Jakub Skurtys - Kulomioty jaźni albo bieda bieda bieda

(o Trash Story Mateusza Górniaka i Nie ma i nie będzie Magdaleny Okraski)


kadr, Bartosz Konieczny




Bieda bieda bieda Ogłaszam niewypłacalność Niejeden się sprzedał Rzeczy najważniejsze są darmo

Deklaruję bankructwo Pieniądz narzędziem szatana Niejeden uległ kuszącym ustom Bieda bieda bieda jebana

No przecież sami wiecie kto

Rzecz jest trochę niesamowita (raczej w kategoriach freudowskiego Unheimliche, niż eerie), bo gdy jako „Zakład” obejmowaliśmy z przyjemnością patronatem medialnym Trash Story Matiego Górniaka, a ja zobowiązywałem się do napisania recenzji, nikt z nas w redakcji nie spodziewał się, jakim fenomenem okaże się ten krótki zbiór opowiadań. Górniak przychodził przecież do prozy z poezji, z piwnic krakowskiego KSP i zjaranych, psychodelicznych horyzontów „Stonera Polskiego”. Był swojakiem. Stąd też bierze się jego językowa brawura oraz poruszanie się w przestrzeni tak filozoficznie dziś płodnej (choć część tego zrzuciłbym też na pokrewieństwo estetyczne i przyjaźń z Filipem Matwiejczukiem). Trash Story to taki prozatorski odpowiednik Różoglona, od którego pożycza zresztą jedno z mott. „Jest to książka, która zmieniła moje życie, dała mi siły do myślenia o literaturze i do pisania, wgląd w laboratorium myślenia o współczesnej podmiotowości” – deklarował autor, raczej poważnie, na wspólnym spotkaniu autorskim w Żabka Cafe, transmitowanym nawet na FB.


Te okoliczności, a więc piwniczno-śmieciowa estetyka, żerująca na społeczeństwie konsumpcyjnym jak lump-i-cynik, oraz naturalność poetyckiego ujęcia relacji w środowisku literackim wydają mi się zupełnie oczywiste w przypadku debiutanckiego zbioru tekstów Górniaka. Tym dziwniej czuję się, włączając się nagle moją recenzją w rozmowę na salonach, wciskając się gdzieś pomiędzy głosy zupełnie nieznanych mi warszawskich krytyczek, prezenterów literackich i instagramerów, która toczy się też w ważnych pismach opinii. Na szczęście pozostaje ona niespecjalnie treściwa, więc może się jednak zmieszczę… Jak mówi Tłusty Szczur w pierwszym opowiadaniu z tomu: „Chodzi o to, żeby wleźć im w cztery ściany przez odpowiednią dziurę i już kwiczą, wariują, wychodzą z siebie” (s. 12). Znaleźć lukę, wygryźć dziurę i zostawić ślad na kanapie – to się Górniakowi udaje doskonale.


Że jest to książka ważna, brawurowa językowo – nie dziwi mnie wcale, bo wystarczy kilka rozmów z autorem, żeby zrozumieć, z kim/czym mamy tu do czynienia. Zaskakuje za to niesłychanie ferment, jaki debiut ten wywołał w neoliberalnym, prozatorskim światku. Czy to za sprawą sprawnej dystrybucji Ha!artu, czy też innych, szeptanych mechanizmów promocyjnych, Trash Story wylądowało w centrum ochów i achów, w krytycznych polecajkach Empiku („to musi być wynik jakichś aleatorycznych zabiegów” – poleca Łukasz Grzymisławski…) i nawet na „Dwutygodniku”. Tam z kolei recenzentka szukała w tomie odpowiednika uprawianej przez Łukasza Molla (ale bez jego patronatu) filozofii motłochu. Piotr Marecki (wydawca, profesor) wrzucił też w Internety stylizowaną na Gombrowicza recenzję studenta UJ (rzekomo), wspaniałą i perfidnie trafną, a przy okazji odkrywającą, jak wiele gombrowiczowskiego żartu ze społecznych form jest w prozach Górniaka.


