Ilya Kharkow - Las (fragment)
- 20 cze
- 6 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 24 cze

Nie zabrali go od razu. Najpierw tylko patrzyli. Tak patrzy się na rzecz, którą już postanowiono ukraść, ale jeszcze nie wyciągnięto po nią ręki.
– Dokumenty.
Wyjął paszport. Mężczyzna spojrzał na zdjęcie, potem na niego. Podważył paznokciem wklejoną fotografię. Spojrzał znowu. Dłużej niż trzeba. Jakby wziął pot na jego twarzy za wosk i czekał, aż chłopak się roztopi.
– Czemu się tak gapisz, boisz się? – zapytał drugi z jakąś obrzydliwą, braterską troską.
Paszportu nie oddali.
– Chodź.
Autobus stał obok. Najbardziej podłe było to, że nie był wojskowy, tylko zwykły. W środku siedziało już kilku chłopaków. Różne twarze, ale jeden wyraz. Nie ludzie, tylko pudła z rzeczami wyniesionymi z biura po zwolnieniu.
Usiadł przy oknie. Szyba była brudna. Na wysokości oczu ktoś próbował wydrapać przekleństwo. Śmierdziało potem, plastikiem i tym złym rodzajem strachu, przez który nawet faktura podłogi nagle wydaje się ważna.
Drzwi się zamknęły.
Nikt nie zapytał, dokąd ich wiozą. To byłoby już zbędne. Oczy wszystkich zamieniły się w czarne szyby wind. Najmłodszy nagle uderzył się w głowę i zaczął mamrotać, że nie trzeba było wychodzić z domu. Ktoś nerwowo schował rękę w spodnie. Ktoś za głośno zażartował, ale żart natychmiast zdechł. Strach szybko zaprowadził porządek.
Komisja przebiegła obraźliwie szybko. Rozebrać się. Odwrócić. Powiedzieć „nie”. Powiedzieć „nie”. Powiedzieć „nie”. Nawet nie trzeba było mówić „tak”. Za wszystkich wszystko było już wcześniej postanowione.
Słowo „zdolny” nie zabrzmiało jak wyrok. Raczej jak oznaczenie w magazynie. Pasuje. Bierzemy. Następny. W takich momentach szczególnie wyraźnie widać, że człowieka można jednocześnie nazwać obrońcą i rzeczą, a system nawet nie zauważy sprzeczności. Co więcej, im więcej honoru się przy tym symuluje, tym mniej w nim zostaje poczucia własnej wartości.
Przetrzymali ich tam dobę. Chłopaki leżeli na korytarzach na kurtkach, zakrywając twarze rękawami. Ktoś chrapał. Ktoś płakał. Wojskowi i lekarze przebiegali obok z tą samą rzeczową gorliwością, z jaką chrząszcze noszą śmieci. Wodę pili z kranu. Do toalety była taka kolejka, że sikali po dwóch do umywalki. Palący prawie się bili o tytoń. Czas nie płynął. Gnił.
Drugiego dnia rano ustawili wszystkich na podwórzu w cztery szeregi. Ktoś drżał. Ktoś udawał, że sam tu przyszedł. Ktoś śmiał się histerycznie. Mężczyźni w mundurach coś tłumaczyli równym głosem, ale nikt nie słuchał. Chłopak patrzył tylko na bramę. Była uchylona. Dokładnie na tyle, żeby nadzieja wyglądała jak idiotyzm.
Potem ktoś krzyknął:
– Wojskowe świnie!
I natychmiast zaczęli go bić. Nie wojskowi – swoi. W tym samym czasie brama otworzyła się szerzej, na dziedziniec wjechały autobusy i wszystko stało się jeszcze głupsze niż minutę wcześniej.
Podszedł jeden z dowódców. Spojrzał nie w oczy, tylko przez niego, jakby już zaznaczał coś w tabeli.
– Jak się boisz walczyć, to do pierwszego.
– Do pierwszego autobusu? – zapytał chłopak.
Dowódca kiwnął głową z tym samym wyrazem, z jakim paragon mógłby tłumaczyć sens życia.
I chłopak poszedł.
Tak po prostu. Obok szeregu. Obok bramy. Obok człowieka z papierami. Nikt go nie zatrzymał. Nikt nawet nie spojrzał na niego jak na człowieka. Oczywiście. Przecież to nie człowiek. To pudło. Usługa. Rzecz. Paragon, którego jeszcze nie wyrzucono.
