkami, siedząc na kocu i bawiąc się czymkolwiek, co tylko interesującego udało jej się znaleźć na podwórku. Reszta rzeczywistości gdzieś się ulotniła, pozostały cztery ściany kabiny ze sklejki i tylko obraz Syna wciąż tkwił w jej pamięci. Usiadła i pomyślała w samotności, że teraz w końcu ma być jej dobrze. W końcu, tyle na to czekała. Całe życie nie mogła uwolnić się od poczucia obcości - że jest gdzie indziej niż być powinna. Nie umiała opisać dlaczego “powinna”, ale wiedziała, że najlepiej by jej było gdzie indziej. I w końcu znalazła się w miejscu, które było “nigdzie”, bo miało moc pozbawić ją reszty świata, który zniknął za horyzontem. Syn jej potrzebował, nie zapomniała o tym, a ona też potrzebowała jego. Teraz go zrozumiała. Poczuła zdarte pięty, jak krew zwilża jej pantofle, a twarz ściska się w bolesnych grymasach. To było inne, zupełnie inne niż sobie wyobrażała, bo nie było w tym nic z jej Syna. Czuła się sobą. Sama. Klamki nie było. Dotknęła martwego karalucha.


Wszyscy czekali na sygnał w blokach startowych. Jestem w domu - pomyślała.