Gdyby iść za całym tym społecznym szumem, trzeba by ostrożnie założyć, że Paszporty Polityki i nominacje do Nagrody im. Gombrowicza stoją przed autorem otworem, a natychmiastowa właściwie adaptacja teatralna wystrzeliwuje Górniaka w przestrzeń o znacznie większym kapitale symbolicznym, niż poetycka nisza, z której był się wywiódł. Problem pojawia się dopiero z oceną całego zamieszania. Czy rzeczywiście Górniak potrzebuje Salonu, żeby zaistnieć jako prozaik? Wątpliwe. Przecież w naszych młodoliterackich środowiskach, w czasopismach internetowych, w eksperymentujących komunach literackich, funkcjonuje prężnie już od dłuższego czasu. Na pewno skorzysta na tym finansowo, i dobrze, bo lepiej, żeby z pańskiego stołu (kanapy?) skapywało również i w tę stronę.


Hipoteza byłaby więc odwrotna: to neoliberalny Salon (salonik?) bardzo potrzebował Górniaka, który – w ramach ostatnich propozycji Ha!artu – wydaje się bezpieczną odtrutką na „reportaż uczestniczący” Magdaleny Okraski o polskiej biedzie potransformacyjnej. Obie książki wychodzą mniej więcej w tym samym czasie i obie reprezentują ten nurt polityczno-estetyczny, który na Zachodzie określa się czasem mianem dirtbag left. Ich wspólną figurą jest Kenny McCormick – zakapturzony bohater South Park, ginący w prawie każdym odcinku, zaniedbany przez rodziców alkoholików, będący ironicznym, ale i ciepłym ujęciem mitu amerykańskiego Pasa Rdzy. U Górniaka Kenny nadchodzi i odchodzi po wielokroć, stając się znacznie bardziej niż w oryginalnym serialu figurą idealnego sieroctwa. U Okraski każdy mieszkaniec, interlokutor i obserwator jest takim Kennym, bo wyłaniający się z jej reportażu obraz Polski BCD to taki właśnie rodzaj ironicznego samoofiarowania się reszcie neoliberalnego świata, żeby ten mógł zakrzyknąć: „Oh my God, they killed Kenny!”.


Czy powinno nas dziwić, że jedna z tych książek zbiera cięgi za jednostronne i nieobiektywne ujęcie tematu, rozwlekłość i egocentryzm autorki, a także za odtwarzanie wszystkiego, co znamy już z reportaży społecznych z lat 90.? Druga jest tymczasem zewsząd chwalona za „dziwne, lekko halucynogenne i jeszcze nie do końca zbadane działanie”, za prozę, która przywraca wiarę w fikcję i skłonność do jej językowego konstruowania, niepopartą żadnym wcześniejszym biograficznym czy społecznym (tematycznym) paktem. Można ją jednak z łatwością odnieść do różnych estetycznych konwencji, doskonale przyswojonych przez salony i w ten sposób oswoić: „ta epatująca śmieciowością i lumpiarstwem książeczka czerpie nie tylko ze zrecyklingowanych odpadków popkultury (są tu między innymi wariacje na temat kreskówek, filmów i gier dzieciństwa), ale także schizoanalizy, surrealizmu i popularnej dwadzieścia lat temu literatury avantpopowej”. Futuryści i dadaiści, surrealiści i bitnicy (Burroughs) mówią tu głosami tak intensywnymi, jakby ten Górniaka w ogóle nie istniał. Dorzućmy jeszcze inne, nic nie wnoszące powiązanie: to nie sytuacjoniści ani surrealiści są bezpośrednią tradycją dla autora Trash Story, ale Bruno Schulz i Walter Benjamin – typowy dla żydowskiego mesjanizmu stosunek do rzeczy uszkodzonych, okruchowych, obleczonych w swoistą aurę. To ten moment, gdy przedmioty, odpady i miejsca mówią zamiast bohatera, a w powietrzu unosi się ich arcyliryczny ton:


Koza z nosa: Kiedyś to my się rozmnożymy i to my będziemy jadły wasze bobasy.

Klapaczka na muchy: A sam się weź jebnij w łeb.