Najpierw szedł wolno. Potem szybciej. Potem jeszcze szybciej. Nie biegł – to byłoby podejrzane. Po prostu szedł tak, jakby naprawdę powierzono mu coś ważnego.
Za rogiem zatrzymał się i zrozumiał, że nie ma już paszportu.
Tak zwykły chłopak stał się Eksponatem B.
Postał jeszcze sekundę i poszedł dalej. Jakby to już nic nie zmieniało.
***
[…]
Mapę kupił prawie za bezcen. To już powinno było go zaniepokoić, ale tanie rzeczy w takich momentach wydają się nie ostrzeżeniem, tylko łaską. Człowiek, który ją sprzedawał, mówił długo, rozwlekle, z jakąś paniczną dokładnością, jakby z góry wiedział, jak dokładnie ludzie umierają przez niedosłuchane instrukcje.
– Powtórz – powiedział. – Że nie pójdziesz sam.
– Tak, tak, samemu jest niebezpiecznie, rozumiem – odpowiedział sucho Eksponat B. – Ale znalezienie partnera do ucieczki też nie jest takie proste.
– Nie. Jeszcze raz. Powtórz, że nie wejdziesz do lasu sam.
I Eksponat B powtarzał, aż w końcu obiecał, że kogoś znajdzie.
Już przy drugim telefonie usłyszał zgodę. Twardą zgodę człowieka, któremu wszystko już zbrzydło. Problemy z prądem. W nocy spadają rosyjskie rakiety, w dzień polują na ciebie ukraińscy wojskowi. Nie da się znaleźć pracy, jeśli jesteś w wieku poborowym. W skrócie – nie trzeba było nikogo przekonywać.
Dopiero wtedy instrukcje poszły dalej. Najniebezpieczniejsze było wejście do lasu i ogrodzenia na granicy. Sam las, według sprzedawcy mapy, był „po prostu długi”. To „po prostu” długo potem wisiało w głowie jak zapach taniego tytoniu. Długi jak co? Jak spacer? Jak choroba? Jak wyrok bez przecinków? O ciałach na początku nie mówił. Dodał później, mimochodem, jakby to był mało istotny szczegół techniczny.
Żeby dostać się do lasu, musieli wynająć lokalnego kierowcę. Wyglądał tak, jakby już wszystko widział i nic nie było w stanie go zdziwić – nawet gdyby z bagażnika zaczął mówić trup. Nie zadawał pytań. Po prostu jechał: omijał blokady, zwalniał tam, gdzie trzeba było być niewidocznym i przyspieszał tam, gdzie należało udawać pewność.
Eksponat B przez cały ten czas myślał o pieniądzach. Nie o kwocie, ale o momencie przekazania. Usługa, zapłata, koniec transakcji. To był ostatni normalny rytuał w jego życiu.
Kiedy na horyzoncie pojawił się las, kierowca zatrzymał się bez słowa. Po prostu wyłączył silnik, jakby postawił kropkę. Powietrze na zewnątrz było gorsze niż mróz – wilgotne, od razu wchodzące pod ubranie. Eksponat B wyciągnął pieniądze. Kierowca spojrzał na niego tak, jakby sprawdzał nie banknoty, tylko szanse, że dożyje do rana.
***
Weszli do lasu bez żadnej ceremonii. Bez dźwięku, bez światła. Nawet wiatr jakby został na zewnątrz. Las ich nie przywitał. Po prostu był. I to wystarczyło.
Eksponat B obejrzał się niemal od razu. Drogi już nie było widać. Samochód zniknął. Wszystko wydarzyło się tak szybko, jakby nie przywieźli go do lasu, tylko oddali tam jak wadliwy towar na gwarancji.
Pierwsza godzina była prawie przyjemna. I to denerwowało najbardziej. Powietrze było czystsze niż w mieście. Mech wyglądał zbyt zielono, igły pod nogami sprężynowały, drzewa stały z tą ponurą godnością, za którą ludzie potem płacą w folderach turystycznych. Eksponat A nawet się zatrzymał, przejechał ręką po pniu i powiedział:
– Ładnie.
– Idziemy, idioto – powiedział Eksponat B, kiwając głową.