Szufla do węgla: Tak, pamiętam zagładę. Nie, nie pamiętam ciepłej wiosny pięć lat po.

Piwnica: Wejdź we mnie na spacer.

Wędka na ryby: Co ja się naoglądałam pijaństwa i śmierci, to moje.

Chodnik: Oto na moim łonie, za nas wszystkich, cierpi rozgnieciony czips duszek.


Symptomatyczne, że właściwie żaden z mainstreamowych recenzentów nie potrafi powiedzieć, o czym jest książka Górniaka. Regularnie powtarzają za to retoryczne pytania o treść i sens, jakby za wszelką cenę musieli ją jakoś „przyszpilić” tematycznie. No niby muszą, bo w zajawce dla „Polityki” czy ogłoszeniu „Paszportów” trzeba będzie w końcu coś wpisać. Może jest to więc o „czasach powszechniejącego dobrobytu” i przesytu nim, o rzeczach, którymi się otaczamy i które nas zniewalają (trochę w duchu Perecowskich Rzeczy), ale które opowiadają też nasze historie za nas (a to już filozofia post-latouriańska)? A może o śmieciowisku popkultury i surrealistycznym przypadku, ale już nieobiektywnym? Dowiemy się, że „debiutujący w ostatnim czasie prozaicy w dużej mierze porzucili krytykę na rzecz sondowania milenijnego entuzjazmu i jego utopii” oraz że autorzy pokroju Górniaka i Paśnika (Dzieci, W.A.B) podchodzą do świata i języka zaawansowanego kapitalizmu inaczej, niż robili to Masłowska czy Shuty (ależ odkrycie…).


Ciekawe, że w przytaczanym tu już kilka razy tekście Moniki Ochędowskiej Reklamówki dla „Dwutygodnika” Górniak i Paśnik spotykają się właśnie z książką… Okraski, tak jakby różnorakie estetyki i głosy w obrębie naszej kalekiej dirtbag left były zawsze zasysane przez salon do wspólnego worka. Czym zatem „podpadła” autorka Nie ma i nie będzie, że nie wpisała się tak dobrze jak Górniak w niewidzialną tęsknotę rynku? Otóż, w przeciwieństwie do Trash Story, jej dziełko nie jest fikcją. To pierwszy i podstawowy problem, bo choć niewidzialna ręka tęskni za wszystkim, co namacalne i co obieca jej „zwarcie ze światem”, w rzeczywistości wcale tego zwarcia nie pragnie – przeciwnie, woli pozostać niewidzialna i nietykalna. W tym (i tylko w tym) sensie Trash Story znacznie łatwiej jest spacyfikować i subsumować jako część postmodernistycznej, karnawałowej konwencji snucia opowieści z opowieści, językowych zabaw, w których gdzieś tam pobrzmiewa krytyka naszego świata, naszej symulakrycznej rzeczywistości, opartej na mnożeniu marketingowych widm rzeczy, ale przecież nic nam ona nie robi, bo pobrzmiewała ona u Pynchona i Davida Fostera Wallace’a, u Shutego i pewnie kilku innych pisarzy Ha!artu z epoki „Tekstyliów”.


Tymczasem programowa niefikcjonalność książki Okraski wkurza – bo trzeba się z nią mierzyć jakby na innych zasadach, grać w odmienną grę, borykać się z krytyką społeczną wyrażoną (wypowiedzianą) dziennikarskim głosem, a nie upozorowaną za kordonem estetycznych narracji. Istnieje podmiot mówiący i podmiot, który jest przez Okraskę reprezentowany w duchu starej tradycji socjaldemokratycznej. Innymi słowy – Trash Story udało się na razie salonowi zamknąć w autonomicznym poletku literatury pięknej (choć przecież brzydkiej), tymczasem pseudo-reportaż Okraski od początku domagał się politycznej, tzn. dziennikarskiej lektury i społecznego ringu (agory, agonu). Nie jest to zarzut ani pod adresem zbioru próz Górniaka, ani tekstów Okraski. Podobnie jak Zdrój Barbary Klickiej i Kości, które nosisz w kieszeni Łukasza Barysa, które odsłoniły w naszej salonowej krytyce fetyszystyczny mechanizm dzielenia na prozatorskie i poetyckie oraz podżyrowywania jednej estetyki drugą, obie książki Ha!artu, czytane wespół, odsłaniają gruntowe niezrozumienie idei polityczności w neoliberalnym światku intelektualnym, w którym przepływ prestiżu regulowany jest przez PMC (professional-managerial class), uważającą się za mniej lub bardziej postępową lewicę. Centrum rozumie polityczne o tyle, o ile jego wektor skierowany jest w przeszłość i daje się z łatwością związać z jakimś społecznym podmiotem, którego niezadowolenie lub rozczarowanie może reprezentować. Nawet jeśli miałoby to ów mityczny salon zezłościć, jest to złość zmagazynowana, spreparowana i gotowa do zaadresowania w duchu opisanych przez Sloterdijka „banków gniewu”, a więc przybiera postać resentymentu i jako taką łatwo ją przekierować.


W tym salonowym trybie czytania książka Górniaka pozwala tymczasem uniknąć pytania o to, w imię czego (jakiego świata, przeciw jakiemu światu) się mówi, a więc również wszelkich zarzutów o brak obiektywizmu w intepretowaniu rzeczywistości, o jej zakłamywanie, o manipulowanie historiami pod tezę czy pisanie w zgodzie w populistycznymi rozpoznaniami i utwierdzanie stereotypów (w wypadku Okraski: biedy, Polski BCD, Polski małych miast jako ofiar transformacji ustrojowej; u Górniaka: nostalgicznej wspólnoty osieroconych X-ów i Z-etów, niezdolnych do niczego poza wysłuchaniem kolejnej „kołysanki”). Takie właśnie zarzuty były stawiane reportażowi Okraski. Niby miały one w tle wartościowanie estetyczne: to jest źle napisany reportaż, niespełniający większości gatunkowych kryteriów, za długi, niedoredagowany, narracyjnie męczący i grzęznący w pobieżnych obserwacjach, a ponadto egocentryczny, bardziej skupiony na drodze i czynnościach samej autorki (narratorki), niż na świecie wokół i historiach innych ludzi. Niby miały, bo są to przecież wszystko zarzuty, które można sprowadzić do jednego hasła – źle, tzn. niedbale, niesprawnie, zrobiony reportaż – ale w rzeczywistości chodzi przecież o co innego: o niespełnienie liberalnych oczekiwań w kwestii wystarczająco empatycznej historii z puentą, takiej historii, która pochyla się nad codziennością ludzi, wysłuchuje ich opowieści, za którą znika i autor, i czytelnik, a filozofia „oddawania głosu” słabszym/innym/biednym staje się naszym etycznym gestem zaangażowania społecznego (coś w duchu zapowiedzi nowej kampanii Koalicji Obywatelskiej: pójdziemy w teren i będziemy podawać rękę każdemu mieszkańcowi wsi i małego miasteczka). Otóż to, wystarczy „oddać głos” i – komplementarnie – „wsłuchać się w głos” tego, co Inne, wystarczy pozostać wiernym „Szkole Reportażu” i zasadom dyktowanym od lat przez „Duży Format”, żebyśmy wszyscy poczuli się wygodnie i bezpiecznie w tym małym, późnokapitalistycznym piekiełku, w którym bogatsi (choć wcale nie bogaci) i obdarzeni większym prestiżem społecznym (choć w gruncie rzeczy tylko nadmuchiwanym przez ostatnie 30 lat) mogli snuć swoje uniewinniające fantazje o „ludzkim” obliczu biedy, przy zachowaniu pozorów własnej sprawczości. Przecież „udzielamy głosu” i „wsłuchujemy się w głos”. Tymczasem Okraska nawet nie kryje się z tym, że właściwie nikomu głosu nie udziela (poza sobą) i nikogo jakoś uważniej nie słucha. Tak jakby historie bohaterów czy opowieści miejskie interesowały ją tylko o tyle, o ile są w stanie wyznaczyć miejsce autorskiego „ja” w tym świecie – „ja” przychodzącego z zewnątrz, z intencją badawczą, ale też ja uczestniczącego, wnoszącego w ten świat swoje potransformacyjne traumy i projekcje.