Szli powoli, rozmawiali, żartowali. Porównywali las do morza, do seksu, do biznesu – do wszystkiego, co ludzie uwielbiają romantyzować. To była ta krótka faza każdego nieszczęścia, kiedy jeszcze wydaje się, że wszystko masz pod kontrolą, tylko dlatego, że rzeczywistość jeszcze nie stawiała oporu.
Nie wiedzieli jeszcze, że las to nie miejsce. Las to proces. Powolny, jak gnicie. Wchodzisz do niego jako człowiek, a wychodzisz jako coś prostszego.
– Nie mówili ci, że najniebezpieczniejsze jest wejście i ogrodzenia? – zapytał Eksponat A.
– Może.
– To czemu gadamy tak głośno?
To było naprawdę absurdalne. Na tyle, że obaj się roześmiali. Śmiech zabrzmiał w lesie jak coś zakazanego. Jak żart na pogrzebie. Jak coś, czego nie powinno tu być. Las odpowiedział ciszą.
Nie zwykłą ciszą, ale taką, w której nagle zbyt dobrze słyszysz własne istnienie. Kroki. Oddech. Kurtkę. Ślinę w ustach. Myśli. Zwłaszcza myśli. Milczenie stało się niewygodne. Jakby las cierpliwie czekał, aż zaczną odgrywać jakąś scenę.
Nazwij siebie.
Myśl przyszła nie jak głos, ale jak drzazga wbita pod skórę w kilku miejscach naraz. Eksponat B odgonił ją z irytacją, jak komara. Nie teraz. Trzeba iść.
Żeby nie słuchać lasu, zaczęli grać w swoją idiotyczną grę.
– Co jeszcze ludzie romantyzują? – zapytał Eksponat A.
– Życie nad morzem.
– Tak… pleśń. Wiatr. Wilgotne ściany.
– Seks na plaży.
– Piasek wszędzie.
– Wolność.
– Ciężko.
– Emigrację.
– Samotnie.
– Własny biznes.
– Brak wolnych dni.
W ten sposób można było zabić prawie wszystko. Każde marzenie, każdy obraz, każde słowo. Rozłożyć do stanu, w którym zostaje tylko zmęczenie. Las słuchał. Las chyba to aprobował.
Pod wieczór zrozumieli, że są bardziej zmęczeni, niż chcieli przyznać. Znaleźli miejsce na nocleg: złe, nierówne, zbyt otwarte. Ale nie mieli już siły wybierać. Rozłożyli śpiwory i położyli się.
Ziemia była zimna, ale to jeszcze dało się znieść. Gorsza była cisza. W dzień tylko patrzyła, w nocy się zbliżyła. W ciemności las przestał być krajobrazem i stał się czyimś oddechem.
– A jak będzie wilk? – zapytał Eksponat A.
– Serio?
– Nie, ale jednak…
Eksponat B patrzył w ciemność. Nie wiedział, co odpowiedzieć.
Nazwij siebie.
Zamknął oczy, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Wstali i poszli szukać innego miejsca. Żeby się spakować, musieli znowu włożyć na siebie cały ten sklepowy absurd, który nosili jak dowód swojej przezorności. Plecaki, peleryny, buty, kuchenka, termos, latarki, jedzenie, nóż, szczypce, śpiwory – cały ten turystyczny zestaw kupiony tydzień przed ucieczką nagle stał się ciężki i trochę śmieszny. Wydawało im się, że przygotowują się do ratunku. W rzeczywistości po prostu ładnie zapakowali swój strach.
Nowe miejsce wybierali już inaczej. Nie gdzie ładniej, tylko gdzie mniejsze ryzyko, że zginą albo zostaną zauważeni. Szukali osłony przynajmniej z dwóch stron: zaspy, powalonego drzewa, zbocza. Nocny las szybko oduczył ich estetyki. Została tylko geometria przetrwania: jak się położyć, żeby nie zmarznąć, jak się schować, żeby nie było widać, jak oddychać, żeby cisza nie uznała, że masz przegrać.
Kiedy znów się położyli, Eksponat A nagle zapytał:
– Co jeszcze ludzie romantyzują?
Eksponat B spojrzał w ciemność.
– Ucieczkę.
– Dobranoc.
Ale oczywiście nie było żadnej dobrej nocy. Była tylko przerwa między dwiema próbami nieumierania.
[…]
Pełna wersja opowiadania: https://ikharkow.com/books/las
Inne utwory: https://ikharkow.com/
Wesprzyj autora: https://buymeacoffee.com/ikharkow