Tyle o Nie ma i nie będzie, bo w gruncie rzeczy jest to książka mimo wszystko regresywna – osadzona w dość klasycznym rozumieniu lewicowego projektu jeszcze sprzed epoki fordowskiej, takiego projektu, który łączył się z pojęciem klasowości i dobrze uzupełniał z wizją (wy)kształconego (lub w wariancie populistycznym/autonomistycznym – samokształcącego się) podmiotu. Krytyka przeprowadzona przez Okraskę, mimo pozornego odrzucenia przez neoliberalny salon, jest dla niego bardzo bezpieczna, skupia się bowiem na tym samym mechanizmie, którym kapitalizm nauczył się doskonale żywić: pragnieniu widzialności, dojścia słabszych do głosu jako podmiotu na agorze, podmiotu po prostu dopuszczonego do gry.


Książka Górniaka przechodzi obok tych sporów, tzn. z pozoru doskonale wkomponowuje się w pragnienia współczesnej PMC, bo z powodu braku silnego podmiotu i przeszłościowego wektora można dokonać na niej gruntownego misreadingu. Jest w Trash Story takie opowiadanie, a właściwie impresja prozatorska, która nosi tytuł Schizolotka, a zaczyna się od zdań: „Trzy osoby w różnym wieku ustawiają się do zdjęcia w pozycjach Mama, Tata, Dziecko. Tłem jest plaża, morze, słońce. Czerwone buty Taty grają z przeciwsłonecznymi okularami Mamy. Dziecko stoi kilka kroków dalej. Przykłada łapkę do łapki i układa je w kształt serduszka tak, by złapać w jego kontur słońce” (s. 27). Rzecz możemy oczywiście potraktować jako rodzaj schizoanalitycznej, perwersyjnej wprawki, w której – w duchu analiz pism Kafki przez duet Deleuze&Guattari – otrzymujemy zaburzony trójkąt rodzinny, a więc podstawowy układ psychoanalityczny, ulegający następnie destrukcji. Jako maszyna produkująca pragnienie powinien on wytworzyć, tzn. reprodukować, konkretne podmioty: Tata, Mama, Dziecko, równie zaburzone i schizofrenicznie, jak w edypalnym układzie wyjściowym. Uszkodzenie tej maszyny doprowadziłoby do powstania figury sieroty (naszego alegorycznego Kenny’ego albo Matiego), a raczej ruchu w jej stronę, który skutkowałby zawieszeniem tożsamościowo-społecznych etykiet, a właściwie wypłynięciem poza nie. I rzeczywiście, dalej mamy w utworze narracyjny przeskok, zmianę narratora i adresata. Czytamy:


I nagle zaczynasz budzić się wcześniej. I o poranku wybierasz se tożsamość: „wybierz swoją postać”, a potem „gra”. Grasz w ten dzień. Poranek rozwija się jak serpentyna i to już czas, żebym stanął przed sobą jak Fineasz przed Ferbem i zapytał: kim dzisiaj będziesz, kochanie? I on: nasze płcie to schizotaktyka i ani słowa więcej.


Schizolotka z tomu to zaledwie cztery krótkie akapity, zmierzające ku surrealistycznej, deterytorializującej puencie: „ludzik czule ich pozdrawia, ale idzie dalej. Idzie bo musi. Idzie i idzie. Spacerem, który wymyka się mapom, miejscom, przeszkodom, pokusom”. Górniak praktycznie przepisuje tu schizoanalityczne tezy o poszukiwaniu linii ujścia i o ruchu pragnienia, które wyzwala się poza granice map. Wszystko jasne i skierowane w przyszłość.


Ale była jeszcze inna Schizolotka, taka, która ukazała się w 16. numerze „Kontentu” i została tam skomentowana krytycznie przez Julię Czajską. To był ten sam i zarazem zupełnie odmienny tekst, bardziej rozbudowany i hipotetyczny, mający w sobie znacznie więcej elementów literackiej gry, symulacji i filozoficznej spekulacji. Zaczynał się od iście Perecowskich zdań:


Poranek jest świętem spekulacji, marzycielskim daj-se tożsamość.

Łóżko jak zapadnia, sprężyny to trampoliny. Nie musisz nawet wstawać, karuzela sama wprawia się w obroty.

Rytuały życia: mycie zębów jak schizotaktyka. Znacie to, znacie poranną kawusię i radość ze śniadania. Znacie „wybierz swoją postać”, a potem graj w ten dzień i graj mi dniu.

Popatrz na dzisiaj: nuda kręci poranny erotyzm z elegancją młynka Russell Hobss i to już czas, żebym stanął przed sobą jak Fineasz przed Ferbem i zapytał: kim dzisiaj będziemy?

Na scenę wtacza się bęben generujący tożsamości z zaktualizowanego potencjału schizotycznego. Z bębna wyskakują multiplikujące się CZY.


Figura uchodzącego poza horyzont zdarzeń, wyskakującego z drukarki 3D plastikowego ludzika-sieroty była zaledwie jednym z takich „CZY”, celebrowanych jako możliwość lub sposobność wybrania chwilowej formy życia: „CZY CZY CZY toczą się po scenie w multiplikacjach”. Ale w tej grze ujście nie zostało jeszcze wypowiedziane ani zaznaczone jako ruch poza. Znacznie bardziej niż przyszłościowe pisanie o destrukcji molowych segmentów podmiotowości, twardych struktur „ja”, przypominało np. masochistyczne prozy Adama Kaczanowskiego (zwłaszcza Utratę). To, co w zbiorze opowiadań Górniaka jest puentą, było wówczas zaledwie fragmentem maszynowej konstrukcji wzajemnie warunkujących się urządzeń:


[ludzik] Musi iść bez wytchnienia przez niepojęte liczby planet, układów, słońc. Iść jak on i być powabem spaceru, który wymyka się mapom, miejscom, przeszkodom, pokusom. Siłą ludzika jest urok, właściwością spacer, smutkiem jest brak kolorów. Ludzika trzeba pokolorować, żeby funkcjonował w całej swojej potencjalności.


Komentując ten tekst, Czajska porównywała go z rodzimymi futurystami, określała autora mianem neofuturysty, skupionego – jak jego poprzednicy – głównie na problemie konstytucji podmiotu, dziedziczącego ponadto te same grzechy, co jego poprzednicy: sentymentalizm, egzaltację, „posuniętą do granic życzeniowość” i „gryzącą protekcjonalność”. W puencie, z wymowną i podobną protekcjonalnością znawczyni historii literatury, świadomej auto-meta-porażki Jasieńskiego i podjętej przez niego kilka lat po powstaniu ruchu próby jego domknięcia, pytała krytyczka: „Pytanie tylko, czy Górniak, tak jak Wat i Czyżewski, rozpłynie się w teoretyczno-katastroficznym spleenie, zapożyczonym z zachodniego modernizmu, czy tak jak Stern i Jasieński weźmie się za literaturę prawdziwie rewolucyjną – czego serdecznie mu życzę”. Ałć.


„Literatura prawdziwie rewolucyjna” byłaby w tym duchu – jak rozumiem z interpretacji późnych prób Jasieńskiego i Sterna, oraz stawianego w szkicu Czajskiej za wzór „transgresji” Szczepana Kopyta – literaturą robotniczą, z elementami groteski, skupioną na przedstawieniu świata i wyłożeniu słusznych, proletariacko-rewolucyjnych tez. Byłaby – innymi słowy – Okraską świata fikcji. Tylko komu miałby swoje tezy wkładać Górniak dzisiaj? Rozproszonej klasie robotniczej? Globalnemu prekariatowi? Dystrybutorom prestiżu z PMC? Akademickim krytykom i skrybom? Jaki byłby „gotowy”, już ukonstytuowany podmiot tej rzekomo „prawdziwie rewolucyjnej literatury” w infokapitalizmie, skupionym na subsumpcji behawioralnej nadwyżki? Przekonanie autorki komentarza jest nie tylko archaiczne, ale zapewne jeszcze bardziej protekcjonalne, niż futurystyczne echa, które odnajdziemy w prozie Górniaka.


Wróćmy do uwagi, którą w blurbie do Trash Story sformułował Dawid Kujawa, podpisany jako „marksistowski krytyk literacki”: „Powiedziałbym wręcz, że o ile polscy prozaicy – nawet ci najbardziej progresywni – głęboko zinternalizowali XX-wieczne strategie literackie i stali się ich zakładnikami, to Górniak zaczyna pisać jako autor XXI wieku, już na starcie doskonale rozpoznając dynamikę późnokapitalistycznej rzeczywistości”. Na czym rozpoznanie to miałoby polegać? Kujawa odpowiada na to mimochodem zdanie wcześniej: frazy młodego pisarza, choć lapidarne, „swoje źródła mają w materialnych uwarunkowaniach, które dopiero poszukują swojej literackiej formy”. Zachodziłoby tu więc coś na wzór odwrócenia klasycznej, marksowskiej teorii reprezentacjonizmu (co chyba jest zgodne z założeniami krytyka) – dzieło literackie nie jest archeologiczną skamieliną, w której odciskają się wizje konfliktów społecznych z przeszłości, lecz magmą, z której te konflikty – jako pewne formy estetyczno-społeczne – dopiero się wyłonią. W tym sensie istnieje nieprzekraczalny rozdźwięk między salonową lekturą, dowartościowującą u Górniaka recykling i mieszanie pozostałości popkultury, avantpopowość i schizoanalityczność (jako wytrych teoretyczny) oraz żonglowanie starymi piosenkami i postaciami z South Park (jak tragikomicznym bohaterem nie byłby Kenny), a propozycją przeczytania Trash Story jako książki wychylającej się w przyszłość i dopiero domagającej się swoich pozycji podmiotowych lub dokonującej deterytorializującej pracy w tej materii.


Dlatego Schizolotkę (całą grę w schizolotkę – jak w finalnym tekście) uważam za utwór w tym zbiorze najbardziej programowy, nawet trochę upraszczający sprawę na zasadzie „wyjścia do czytelnika” (na szczęście inne teksty już tego nie robią), wprost opowiadający się wobec pewnej koncepcji tworzenia podmiotowości – podmiotów przyszłości jako efektów językowego eksperymentu, skupiającego w bloki społecznie materialistycznie pojęte pasma wrażeń. Czy nazwiemy to pracą maszyny schizoanalitycznej, avantpopem, czy neofuturyzmem – mało istotne. Najciekawsze jest zderzenie postulatów, które już od kilku lat obrabiane są w poezji (u Matwiejczuka, ale też u Rybickiego, Janickiego, Szpindlera, Leftwicha, Rosińskiego czy estetyce Nowej Fazy, np. Harlendera i Kosendy) z salonową krytyką literacką, specjalizującą się w prozie tematów i problemów, krytyce, która absolutyzuje plan treści.


Trash Story to jest ten typ literatury, która chce wytwarzać „prund” (to pojęcie Matwiejczuka), która świadomie operuje na dwóch deleuzejańskich pojęciach: „złączek” i „intensywności”, a sam eksperyment postrzega jako niezbędny ruch w przyszłość. Jest to oczywiście utopijne żądanie, stawiane samej literaturze, ale w otoczeniu tego typu pisarzy jak Górniak i Matwiejczuk, ludzi, którzy z trudem kończą (albo nawet nie) licencjaty na uczelniach, ale za to zawsze w kieszeniach noszą małą bibliotekę najwybitniejszych odkryć literackich (R. Walser, deLillo, Jelinek, Bernhard), wydaje się zupełnie naturalnie. Tymczasem dziwnie i archaicznie wypada w obliczu takich książek krytyka oparta na tematyzowaniu, wyjaśnianiu, hermeneutycznych procedurach (w tym ta akademicka), zamiast furtek i otwarć szukająca etykiet-kluczy.


Górniak pokazuje nam, że trzeba sobie raczej stworzyć w dowolnych miejscach bramki, w ten sam sposób, w jaki on szuka „podłączek” pod sam Różaglon. Kurnik jest silnikiem, otwierające tom opowiadanie, zaczynające się zdaniem „Mam na imię Mati i pierdolę policyjne pały, chcę być dobry dla mamy i taty, a na obiad jeść fryty bataty” i traktujące o chłopcu dorastającym jako „książę kurnika” warto przeczytać nie jako wstęp do trashowej opowieści o awansie klasowym w duchu comming-of-age story lub rapsów Maty, tylko jako małe dynamo, podpięte pod wiersz Matwiejczuka Moje kury:


Moje kury to ekstaza,

Przepływ płynów w moim ciele,

To afekty, to ta chwila,

Która wybija konstrukcję

Mojego podmiotu z

Jego pragnieniami i

Reakcjami oraz innymi

Takimi (…)

Od jakiegoś czasu wiem

(głównie z książek),

Że ja i moje kury

Jebiemy procedury.


„Prund” Matwiejczuka i „paliwko” Górniaka to wytworzone przez nich ekwiwalenty nie energii, lecz intensywności, z jaką rozpadają się podmioty, defekują organizmy, a rzeczy spłaszczają się i składają w śmieciowe asamblaże. Na koniec, który mówi do nas wprost, że jest właśnie końcem, choć dobrze wiemy, że to tylko jeden z układów zdarzeń i że nie ma on żadnej ostatecznej czy puentującej mocy:


Tłusty Szczur i Kenny znajdują wśród gruzów i śmieci pomarańczową kanapę, a potem wynoszą ją na dach jednego z ostałych w okolicy budynków. Siadają na oparciu, palą papierosy. Grają w schizolotkę, oglądają landszaft z gówna i dymów, jakąś głupią oponę, co toczy się ulicą i nie może przestać.


Jest błogo, trochę jak w dziecięcej zagadce: co się toczy ulicą i nie może przestać? Może Rubber – Mordercza opona (2010), ale skąd Tłusty Szczur i Kenny mieliby o tym wiedzieć, skoro kontemplują akurat ideę historycznej ruinacji w postaci miejskiego landszatfu? „W ruinach nie ma nic przeszłego. Ruina to raczej zlepek heterogenicznych czasowości. Może zostać odniesiona do przeszłości i poddana nostalgizacji albo funkcjonować jako znak aktualnie obowiązującego stanu wyjątkowego, zniszczenia czy rozpadu. Może także wyznaczać nowy początek, zaświadczając o pozbyciu się ciężaru (historii, tradycji, trudnego dziedzictwa) i zwróceniu ku jaśniejszej przyszłości” – obwieszczał zespół redakcyjny „Widoku” we wstępniaku do numeru zgłębiającego ten temat. I o to właśnie chodzi: Polska z Nie ma i nie będzie to zlepek minionych czasowości, minionych sposobów rozumienia czasu i odnoszenia się do niego, dlatego jest to Polska przegrana i ofiarnicza, karmiona na zmianę nostalgią i resentymentem. Ta z Trash story wyłania się z podobnego momentu historycznego: z kreskówkowych najtisów i lat pierwszych, w których czkawką odbija się kapitalistyczny śmietnik, ruiny po procesie transformacyjnym (Ed, Ed i Eddy, Świat według Ludwiczka, Jam Łasica) lub jego bezpośrednie odpady (South Park, Krowa i Kurczak, i nasz wariant ludowej komedii – Świat według Kiepskich). Ale „wśród gruzów i śmieci” dokonuje się tu nieustannych rozproszeń i rekonfiguracji „ja”, „pozbywa się ciężaru” i buszek za buszkiem celebruje nomadyczne wysypisko oraz to, czym może się ono kiedyś stać. Samotność i alienacja „ja” kontra osierocone, schizofreniczne kolektywy i przygodne alianse – to jest stawka maszynowej produkcji, do której podłącza się Górniak.


Farszyk poleca na zbolałą łapkę, ale wolałby chrupkę.


 

Mateusz Górniak, Trash Story, Wydawnictwo Ha!art, Kraków 2022, s. 120.

Magdalena Okraska, Nie ma i nie będzie, Wydawnictwo Ha!art, Kraków 2022, s. 312.